polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Mostly Other People Do The Killing The Coimbra Concert

Mostly Other People Do The Killing
The Coimbra Concert

Pierwszego dnia Warsaw Summer Jazz Days 2010 należałem do tej, jak się okazało nielicznej, części publiczności, dla której to koncert Mostly Other People Do The Killing, a nie Portico Quartet czy grupy Pharaoha Sandersa był główną atrakcją. Nie zawiodłem się, a widok zbiorowej konsternacji w Sali Kongresowej po tym, jak ubrany w krawat Kevin Shea rozwiązał worek ze swym perkusyjnym, w niewyobrażalny sposób kontrolowanym chaosem, był bezcenny. Credo przyświecające nowojorskiemu kwartetowi – We like to play all the jazz all the time all at once as fast as possible – pozostaje niezmienne i jego potencjał tamten lipcowy wieczór wszystkim unaocznił. Faktycznie, kalejdoskop nawiązań do historii jazzu, żonglerka estetykami, zawrotne tempo zmian i zachowanie w tym wszystkim sensu czyni MOPDTK zespołem niepowtarzalnym. Ale z drugiej strony, można i zespół, i tę filozofię przedawkować. Ubiegłoroczny album „Forty Fort” nie dorównał moim zdaniem wcześniejszej, genialnej płycie „This Is Our Moosic” właśnie z drugiego powodu. Warszawski koncert okazał się jednak fantastyczny, unaoczniając, że erudycja i techniczna wirtuozeria kwartetu idzie w parze z olbrzymią fantazją i inteligentnym poczuciem humoru.

„The Coimbra Concert”, dwupłytowy album zarejestrowany w Portugalii miesiąc przed warszawskim występem, powinien być więc samograjem. Jednak okazuje się nierówny, pokazując zarówno fenomen formacji, jak i ryzyka, wobec których ona stoi. Cztery utwory na pierwszym dysku i pięć na drugim to kompozycje basisty Moppy Eliotta, które zespół deformuje już po kilkudziesięciu, czy nawet kilkunastu sekundach. Peter Evans i Jon Irabagon tworzą rewelacyjny dęty duet, który grę jazzowymi konwencjami łączy z imponującym eksplorowaniem możliwości instrumentu, a sekcja rytmiczna to istny wulkan energii. Tu naprawdę jest cały jazz na raz i to bardzo szybko. I nie tylko, bo w naszpikowanym odniesieniami materiale pojawia się nawet cytat z Pink Floyd. Problem w tym, że o ile MOPDTK unikają w swej surrealistycznej kondensacji jazzu jednoznaczności pastiszu, to czasem gubią komunikatywność. W kontakcie bezpośrednim być może oba zarejestrowane koncerty trzymały w napięciu i pokazywały, o co muzykom chodzi, jednak ersatz kompaktowy do tego nie wystarcza. Gdyby z dwóch wieczorów ułożyć jeden album, dostalibyśmy kwintesencję MOPDTK. W dwugodzinnej postaci „Live in Coimbra” brakuje lekkości, którą ma rozbrajająca okładka – chyba najlepsza jaką do tej pory zrobili.

[Piotr Lewandowski]