polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Mostly Other People Do The Killing Slippery Rock

Mostly Other People Do The Killing
Slippery Rock

Odkodować poprzednie płyty Mostly Other People Do the Killing, graficznie i muzycznie, w miarę potrafiłem. Jaskrawy atak pasteli tym razem jednak zbił mnie z pantałyku – czy i jaki klasyczny album trawestuje okładka Slippery Rock, tego odgadnąć nie mogę. Niepewność sięga dalej, bowiem MOPDTK za punkt wyjścia swojej nowej płyty obrali smooth jazz i już po kilku sekundach tradycyjnie otwierającego album perkusyjnego solo Kevina Shea słychać, że „coś jest nie tak” – lekko plastikowo, jakoś tak kydryńsko to brzmi. Później, choć płyta w całości nagrana jest akustycznie, cały ten lukier trąbek, pościelowość saksofonów, przytulność brzmienia sekcji i wyrazistość groove’ów, powraca raz po raz. Ale bez obaw, do sjesty ani na bydgoskie festiwale Slippery Rock nie trafi. To ciągle MOPDTK pełną gębą, nie tylko dlatego, że Slippery Rock to uniwersytet stanowy w Pensylwanii, a tytuły paru utworów odwołują się do miast tamże.

Oparcie się na najbardziej obciachowej, ale równocześnie, o czym rozmawiamy z Moppą Elliottem w tym numerze, jedynej w pełni ukonstytuowanej, nowej estetyce jazzowej ostatnich trzech dekad, okazuje się dla MOPDTK sposobem na przeskoczenie tego, że ich erudycyjny hiperjazz studyjne apogeum osiągnął na This Is Our Moosic już cztery lata temu. O ile na żywo ciągle byli szokująco dobrzy i rozwijając się indywidualnie razem sprawiali nawet coraz większe wrażenie, to z płyt tego poczucia nie miałem – może to sprawa rosnącej hermetyczności ich kolaży, może po prostu słabszych kompozycji. Kontrast okazuje się jednak dobrym sposobem odzyskania świeżości.

Panowie od zawsze mieli skłonność do frazy przesadnie lirycznej, graniczącej z pastiszem i rozbijanej w pył przez perkusyjny spazm Shea bądź soniczny fajerwerk Petera Evansa. Tutaj te zderzenia są spotęgowane. „Sayre” to przez dwie minuty absolutnie przebój do Trójki, w „President Polk” Evans i Irabagon epatują górnymi rejestrami, tymi trelami nieznośnymi, które chyba tylko bas Stinga zrównoważyć może. W „Jersey Shore” Shea punktuje zakończenie dzwonkiem aka cowbell i w tym momencie w kongresówce wypadałoby mu grając wstać, a sali klaskać do rytmu. „Is Granny Spry?” otwiera się groove’m i melodią saksofonu, którym nie sposób się oprzeć, a którym zarazem towarzyszy jedna z tych topograficznych wypraw Evans w głąb trąbki. W tych utworach to smooth ustępuje miejsca dezynwolturze, improwizacji i zagęszczeniu sytuacji, ale w kilku innych bywa inaczej, smooth wkrada się niepostrzeżenie w struktury bardziej, powiedzmy, ambitne.

Fuck the song, song is just a simple bit of information. But the sound – that's something complex, that's very hard to touch.” – mówił nam Vijay Iyer w tegorocznym wywiadzie i miał rację. MOPDTK, którzy mają wyjątkową umiejętność uchwycenia brzmieniowych i strukturalnych konwenansów jazzowych, wcielając się w rolę smooth jazzowego kwartetu pełnią trochę rolę adwokata diabła. Przekonać kogokolwiek, że smooth jazzu warto słuchać, nie mogą, bo sami dobrze wiedzą, że się go słuchać nie da. Ale pokazać, że nawet najmniej ciekawa konwencja może być punktem wyjścia dla czegoś cholernie ciekawego, im się udało.

[Piotr Lewandowski]