polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Peter Evans / Peter Evans Quintet Lifeblood / Genesis

Peter Evans / Peter Evans Quintet
Lifeblood / Genesis

Peter Evans większość swoich płyt solowych i wszystkie kwintetu wydał we własnym labelu More Is More. Jesienią ubiegłego roku zaprzestał wydawanie CD na rzecz USB. USB całkiem ładnie przygotowanych, zaprojektowanych z odpowiednikiem okładki (patrz zdjęcie obok). USB to nie tylko niższe koszty produkcji, transportu, wysyłki, ale też większa pojemność niż CD. Zarówno solowy album Evansa, jak i trzeci album kwintetu, na CD byłyby podwójnymi wydawnictwami: Lifeblood to ok. 110 minut muzyki, Genesis – 97 minut. Uważne przesłuchanie tych płyt na raz jest więc wyzwaniem. W przypadku solowego albumu nawet nie jest konieczne. Cały materiał został zarejestrowany live na koncertach w Europie (ten kwintetu też), otwiera go 27-minutowy utwór tytułowy improwizacja, a zamyka 40-minutowa epopeja. Między nimi znajdują się utwory krótsze, eksplorujące pewne podejścia do instrumentu, jak np. kapitalne, zbudowane z trąbkowych szumów „Pathways (for Rajna Swaminathan)”. Bez problemu można sobie więc ten zestaw koncertowych świadectw sobie spersonalizować, podzielić na dwie lub trzy części. Całość jednak trzyma wysoki poziom. Może nie przynosi takiego szoku, jak przy pierwszych płytach Evansa, bo z jego wyjątkową zdolnością połączenia technicznych eksploracji trąbki i muzykalności już można się było oswoić. Ale Lifeblood to Evans w wysokiej formie – grający intensywnie, z olbrzymią wyobraźnią i tworzący dźwięki, które mało komu są dostępne.

Płyty kwintetu ukazują się rzadziej, ale nie tylko dlatego Genesis jest dla mnie większym wydarzeniem. Ghosts, pierwsza płyta kwintetu, była rewelacją, dzięki podwójnie improwizowanemu podejściu do tradycyjnej jazzowej formy, kiedy elektronik Sam Pluta remiksował akustyczny kwartet. Drugi album, Destination: Void, był krokiem w stronę kompozycji i muzyki współczesnej, ale z perspektywy czasu, krokiem pierwszym i nie ostatnim. Genesis idzie dalej, ale przy tym rozmiarze znajduje się też miejsce na hołd dla jazzu lat 60-tych. Płyta przynosi utwory rozbudowane, zawiłe, niejednoznaczne, ale równocześnie czytelne, porywające, chwilami wręcz przebojowe (np. rytmiczny, ciasno upakowany finał „Genesis Schismogenesis”). Dwie części albumu można wyróżnić dość łatwo, pierwszą, nieco bardziej odległą od jazzowego idiomu, zamyka utwór „Patient Zero”, oparty na elektronice, pozbawiony rytmu. Na drugą składa się suita „3 for Alice Coltrane”, która jak sama nazwa wskazuje, nawiązuje do spirytualnego jazzu, wplatając echa fire music, momenty liryczne, frenetyczne spięcia. Elektronika, podobnie jak na Ghost, cieniuje lub multiplikuje instrumenty akustyczne, ale z każdym kolejnym utworem odgrywa coraz większą rolę, co świetnie podnosi intensywność muzyki. Doskonały materiał, którego starczyłoby na dwa tradycyjnie rozumiane albumy.

[Piotr Lewandowski]