polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Peter Evans Quintet Ghosts

Peter Evans Quintet
Ghosts

Gdy zaczynałem słuchać nagrań Petera Evansa, nie mogłem uwierzyć, że to ledwie dwudziestokilkuletni trębacz. Czy były to intensywne jazzowe kolaże Mostly Other People Do The Killing, nagrania z legendami free jazzu, triem Parker/ Lytton / Guy, czy solowe eksploracje możliwości instrumentu albo płyty free improv z Tomem Blancarte lub Agusti Fernándezem i Matsem Gustafssonem, Evans zachwycał nie tylko brzmieniem i traktowaniem instrumentu, ale też muzykalnością i fantazją. Jazzowy wątek trębacz realizuje nie tylko w MOPDTK, ale też w grupach, którym przewodzi. Dotychczas były to dwa kwartety (pierwszy z gitarą elektryczną, drugi z fortepianem), teraz zaś nowy kwintet, w który z kwartetami łączy tylko Evans i kontrabasista Tom Blancarte. Ale takiego kwintetu jeszcze nie słyszałem – akustyczny skład z fortepianem uzupełnia bowiem przetwarzający dźwięk w czasie rzeczywistym Sam Pluta. Efekt jest piorunujący.

Evans, obecnie trzydziestolatek, pracując w jazzowym formacie wychodzi od konstatacji, wyrażonej w liner notes do ubiegłorocznej płyty „Live in Lisbon” jego kwartetu: „procesem centralnym dla jazzu i generalnie, muzyki amerykańskiej, jest ciągła adaptacja i metamorfoza materiału uzyskanego z wcześniejszych utworów i form”. O ile na tamtej płycie deformacji ulegały konkretne standardy, na „Ghosts” Evans wprowadza raczej pewne estetyki – dla przykładu, w otwierającym album, niemal piętnastominutowym …One to Ninety Two punktem odniesienia może być akustyczny zespół Hancocka z połowy lat sześćdziesiątych. Tutaj w liner notes Evans podkreśla, że „podejście improwizatorskie jest niezbędne dla dialogu między teraźniejszością a przeszłością i przyszłością, bowiem to ono pozwala połączyć elementy „stałe” z dynamiczną i ciągle się zmieniającą „chwilą”.” I jego akustyczny skład gra ten rozimprowizowany jazz nawiązujący do lat sześćdziesiątych z fantastyczną kreatywnością, fantazją i intensywnością.

Ale tak naprawdę dopiero w tym momencie zaczyna się zabawa. Elektronik Sam Pluta zajmuje się bowiem nie tyle uzupełnianiem instrumentalistów (choć w tytułową, szemrzącą balladę wlewa dyskretne sample instrumentów smyczkowych, a w zwięzły The Big Crunch fale glitchów), co manipulacją powstającym dźwiękiem, wychwytywaniem i wzmacnianiem jego drobinek, dublowaniem pewnych fraz i instrumentów (czasem z minimalnym, lecz wiele zmieniającym przesunięciem), albo zapętlaniem innych. Czasem jego uwaga skupia się na Evansie, prowadząc do zwielokrotnienia trąbki, czasem na fortepianie Carlosa Homs, czasem na wybuchowej grze perkusisty Jima Blacka. W rezultacie, improwizacja nabiera tutaj nowego wymiaru – nie jesteśmy już pewni, czy słuchamy akustycznego składu, czy jego remiksu, czy jeszcze czegoś innego, nowego. To ostatnia opcja jest najbliższa prawdzie – o ile choćby Thirsty Ear wydało kilka płyt, na którym producenci manipulowali zapisem akustycznej sesji, to kwintet Evansa fundamentalnie zmienia reguły gry. Tutaj przetwarzanie dźwięku jest równolegle wydarzającą się improwizacją, wznoszącą muzykę grupy na wyższy poziom. Może przesadzę, ale wierzę, że niewiele, pisząc, że to rewolucja porównywalna z innowacjami Teo Macero w projektach Milesa sprzed ponad 40 lat. Olśniewająca płyta.

[Piotr Lewandowski]