polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Aneks do roku 2010 uzupełnienia i podsumowania

Aneks do roku 2010
uzupełnienia i podsumowania

Zgodnie z PopUp-ową tradycją, w pierwszym numerze nowego roku staramy się uzupełnić braki i przeoczenia z roku poprzedniego, nie tylko w formie kilku spóźnionych recenzji, ale też w formie aneksu. Zestawieniami naszych ulubionych płyt, piosenek, koncertów, debiutów itd. nigdy Was nie męczyliśmy i nie zamierzamy tego robić. Widzieliście ich już zbyt dużo, a poza tym wierzymy, że każdy kto to czyta, ma swoje zestawienie, któremu ufa. Oczywiście pewne wartościowania muszą się tu wkraść i z czasem coś powtórzymy, ale zasadniczo nadrabiamy zaległości.

Piotr Lewandowski:

Ogarnięcie roku 2010 w muzyce gitarowej niestety szczególnie trudne nie było, bo ekscytacji niestety niewiele, chyba z każdym kolejnym rokiem coraz mniej. Zwłaszcza w przypadku muzyki zagranicznej, bo w Polsce to ciągle główny, a przynajmniej wykorzystywany, środek wyrazu osób, które mają coś oryginalnego do powiedzenia. Ale o nich już było. Sam tę mizerię w gitarowym graniu zrekompensowałem sobie nadrabianiem zaległości w Sun City Girls i The Dead C, których nowe płyty recenzujemy w tym numerze. Wracam też do płyty Zs „New Slaves”, która w momencie premiery wydała mi się zbyt chaotyczna, ale po ich rewelacyjnym koncercie na Off Festivalu zaakceptowałem jej brak umiaru. Zespolenie przez nich improwizacji rockowej, free-jazzowej oraz kompozycji rockowej i minimalistycznej tworzy jednak unikatową jakość. Niebawem wracają do nas na Off Club i biorąc pod uwagę tempo, w jakim zespół ten się rozwija, trzeba tam być.

Coraz częściej zresztą doświadczenie koncertowe wpływa, czasem przemożnie, na moją percepcję rockowych płyt. Doskonały koncert Swans w Warszawie ostatecznie przekonał mnie do „My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky”. Nie obchodzą mnie dyskusje, czy Swans bez Jarboe to ciągle Swans, ani czy tej płyty nie należałoby raczej przypisać Angels of Light. Ważne, że są na niej dobre numery, artystyczna wizja i kapitalne operowanie dźwiękiem. Widząc na scenie bezkompromisowość i desperację Michaela Gira, staje się jasne, że liczy się muzyka – grana tu i teraz.

Nudę gitarowego grania rekompensuje trochę renesans winyli i liczne reedycje. Warto zwrócić uwagę na wydany przez Epitath (na LP i CD) „The Age of Punk to Come” Refused, gdzie kultowy album Szwedów wzbogacony jest o płytę koncertową i dvd. Po ponad dziesięciu latach widać, że zapowiadany przez Refused punk nie nadszedł, a ich lider obecnie byłby obiektem szyderstw tamtego składu. Ale wraca się do tej płyty naprawdę z przyjemnością, oddaje ona kapitalnie duch swych czasów (zwłaszcza z bonusowym materiałem) i ciągle się broni muzycznie. Druga reedycja z lat 90-tych, na którą chciałbym zwrócić uwagę, to rzecz trudniejsza, bardziej niszowa, lecz chyba nawet bardziej wpływowa – pierwszy album Kevina Drumm przez Thin Wrist wydany na dwóch LP, z dodatkowym materiałem. Drumm i jego niekonwencjonalne techniki gry na spreparowanej gitarze szokującą nawet po latach, a oprawa graficzna, oparta o zbliżenia jego steranego instrumentu, robi kapitalne wrażenie.

Za to bardzo dużo działo się w jazzie. Po „Historicity” z 2009 roku i ubiegłorocznym „Solo” Vijay Iyer przestał być „zapowiadającym się”, a został jednym z najważniejszych współczesnych pianistów, co mnie, zafascynowanego jego muzykę od kilku lat, bardzo cieszy. „Historicity” nawet nominowano do tegorocznego Grammy. A mi głupio, gdy recenzuję płytę sprzed czterech miesięcy…

Kolejnym w kolejce wybitnym talentem, jest trębacz Peter Evans, który w 2010 roku nagrał kilka doskonałych płyt. Najpierw „Forty Fort”, czwartą płytę Mostly Other People Do the Killing, którzy wprowadzili w osłupienie widownię Warsaw Summer Jazz Days. Hiperaktywne, pełne humoru, ale dalekie od żartu przekomarzanie się z historią jazzu, w wydaniu tego niekonwencjonalnego kwartetu sięga aż stylizacji okładek na legendarne płyty. „Jazz jest równocześnie współczesny i historyczny”, piszą w pierwszym zdaniu liner-notes do „Forty Fort”. Iyer też by się pod tym podpisał. A Evans na wkładce do płyty „Live in Lisbon” jego Peter Evans Quartet (gra tam też Kevin Shea, bębniarz MOPDTK) rozwija wątek, mówiąc: „procesem centralnym dla jazzu i generalnie, muzyki amerykańskiej, jest ciągła adaptacja i metamorfoza materiału uzyskanego z wcześniejszych utworów i form”. Sięga więc po składowe wybranych kompozycji, w tym także europejskich w doskonałym For ICP, tworząc frapującą, rozimprowizowaną jakość. Do kompletnej czujności i natychmiastowych reakcji zmusiło natomiast Evans legendarne free-jazzowe trio Parker/ Guy/ Lytton, z którym Evans nagrał album „Scenes in the House of Music”. Więcej tu brudu, brzmieniowej i kompozycyjnej wiwisekcji – impro skrajnie wysokich lotów. Pozostali dwaj członkowie MOPDTK – basista Moppa Elliott i saksofonista Jon Irabagon – podjęli tę samą ideę w dość kuriozalny sposób, nagrywając pod przewodnictwem saksofonisty Bryana Murray’a album „Pretend It's the End of the World” grupy Bryan & the Haggards. Dowodząc, że legenda country Merle Haggard wywarł duży wpływ na Ornette Colemana, prezentują oni przeboje Haggarda w harmolodycznych adaptacjach.

Obie wspomniane płyty Evansa ukazały się w portugalskiej wytwórni Clean Feed, która bez wątpienia była najciekawszym jazzowym labelem 2010 roku. Zawsze wydawała dużo płyt, w tym sporo koncertowych, realizowanych w Portugalii. Były one jednak bardzo nierówne, co zmieniło się w roku 2010 – to właśnie tam ukazała się świetna płyta Rudresh Mahanthappa & Steve Lehman „Dual Identity”, doskonałe „Epileptical West: Live in Coimbra” Angles, szwedzkiej grupy dowodzonej przez Martin Küchena z Magnusem Broo na trąbce, czy album live kwartetu Tony Malaby Tamarindo + Wadada Leo Smith. Imponujące.

I już na koniec, krótko o elektronice, o której dużo poniżej – w pierwszym momencie „Black Noise” Pantha du Prince mnie urzekło, ale nie spodziewałem się, że będę do tej płyty tak często wracał przez cały rok. Podobnie jak do „Lay in a Shimmer EP”, pokazującej, że pojemność tej regularnej formuły jest spora. Może przez te wszystkie echa.

Jakub Knera:

W minionym roku zdecydowanie królowała muzyka elektroniczna i to przeróżnej maści. Świetny album stworzył Thomas Lufhtman, który pod tytułem "Gute Luft" wydał nagrania stworzone do dwudziestoczterogodzinnego serialu o Berlinie. Rozwijająca się, płynnie przechodząca opowieść o tym mieście, rozwijając zarówno wątki ambientu, żywiołowego techno, umiejętnie wplatając partie muzyki klasycznej.

A jeśli Berlin i Niemcy to nie wolno zapomnieć o koncertowej płycie Moritz von Oswald Trio, zdecydowanie przewyższającej studyjne wydawnictwo. Słychać na niej to co pojawiło się na koncercie podczas festiwalu Unsound - pojawia się więcej detali, jest bardziej przemyślana i świeża, przez co słucha się jej z większą uwagą. Ponadto cała gama efektów o wiele ciekawiej rozbudowuje ten materiał.

BPitch Control ma nowy nabytek, rewelacyjny duet We Love, który fantastycznie spina wątki poruszane przez The Knife i The xx, oprawiając je w klubowej estetyce, czasem bardzo silnie tanecznej, a kiedy indziej w klimatyczny sposób bawiąc się wokalami, spokojniejszymi bitami i masą przeróżnych sampli. Zostając u naszych sąsiadów warto rzucić okiem na płytę trochę niezauważonej grupy Saroos, w której udzielają się muzycy Lali Puna. Zespół, który można nazwać młodszym bratem The Notwist, ciekawie rozszerza wątki elektroniczne, wielokrotnie wśród niemieckich zespołów penetrowane, dodając im jednak ciekawszej rotacji i w zwięzłej formie bez wokali przedstawiając mnóstwo pomysłów. Ponadto grupa rewelacyjnie wypada na żywo - oby udało im się w tym roku odwiedzić nasz kraj.

Świetną epką „DBO” powrócił brytyjski duet Subway, który na trzech utworach połączył swoje fascynacje krautrockiem i disco, sprawdzającym się świetnie w wersji tanecznej. A jeśli o krautrocku mowa to rewelacyjny album wydał Luke Abbott. Na jego „Holkham Drones” ten gatunek wiedzie prym – utwory stopniowo się rozwijają, żeby od minimalistycznych wstępów, przyjąć rozbudowane kompozycje. Czasem Abbot penetruje obszary IDM spod znaku Aphex Twina, kiedy indziej kierując zainteresowanie w stronę techno jak w fantastycznym „Trans Forest Alignment” (właśnie ukazała się epka z rewelacyjnymi remiksami tego utworu w wykonaniu Rocketnumbernine i Gavina Russoma).

Na koniec dwa, niemal monumentalne wydawnictwa. Shackleton przygotował set „Fabric 55” złożony wyłącznie z jego utworów. Przeszło 70 minut muzyki to genialny mix, brzmiący jak ścieżka dźwiękowa do tętniącej życiem, zglobalizowanej metropolii. Ten mix dubstepu, elementów house, brzmień etnicznych, groove'ów i masy gęstych basów jest dobrze skonstruowany i najlepiej słuchać go w całości. Na jeden raz ta płyta jest ciężko sprawna, ale po poświęceniu uwagi zwraca się z nawiązką i udowadnia, że Sam Shackleton jest w doskonałej formie.

I jeszcze jedno wydawnictwo, tryptyk Demdike Stare, którzy rewelacyjnie wypadli na ubiegłorocznej edycji festiwalu Unsound. „Forest of Evil”, „Liberation Through Hearing” i „Voices of Dust” - wszystkie prezentują bardzo mroczną odsłonę muzyki (stąd nawiązanie do hasła „the pleasure of fear and unease” krakowskiego festiwalu jak najbardziej na miejscu), każda w zupełnie innym wymiarze. „Forest of Evil” to misternie budowane dwa rozwijające się dark ambientowe utwory, z lekko zarysowującą się rytmiką dubową, „ Liberation Through Hearing” jest już bardziej rozbudowaną formą, ale najlepiej wypada i tak „Voices of Dust”, trochę podsumowujący wcześniejsze krążki, najlepiej dopracowany i udramatyzowany. W styczniu wydawnictwa, które wcześniej ukazały się na winylach, zostały wydane w trzypłytowym boxie z sześcioma dodatkowymi utworami, zajmującymi łącznie kolejne 40 minut muzyki.

Sporo ciekawych rzeczy wydarzyło się także w polskiej muzyce elektronicznej, gdzie dwoma ciekawymi wydawnictwami zaskoczyła startująca warszawska wytwórnia Uknow Me Records. Kixnare na krążku “Digital Garden” prezentuje udaną fuzję fascynacji hiphopowymi brzmieniami z lat 80. a Teielte na “Homeworkz” bardzo mocno nawiązuje do dokonań Flying Lotus – tworzy jednak utwory pełniejsze, bardziej rozbudowane, zagęszczoną niesamowitymi samplami, zmiennym tempem i ciekawymi bitami.

Na lokalnym poletku nie wolno pominąć świetnej płyty “Hello World” wrocławskiego Odaibe. Przetwarza on znalezione taśmy VHS, pocztówki dźwiękowe, stare nagrania i audycje, tworząc z nich miksturę hiphopową, z mocnymi partiami bitów, czasem kojarzącymi się z King Midas Sound, a kiedy indziej zbacza nawet w kierunku krautrockowych struktur. No i brawa za prowokacyjny cytat, świetnie wpleciony w utwór “Cutanga Amulsen”, że pozwolę sobie zacytować: „bęben jest najstarszym instrumentem na ziemi i z tego powodu ludzie przez tysiące lat mieli z nim do czynienia. Wszystko co na temat bębna można powiedzieć to to, że wszystko zostało już wymyślone”. Nieprawda.

Marcin Ratyński:

Pisaliśmy na łamach PopUp o eksperymentatorskich zapędach Norwegów z Shining. I to właśnie ich „Blackjazz” zrobił na mnie w ubiegłym roku największe wrażenie. A słowa typu „pojechali po bandzie” są tylko namiastką tego, co zaserwowali podopieczni Indie Recordings. I mam nadzieję, że finansowy zastrzyk koron norweskich, przyznany przez A-HA, spowoduje, że kolejny album będzie równie znakomity.

Pozostajemy w tej samej wytwórni, bo tu zakotwiczył też Kvelertak. I ponownie Norwegia w natarciu. Na krążku zatytułowanym po prostu „Kvelertak”, znajdziemy bogate pokłady zadziornego punk’n’blacku, pełne radochy i szczerości granie, jakiego ze świecą szukać w gąszczu muzycznych premier. Żałuję, iż nie dojechałem na ich krakowski koncert. Ponoć zabawa była przednia.

Przekraczamy granicę, aby znaleźć się w mieście Umeå, gdzie stacjonuje kwintet wizjonerów współczesnej ekstremy - Meshuggah. Ich „Alive” (DVD & CD) to zapis scenicznej formy z okresu promocji „Obzen”. Mając w pamięci szczególnie udany koncert Szwedów na festiwalu Knock Out w 2009 r. z wielką chęcią zapoznałem się z tym materiałem. Precyzja w odgrywaniu karkołomnych łamańców i ciężar, jaki wytwarzają ze sceny nie mają sobie równych. Choć dźwiękowa sterylność wylewa się z głośników, a obejrzenie i wysłuchanie całości przyprawia o ból głowy, to Meshuggah nadal gra w swojej lidze.

I ostatni w kolejce - Ghost ze stolicy Kraju Trzech Koron. To przed nimi ugiął się Nergal, wychwalając ich „Opus Eponymous”. Nie mam pojęcia, czy muzycy ukrywający się pod tym sztampowym do bólu szyldem, puszczają oko do słuchacza, czy też wszystko to jest na poważnie. Czuć tu taką okultystyczną „wioskę”, gdzie mroczny rock lat 70. miesza się z duchem dokonań wczesnego Mercyful Fate. Do tego dodajmy melodyjne refreny, które z każdym kolejnym przesłuchaniem nakręcają się na uszy niczym makaron. Plus jakieś tam wpływy NWOBHM z dosadnie uwypuklonymi partiami basu oraz chórki, z których te w „Con Clavi Con Dio” nie mają sobie równych. Ghost reanimował zapomnianą stylistykę z wielkim wyczuciem, a te raptem 35 minut albumu wyostrzyło apetyt na kolejny krążek tej tajemniczej grupy.

 

Michał Nierobisz

Ostatni dzień minionej dekady spędziłem w Katowicach. Chciałem się spotkać z przyjaciółmi. Grała Marry Anne Hobbs, była więc okazja. Rezerwujemy, lecimy. Jesteśmy.
Wejście w 2011 nie było złe, choć trochę mgliste – strasznie dużo dymu pompowali w tej sali, ale może mi się wydaje... W każdym razie było odliczanie, a potem Szprycha z BBC za deckami. Podnosi ręce, napięcie narasta... Jedziemy...

Refleksja przyszła rano; w dodatku w związku ze zmianą podatku VAT zlatałem pół Katowic, żeby zakupić jakiś trunek. Jednak lokalna wersja Przekąsek aka Lorneta z Meduzą okazała się miejscem na noworoczne podsumowanie odpowiednim. Co my tu mamy? Jakieś Niepasteryzowane. Ok. Co jeszcze? Oczywiście – te, jak to się mówi – reminiscencje z zeszłego. I nieodłączne soundtracki. Robimy więc szybki przegląd – co było grane, czego się słuchało.

W początku roku – pamiętam - na dobre siekło (chyba nie tylko mnie) południowoafrykańskie Die Antwoord - przez „interweb”. Faktycznie hype sięgnął zenitu, w sieci zawrzało – zabulgotała gorąca mieszanka crunku, baile funku, electro, getto tech i nie wiadomo czego jeszcze. Podniecali się wszyscy – od Freda Dursta z Limp Bizkit po redaktorków najpoczytniejszych portali, oczywiście z wyjątkiem rodzimych: jakiś chłopiec napisał, że trio to gówno, bo nie przynosi żadnej nowej muzycznej jakości. Możliwe. Ale Die Antwoord chyba nie do końca idzie o muzykę. A o co? Dobrą zabawę? Pieniądze? Poprzestańmy jednak na znakach zapytania. Jednak pewne jest, że nikt tak zmyślnie nie wykorzystał ostatnio mechanizmów popkultury, jak załoga z Kapsztadu. Kto tego nie kuma albo powinien odrobić lekcje z The Residents albo zwyczajnie pozbawiony jest poczucia humoru. Na końcu płyty brakuje tylko skitu: „Koniec i bomba, a kto słuchał ten trąba!”.

Kolejny numer na mojej liście to też duet, tylko zza Oceanu. Gonjasufi i The Gaslamp Killer. Ich album „A Sufi And A Killer” to z pewnością jedno z wydarzeń ubiegłego roku – tak brzmiałby Tricky gdyby debiutował parę miesięcy temu. „Maxinquaye” AD 2010? Prawie – podobny eklektyzm i duszny klimat, tylko w zdecydowanie innym outficie. Nota bene, jakiś czas później Tricky – jeśli już o nim mowa – po raz drugi dowiódł, że jego zła passa się skończyła. Jego najnowszy album „Mixed Race” trzyma poziom poprzedniego - „Knowle West Boy”. Jeśli nie jest lepszy. Prosty, organiczny (jak to się pisze, czy mawia) z bluesową wibracją. Nic wielkiego, ale dobrze się tego słucha; to tak, na marginesie.

W marcu swoją premierę miał też drugi longplay Daughters z Providence, miasta H.P. Lovecrafta. Rzecz jak otrzeźwiający strzał w mordę w makabrycznie pijaną noc. Aż chce się nastawić drugi polik. A potem znowu. I jeszcze. Dawno nikt tak nie łoił na gitarach, jak ten amerykański band. Punkowo-rock'n'rollowa histeria w stylu Dead Kennedy's podana z ciężarem Jesus Lizard. Jak dla mnie jedna z płyt roku. Jeśli nie numer jeden.

Wysoko w zestawieniach uplasował się również Ariel Rosenberg ze swoim zespołem Haunted Graffiti. Debiut pod skrzydłami prawie-mainstreamowego 4AD wzbudzał obawy u niejednego fana wcześniejszej twórczości Amerykanina. Niepotrzebnie. „Before Today” to ciągle ta sama wibracja, co choćby na „The Doldrums” czy „Worn Copy”, tylko forma nieco bardziej zgrzebna – mniej tu rozjazdów, a więcej refrenów. I dobrze, czasami nawet można potańczyć.

W zeszłym roku na dobre ujawnili się też artyści, którzy - świadomie bądź nie – zaciągnęli dług u Rosenberga. 2010 obrodził w psychodeliczne wykwity z hipsterskich „bedroom studio's”, że aż niektórzy poczuli potrzebę utworzenia nowej szufladki, choć może powstała ona jeszcze w 2009. W każdym razie w minionych dwunastu miesiącach nie było nic bardziej hip niż płynąć na falach tzw. chillwave'u. Formuła to może i do pewnego stopnia interesująca, ale – jak to formuła – także do pewnego stopnia ograniczona. Tym bardziej, że nie jest to jakiś specjalnie masowy ruch – kilka epek i parę albumów. A w dodatku trudno oprzeć się wrażeniu, że brzmią one dość podobnie. Pastelowa, lejąca się kolorystyka, aura lo-fi i ogólna beztroska. Na bazie tego rodzaju patentów chyba najciekawsze dziełko udało się stworzyć Chazwickowi Bundickowi alias Toro Y Moi. Niezależnie od tego z jaką podejrzliwością odnosimy się do wszelkich „hajpów”, debiutanckiego longplaya Kalifornijczyka słucha się po prostu przyjemnie; na playlistę można sobie jeszcze wrzucić album projektu Blackbird Blackbird - też dobry, choć zlewa się on nieco za bardzo z „Causers of This”. Bundick w każdym razie idzie za ciosem i już zapowiedział drugi długograj, który ukazać pod koniec lutego – także zapowiada się gorąca końcówka zimy i początek wiosny.

Na przeciwnym do chillwave'u sonicznym biegunie wyrósł nam jeszcze jeden kwiatek – choć raczej efemeryczny i skromny: póki co, zidentyfikowano na razie parę okazów i wszystko wskazuje na to, że za rok nikt już nie będzie o nich pamiętał. W każdym razie gatunek nazwano „witch house”. Jako modelowych przedstawicieli wskazano nowojorskich speed freaków, nagrywających pod szyldem Salem oraz jednoosobowy projekt o nieco dziwacznej nazwie oOoOOo. Gatunkowe właściwości tych wykwitów to przede wszystkim nieorganiczna, rozłożysta struktura rozrastająca się w symetrycznych, kanciastych electro-kształtach – leniwie, powoli, ale też zdecydowanie złowieszczo, niczym soniczna emanacja lovecraftowskiego Cthulhu, który budzi się z eonowego snu. I w efekcie nie brak tu niestety również iście gotyckiego rozmachu. Tyleż to monumentalne, co patetyczne, co się tyczy zwłaszcza Salem. Idę o zakład, że przypadnie to głównie do gustu przede wszystkim uczestnikom Castle Party.

Skoro jedziemy już gatunkowo, warto wspomnieć jeszcze o Planet Mu, którego dwa wydawnictwa podsumowują okres działalności dwóch didżeji-producentów, a jednocześnie przybliżają nam kolejny estetyczny fenomen określony jako „juke”. Dj Roc z przedmieść Chicago i jego dużo młodszy kolega Dj Nate to – jak chcą niektórzy żurnaliści - forpoczta „nowej”; piszę „nowej”, bo juke ponoć już od paru lat powoli kiełkował na parkietach chicagowskich klubów, stanowiąc lokalną wariację, tudzież rozwinięcie miami bassu. Jednak recepcja „De Trak Genious” przedstawianego przez niektórych jako „next big thing” to cokolwiek rozczarowanie. Ponad 20 tracków, z których słuchać da się zaledwie kilku – reszta brzmi jak zapętlone przypadkowo, zbitki loopów, które chyba tylko dla samego twórcy łączą się w całość. Ilość zdecydowanie nie przechodzi tu w jakość: ani to tytułowy „trak genious”, ani „next big thing”. Zdegustowany odpuściłem sobie odsłuch „The Crack Capone” Dj'a Roca, a juke traktuję raczej jako kuriozum, które ktoś próbował przekuć na coś więcej. Nie udało się, jak sądzę.

Na polu muzyki tanecznej, czy też okołotanecznej zarządził za to Darren Cunningham alias Actress, o czym pisaliśmy już w wydaniu 27. Dla przypomnienia napiszę tylko, że „Splazsh” stanowi logiczne rozwinięcie debiutanckiego „Hazyville” - wychodząc z poziomu UK garage, Cunningaham tworzy unikatową hybrydę przypominającą o twórczości takich klasyków jak choćby Drexciya czy Dopplereffekt. W kategorii elektronika jeden z najmocniejszych kandydatów do tytułu płyty roku. Drugim po płycie Cunninghama kandydatem do tytułu elektronicznego albumu roku jest w mojej ocenie (i chyba nie tylko) „Crooks & Lovers” Mount Kimbie – doskonale spożytkowane wątki z Buriala doprawione o sznyt „emo-indie”, aż się proszą, żeby przykleić im metkę – np. „emo-step”.

Za to sam dubstep jako gatunek powoli staje się polem, gdzie coraz mniej jest do powiedzenia. Dobrym tego przykładem jest Magnetic Man – wspólny projekt luminarzy estetyki, Bengi i Skreama. Wydaje się jakby albumowi przyświecała pretensja, żeby przejść do historii jako „New Forms” Roni Size Reprazent minionej dekady. Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nic z tego. Nieco rozczarowała również formacja Darkstar – jeden z najbardziej obiecujących reprezentantów oficyny Hyperdub. Chociaż anonsując album Anglicy zdecydowanie dystansowali się od poprzedzających go singli. OK. Ale placki takie jak „Need You/Squeeze My Lime”, czy „Aidy's Girl Is A Computer” to nie tylko przysłowiowa, wysoko ustawiona poprzeczka, ale też pozycje wzbudzające określone oczekiwania u słuchaczy. Zaskoczenia może nie było, ale lekkie rozczarowanie na pewno. A szkoda. Nie rozczarował natomiast enigmatyczny zawodnik skrywający się za ksywką SBTRKT – skromny output, adekwatny do minimalistycznej maniery (bo jesteśmy już raczej bliżej minimalu niż dubstepu), pozostawia apetyt na więcej.

Bezpretensjonalnie wypadł Matthew Dear na „Black City”. Artysta zawsze miał ciągoty, żeby sobie pośpiewać, ale przede wszystkim pozostawał – jak Hendrik Weber alias Pantha Du Prince – producentem wysmakowanego minimal techno. Nagrywając swój ostatni album chyba na dobre pozazdrościł Jamie'emu Lidellowi i pozwolił sobie na wokalne swawole. Efekt jest więcej niż zadowalający – to ciągle ten sam Dear – motoryczny i minimalistyczny, ale jakby bardziej funky. Jedna z mocniejszych pozycji w dyskografii artysty. Przy okazji – skoro już o minimalu: niezłą płytę wydał też wspomniany Weber (notabene też z kolorem czarnym w tytule), a także projekt Deepchord Presents Echospace, który nie wydaje dużo, ale za to dobrze: jego ostatnie wydawnictwo to jak zwykle monumentalna suita (tym razem dwa krążki, 150 minut) na granicy szeleszczącego ambientu – z rozmachem, ale bez patosu, a to sztuka rzadka.

Jeśli chodzi o muzykę taneczną, chyba tyle. Co w takim razie jeszcze? A jest jeszcze kilka tytułów. We wrześniu po raz kolejny ujawniło się kanadyjskie Black Mountain i na chwilę znowu mogliśmy się poczuć jak Dziecko Kwiatek. Na jesieni następne swoje dziecko (jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało) wydał na świat Sufjan Stevens. Kontynuując aranżacyjny rozmach z poprzedzającej „Age Of Adz” epki Amerykanin potwierdził swój status samozwańczego geniusza. Purystyczni fani kręcą nosem na elektroniczne potrzaskiwania. Cóż, nie jestem fanem, a „Age Of Adz” skatowałem niczym nastolatek; płyta debiutowała na siódmym miejscu zestawienia Billboarda, sprzedając się w ponad 30 tysiącach egzemplarzy, co – jak na tego rodzaju wydawnictwo – należy uznać za wynik więcej niż dobry, rękojmie sukcesu.

[Jakub Knera,Michał Nierobisz,Piotr Lewandowski,Marc!n Ratyński]

recenzje Actress w popupmusic