polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Zs Sam Hillmer - wywiad

Zs
Sam Hillmer - wywiad

Ich ubiegłoroczny koncert na Off Festivalu był dowodem na to, że żywego kontaktu z muzyką nic nie zastąpi. Zarazem, rozwikłał trochę szorstkie piękno albumu „New Slaves”, na którym eksperymenty nowojorskiej grupy Zs wreszcie złożyły się w sprawnie działający mechanizm. Przed kolejnym występem Zs w Polsce na Off Festival Club, wywiadu udzielił nam Sam Hillmer, saksofonista zespołu.

Wasza pierwsza wizyta w Polsce miała miejsce po płycie „New Slaves”, teraz zagracie po wydaniu „New Slaves II: Essence Implosion!” – płyty z remiksami. Trasa koncertowa to szczególny sposób na promocję płyty, która niejako ukazuje rewers Waszej muzyki.

Muzyka, którą będziemy grać na trasie zasadniczo pochodzi nie z płyty z remiksami, tylko oczywiście z „New Slaves”. Tak naprawdę, już samo wydanie płyty z remiksami promuje płytę, która jest remiksowana, więc trasa też pełni taką funkcję.

 

Czy zapraszając artystów do pracy nad „New Slaves II” mieliście jakiś klucz, cel, który chcieliście zrealizować na tej płycie?

Jeśli jakiekolwiek cele są widoczne na „New Slaves II”, to tylko cele twórców remiksów. Nam chodziło o to, żeby zaprosić osoby, które entuzjastycznie przyjęły nasz album i które, być może, będą mogły przybliżyć naszą muzykę takim grupom słuchaczy, którzy do tej pory niespecjalnie ją znały. Jedyny nasz muzyczny wkład, czy właściwie aktualny muzyczny wkład, w ten album, to utwór na pierwszej stronie płyty, czyli oryginalny utwór Zs. To jest nasza polemika z remiksami – wykorzystujemy fragmenty remiksów jako surowy materiał źródłowy dla tego utworu. Staraliśmy się nagrać utwór, który będzie nawiązywał do remiksu, co oznaczało kompletnie inny proces niż przy „New Slaves”.Znasz naszą płytę „Music of the Modern White”?

 

Tak.

Więc utwory, które nazywamy Music for the Modern White, czy też MMW z kolejnymi numerami w nazwie – ten teraz jest czwartym – wszystkie one są stricte studyjnymi eksperymentami. Nie mamy zamiaru grać ich na żywo. W tym cyklu staramy się tworzyć utwory kompletnie oparte o techniki studyjne, bez żadnych ograniczeń w ich wykorzystaniu. W przypadku „New Slaves” musieliśmy myśleć o muzyce dużo bardziej praktycznie, tak by było możliwe do wykonywanie jej live. To jest naprawdę duża różnica.

 

Na MMW IV dołączyło do Was trzech muzyków – Weasel Walter, Charlie Looker i Marty McSorely z radia WFMU. Udział dwóch pierwszych rozumiem, ale jaką rolę pełnił radiowiec?

Marty był po prostu didżejem. Pewnego rodzaju drugą stroną medalu dla płyty z remiksami jest projekt, który nazywam Black Crown Ceremony, który fizycznie składa się ze mnie i didżeja. W ramach Black Crown Ceremony tworzymy z remiksów nowe, oryginalne utwory Zs. Didżej manipuluje remiksem, a ja gram na saksofonie. To był model, na którym oparliśmy MMW IV, tylko zamiast bitu wykorzystywaliśmy raczej fragmenty noise’u, a oprócz mnie grali też inni muzycy. Black Crown Ceremony powstało mniej więcej wtedy, gdy zaczęliśmy pracować nad płytą z remiksami, więc gdy przyszedł czas na nagranie strony A płyty, zaprosiliśmy Marty’ego, daliśmy mu cały materiał z płyty i on go wmiksował, po zmanipulowaniu, w nasze granie i tak powstał ostateczny utwór.

 

Teraz rozumiem, dlaczego MMW IV jest tak przesiąknięty tym, co następuje na płycie potem. Gdy słucham Waszej muzyki, zwłaszcza na żywo, fascynuje mnie wykorzystanie repetycji w sposób niemal brutalny. Zaczynaliście Zs jako podwójne trio, taka formuła pojawia się często u Reicha. Gdy słucham jego kompozycji gitarę albo na zespół z gitarami, to drażni mnie miałkość gitarowej materii. Zastanawiam się, jak takie „2x5” zabrzmiałoby zagrane przez Zs, a „Electric Counterpoint” np. przez Dustina Wong. Czy kiedykolwiek mieliście propozycje wykonywania tego typu minimalistycznych kompozycji?

Nie. Ale wydaje mi się, że pytanie „jak zabrzmiałby minimalizm zagrany szorstko” postawił sobie już Glenn Branca, jego muzykę można nazwać avant-rockowym minimalizmem. Patrząc na to szerzej, to samo pytanie zadawało nawet wiele zespołów z Chicago w latach 90-tych, jak Tortoise, Rodan, June of 44. Ostatnio także Battles, czy nasz przyjaciel Ian Williams z Don Caballero wcześniej. Więc przechodząc od Nowego Jorku lat 80-tych, przez Chicago 90-tych, czy Pittsburgh, miasto skąd pochodzi Don Caballero, z powrotem do Nowego Jorku, można znaleźć wielu muzyków zadających to pytanie i nas do nich też zaliczyć, chociaż my stawiamy sobie pytanie bardziej ogólne – tamto jest tylko jego częścią. Więc, wracając do Reicha, nie zastanawiam się, jak brzmiałyby jego kompozycje zagrane naprawdę rockowo, bo wiele osób poświęciło już sporo czasu na przełożenie języka minimalizmu na rockowy, czy też post-rockowy format.

 

Ostatnio wielkie wrażenie zrobił na mnie album „The World Longest Melody” z muzyką Larry’ego Polansky’ego w wykonaniu belgijskiej grupy ZWERM, która pod wieloma względami wydała mi się bliska muzyce Zs. Czy ten kompozytor, teoretyk jest dla Was inspiracją?

Znam Larry’ego osobiście, zdarza nam się nawet grać razem muzykę. Ale muszę przyznać, że jego autorskie kompozycje znam w bardzo umiarkowanym stopniu. Larry pracuje na wydziale muzyki w Dartmouth College. Jego wydział, Zs oraz Weil Music institute, organizację, którą prowadzę, z czasem połączyły naprawdę bliskie relacje. Larry i jego koledzy Kyle Gann i Christian Wolff często z nami współpracują, grają, pomagamy sobie nawzajem w organizacji koncertów. Natomiast ich najnowsze prace nie są dla nas inspiracją. Ale oczywiście w społeczności Nowej Muzyki jest wielu twórców – współczesnych i starszych – którzy wywarli wpływ na Zs.

 

W mojej opinii muzyka Zs porusza się gdzieś w trójkącie wyznaczanym przez avant rock, kompozycję i free jazz. Podejrzewam, że zaczynałeś jako saksofonista jazzowy i Twoja gra przywodzi na myśl free jazzowych muzyków. Czy free jazz to istotny punkt odniesienia?

Główna relacja istnieje na poziomie materiału, astralnego dźwiękowego budulca. Sposobu używania instrumentów w celu wydobycia pewnych rodzajów dźwięków, z których następnie powstają utwory. Natomiast nie czuję, żeby duch free jazzu był obecny w tym, co robimy. U nas nie ma nacisku na indywidualność, chodzi nam raczej o coś dokładnie przeciwnego – o porzucenie indywidualności i tworzenie kompozytowego, scalonego dźwięku. Oczywiście muzycy ze społeczności muzyki improwizowanej też tak robią, ale w większości przypadków ruch wolnej improwizacji dąży głównie do stworzenia platformy dla osobistej wypowiedzi, zwłaszcza w składach z instrumentem dętym i sekcją rytmiczną. Także odbiorcy takiej muzyki cenią ją za to, że jest improwizowana, indywidualna i ekspresyjna. Nasza muzyka zajmuje się czymś zupełnie innym – prowokowaniem fizycznej odpowiedzi po stronie publiczności. Nie chodzi o nas. Oczywiście, to my sprawiamy, że ta rzecz się wydarza, ale nie jest istotne, że to jesteśmy akurat my, konkretne osoby na scenie. Istotne jest sięgnięcie do trzewi, fizyczny atak, wywołanie u ludzi refleksji i reakcji. Moim zdaniem to zupełnie inne podejście niż we free jazzie.

 

No nie wiem, pytając o free jazz miałem na myśli nie tylko Coltrane’a i Aylera, ale też Art Ensemble of Chicago. Wiele współczesnych zespołów też gra przede wszystkim kompleksowo, jako organizm.

Tak, zgadzam się. Art Ensemble of Chicago to na pewno dobry przykład, trio Evan Parker, Paul Lytton, Barry Guy też tworzy kompleksową muzykę, a nie indywidualne ekspresje. Ale muzyka Art Ensemble of Chicago ma jednak wiele indywidualnych, intymnych wypowiedzi. Więc nawet nie tyle o indywidualizm, co o ekspresyjność chodzi, która jest bardzo odmienna od tego, co my staramy się osiągnąć. Nie twierdzę, że nasza muzyka jest oderwana od free jazzu, na pewno jest z nim powiązana. Ale sięga do free jazzu jako do źródła dźwiękowego materiału, a nie z perspektywy osobistej ekspresji. Tak więc nawet jeśli momenty w muzyce Art Ensemble of Chicago albo Anthony’ego Braxtona są podobne do tego, co my robimy i vice versa, to jednak ich muzyka wywodzi się z jazzowej tradycji, której ekspresja nas nie interesuje.

 

Rozumiem. Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]