polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Hubble Hubble Drums

Hubble
Hubble Drums

Redefiniując brzmienie i formę Zs, muzycy grupy – ponownie trio Sam Hillmer (saksofon), Ben Greenberg (gitara), Ian Antonio (perkusja) – postanowili równolegle zrealizować inicjatywy solowe, nazwane odpowiednio Black Crown Ceremony (Hillmer wydał też już kasetę jako jako Diamond Terrifier), Hubble i Memory Locke. Wszystkie trzy nowe projekty ukazać się mają w wytwórni Northern Spy, która wydała też „33” ZS, o którym piszemy w niniejszym numerze. Greenberg jako jedyny wyrobił się w tym roku i jego płyta jest jednym z najbardziej fascynujących, a zarazem zbijających z pantałyku, nagrań na gitarę elektryczną solo, jakie powstały w ostatnich latach, a może w ogóle. Gdy wiosną zapytałem Hillmera o przekładanie koncepcji minimalizmu na avant-rockowe brzmienie usłyszałem, że począwszy na Glennie Branca i kończąc na Battles zostało to już zrobione, jednak jego kolega z zespołu postanowił widocznie dorzucić swoje trzy grosze. „Hubble Drums” przynosi trzy utwory (dwa po ok. 10 minut, jeden dwukrotnie dłuższy), oparte o cykle i repetycje. U ich źródeł dostrzegamy np. muzykę Terry’ego Riley, a lśniące brzmienie gitary i mantryczność struktur, które Greenberg tka z lekkością, ale w sposób pełen fizyczności, przywodzi na myśl piramidy sinusów z syntezatorów modularnych. Dotyczy to zwłaszcza Hubble's Hubble, który to utwór został połączony z udostępnionymi przez NASA zdjęciami galaktyki M81 wykonanymi przez teleskop Hubble’a, co można zobaczyć tutaj.

Najdłuższy i najbardziej radykalny utwór Glass Napkin oparty jest o riff, który mógłby znaleźć się na płycie Battles, z czasem nabierający tempa i deformowany punktowymi akordami. Tutaj minimalistyczno-post/math-rockowe następstwo zdarzeń zostaje wręcz odwrócone, przejścia służące w rockowej piosence zarysowaniu sekcji stają się kolejnymi elementami potężnej, ciągle rosnącej budowli. Fakt, że w połowie wcześniejszego Nude Ghost do gitarzysty dołącza automat perkusyjny i klawisz, jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, podkreślającym szokujący rygoryzm Greenberga. Ten bowiem obywa się bez loopów i wszystkie te hipnotyczne figury wygrywa samemu od początku do końca, co ich powtarzalności nadaje opętańczej mocy. Proces tworzenia tej muzyki czyni zaś swoistym wyczynem, testem wytrzymałościowym, sprawdzianem fizycznych możliwości egzekwowania akordów przy zachowaniu jasności umysłu. Ich interpretacja i percepcja muszą być spolaryzowane i mogę zrozumieć odrzucenie „Hubble Drums” jako sportowego wyczynu. Jednak moim zdaniem Greenberg zachowuje do samego końca swych obłędnych eskapad nie tylko technikę i jasność umysłu, ale też olbrzymią muzykalność i dzięki temu stworzył jedną z najbardziej fascynujących płyt roku.

[Piotr Lewandowski]