polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Paristetris Candelaria Saenz Valiente i Marcin Masecki - wywiad

Paristetris
Candelaria Saenz Valiente i Marcin Masecki - wywiad

Pojawieniu się ParisTetris na naszej scenie towarzyszył zachwyt i konsternacja. Ich pierwsza płyta przyniosła oszałamiającą feerię pomysłów, a koncerty zdumiewały. Z czasem ta grupa indywidualności okrzepła jako zespół, o czym świadczy nowa płyta „Honey Darlin’” – pozornie spokojniejsza i mniej zwariowana, za to bardziej dojrzała i co najmniej równie wciągająca. Zapraszamy do lektury wywiadu z muzykami zespołu – Candelarią Saenz Valiente i Marcinem Maseckim. Aktywność obojga artystów wykracza jednak poza ParisTetris tak dalece, np. właśnie ukazała się też druga solowa płyta Maseckiego, że rozmowa wręcz musiała objąć inne wątki.

Słuchając najnowszej płyty ParisTetris mam wrażenie, że to najbardziej liryczny album, jaki kiedykolwiek wydało Lado ABC. Zgodzicie się z tym?

[Marcin] A pamiętasz Tupikę? Moim zdaniem tamta płyta była bardziej liryczna. Albo SzaZa, oni też potrafią być bardzo poetyccy. Zgodziłbym się, że dwie ballady na końcu naszej płyty tworzą bardziej romantyczny nastrój.

Dziś przeczytałem teksty z nowej płyty i również na tej podstawie odnoszę to wrażenie. Tupika i SzaZa siłą rzeczy nie mają tego rodzaju liryzmu.

[Marcin] Ok, to ma znaczenie. Niemniej jednak, kiedy kilka razy słuchałem tej płyty po nagraniu, odniosłem wrażenie, że to właśnie dwie ballady na koniec pozostają w głowie po przesłuchaniu. Sam niemal zapominam o wcześniejszych utworach.
 
Czy o tej płycie myśleliście bardziej niż przy debiucie jako o pewnej całości? Pierwsza płyta była swoistą karuzelą stylistyczną, teraz mam większe wrażenie spójności.

[Candi] Jeśli chodzi o kompozycję i tworzenie utworów, trzymaliśmy się tej samej metody. Album w naturalny sposób okazał się mniej eklektyczny.

[Marcin] Tak, metoda była podobna – nagrywaliśmy po prostu tak jak umiemy nowy, inny album – ale faktycznie chcieliśmy, żeby nie było na nim aż takiego rollercoastera jak na pierwszym. Candi, pamiętasz, chciałaś nawet nagrać „popowy” album.

[Candi] Och, nie. [śmiech]

[Marcin] W każdym razie, ponieważ robimy – w tym i w innych projektach – dużo wariackiej muzyki, chcieliśmy, by ten album nie stał się po prostu kolejnym, który można tak streścić. Można powiedzieć, że chcieliśmy zrobić go trochę bardziej tradycyjnie. Ponadto, producent Eddie Stevens wniósł zupełnie nowe brzmienia.

[Candi] Na pierwszej płycie znalazło się niemal wszystko, co zagraliśmy pracując nad nią, odrzucaliśmy bardzo mało rzeczy. Improwizacje zamieniały się w utwory trafiające na płytę, na przykład kawałek Norbert był improwizacją, która żywcem znalazła się na albumie. Teraz byliśmy ostrożniejsi.

[Marcin] Mniej nonszalanccy niż wtedy.
 
Wspomnieliście producenta. Przed premierą płyty słyszałem nowy materiał dwa razy na żywo. Gdy usłyszałem te utwory na płycie, wydały mi się dużo bardziej syntetyczne. Jakiego efektu spodziewaliście się powierzając produkcję Eddie’mu Stevensowi, związanemu z Moloko i Roisin Murphy?

[Marcin] Cała historia naszej znajomości z nim jest dość zabawna historia. Jego ex-dziewczyna jest Polką i kiedyś po koncercie w Kulturalnej kupiła nasz pierwszy album. Potem podarowała go Eddie’mu. Nawiązaliśmy z nim później kontakt i Eddie kiedyś wspomniał, że wyjeżdża do Buenos Aires na koncert. My wtedy akurat byliśmy Buenos Aires, więc spędziliśmy ze sobą jeden dzień. Wcześniej nie mieliśmy zielonego pojęcia, czym on konkretnie się zajmuje, kojarzyliśmy tylko, że współpracował z Roisin Murphy. Spotkaliśmy się w Buenos i momentalnie znaleźliśmy wspólny język.

[Candi]
Eddie ma świetne poczucie humoru, które mnie od razu urzekło. Natychmiast zaproponowałam, że powinniśmy nagrać coś razem. Instynktownie czułam, że to się uda i Eddie się zgodził.
 
[Marcin] Co samo w sobie było ryzykownym posunięciem. Ludzie, których lubimy prywatnie, wcale nie muszą być dobrymi partnerami do grania. Często jest wręcz przeciwnie.

[Candi] Ale tym razem decyzja była instynktowna, spróbowaliśmy i wyszło cudownie. Wręcz wyjątkowo dobrze, biorąc pod uwagę to, co powiedziałeś.

[Marcin] W Buenos Aires nagraliśmy więc ścieżki nowych utworów i wysłaliśmy je Eddiemu. Każdy utwór miał wówczas kilka podstawowych ścieżek, jak wokal, gitary, bębny, klawisze. On mam odesłał utwory, które miały po 50 ścieżek. Daliśmy mu pełną wolność edycji materiału, więc on je w pewnym sensie przeprodukował, niektóre utwory brzmiały jak remiksy. Miały taki londyński, syntetyczny charakter z mnóstwem dźwięków tu i tam. Przeszliśmy sporo negocjacji i poszukiwań kompromisów co do ostatecznego kształtu płyty.

[Candi] Byliśmy wręcz przytłoczeni jego produkcją. Z czasem, gdy Eddie zaczął odchudzać miksy, zaczął rysować się konsensus. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że płyta może swoje własne życie, odrębne od wykonań koncertowych. Że to odrębny, inny twór, też dobry. Byliśmy tym coraz bardziej zaintrygowani i chcieliśmy przekonać się, jak nasza muzyka zabrzmi w innych ramach. Na żywo ciągle mamy swoje brzmienie, więc możemy zaoferować dwie wersje – surową i wymuskaną.

[Marcin] Gdyby nie ten krok, nowy album prawdopodobnie wydawałby się w dużo większym stopniu kontynuacją pierwszego: nowe piosenki, ale w tym samym garażowym wydaniu. Nie zrobilibyśmy sami albumu o takim brzmieniu, bo nie mamy pojęcia jak się za to zabrać.

Piosenki na nowej płycie są dłuższe, rozwijają się spokojniej niż te na pierwszej. Tam co chwilę była jakaś wolta, sami powiedzieliście, że chcieliście być mniej nonszalanccy, a bardziej systematyczni. Czy stwierdziliście, że dekonstrukcja, przekomarzanie się z konwencjami i tradycją, z wyzwolenia stały się swego rodzaju ograniczeniem? Że dekonstrukcja zaczyna być jałowa?

[Marcin] Dla mnie często jest to problem. Patrzę na tę kwestię inaczej niż reszta zespołu, gdyż dla mnie dekonstrukcja jest podstawowym narzędziem myślenia o muzyce – jak tu coś wywrócić do góry nogami? Często odbijam się już od ściany i stanowi to dla mnie pewnego rodzaju twórczy problem. Na szczęście nie jest on frustrujący, za to na pewno jest ciekawy. Ale wyjściem nie jest dla mnie zwrot w stronę konwencji i tradycji, chciałbym znaleźć inną drogę. Jeszcze nie wiem, jak może ona wyglądać. Być może czasem za dużo o tym myślę, może rozwiązanie nadejdzie samo z siebie, naturalnie.

[Candi] Moje podejście do muzyki jest kompletnie instynktowne, umysł nie jest zaangażowany w proces jej tworzenia. Więc pojęcie dekonstrukcji jest w sumie obok mojego języka muzycznego i nie jest to problem, z którym muszę się mierzyć.
 
Zajmujesz się też literaturą. Czy Twoje podejście jest bardziej narracyjne?

[Candi] Literatura to zupełnie inny para kaloszy. Pisząc opowiadania rzeczywiście operuję dekonstrukcją, formą, strukturą. A muzyka po prostu wypływa, nie umiem jej zamknąć w pojęciu, czy to dekonstrukcji, czy narracji. Gdy komponuję piosenki nie zastanawiam się nad tym, jakie one są. Prawie każdy akord jaki zagram na fortepianie jest piękny i mnie zachwyca.

[Marcin] Myślę, że ponieważ głównym zajęciem Candi jest właśnie pisanie, w nim wyraża się najlepiej i poświęca mu najwięcej czasu, a muzyka jest bardziej hobby, to nie musi go dokładnie nazywać, porządkować i organizować.
 
A czy jest w tym aspekt wcielania się w różne postaci? Obserwując Was na scenie mam wrażenie, że bawicie się metodami popkultury, zakładacie kostiumy, co sprawia, że Wasza, zwłaszcza Twoja, obecność na scenie staje się niecodzienna, nierzeczywista.
 
[Candi] Wręcz przeciwnie. Wierzę, że w ogóle nie gram, w nikogo się nie wcielam, tylko jestem sobą w najbardziej szczerym, ale i najbardziej żenującym, nagim wydaniu, na jakie potrafię sobie pozwolić. To najdzikszy aspekt mojej osobowości, nie ma wtedy wstydu i tabu. Totalne otwarcie, jak czteroletniego dziecka, całkowite poddanie się muzyce.

[Marcin]
Ale przebieranie się trochę Ci w tym pomaga.

[Candi] Po prostu lubię ubrania...

[Marcin] W końcu jesteś dziewczyną. [śmiech]

[Candi] Tak naprawdę, najlepiej śpiewa mi się w piżamie, albo dresach, a nie wymyślnym przebraniu.   

A czego poszukujecie w muzyce innych, co jest dla Was najcenniejsze?

[Marcin] Szukam mocnych uczuć. Chcę byś zaskakiwany, pozytywnie zdumiony. Nie potrzebuję muzyki przynoszącej tylko rozrywkę i proste przyjemności. Lubię oglądać komedie romantyczne i tam szukam wygody i ciepła, ale nie w muzyce. Chcę być poruszony, gubić się, nie rozumieć tego, co słyszę, chcę zgadywać i odkrywać.  

[Candi] To, o czym mówi Marcin, jest ważne również dla mnie, ale przede wszystkim cenię ludzi, którzy nie traktują muzyki jako zajęcia, zawodu, ale dla których wypływa ona z potrzeby, wręcz z desperacji. Np. twórcy starego bluesa, jak Skip James, są cudownie surowi, równocześni ludzcy i zwierzęcy. To jest głęboko prawdziwa muzyka. Nie słyszę wielu takich artystów wśród współczesnych, może Daniel Johnston takim jest.

[Marcin] Daniel Johnston jest niesamowity. Sprawia, że czuję niepewność, niewiedzę, o której mówiłem. Słuchając go zastanawiasz się, czy to idiota, czy geniusz?

[Candi] Dlatego, że on nie jest tylko muzykiem, ale osobą zdesperowaną by wyrazić to, co ma do powiedzenia.

Johnston jest przypadkiem wyjątkowym, ale jest chory, cierpi na depresję maniakalną. Słuchając, a zwłaszcza oglądając go, czuję się czasem na swój sposób winny, że obserwuję jak na arenie jego zmaganie się z chorobą, albo zastanawiam się na ile jego wyjątkowość wiąże się właśnie z nią. Być może przesadzam podkreślając znaczenie jego choroby.

[Candi] Ale jest w nim ta wewnętrzna desperacja, która jest od choroby niezależna i to wystarcza, ma wartość.
 
[Marcin] Daniel daje ci po prostu coś niezwykłego, z zupełnie innego świata, z innej miejsca umysłu i to samo w sobie jest w nim cenne. Można mu współczuć, a zarazem od niego czerpać.
 
Może Wy też planujecie akustyczny, surowy album w niedalekiej przyszłości?

[Candi] Chcę nagrać solowy album, złożony z dwóch części. Na pierwszej będę grać sama na gitarze i fortepianie, co robię bardzo kiepsko. Ale właśnie w tym tkwi istota, bo mało jest płyt, na których grają nie-profesjonalni instrumentaliści.
 
Instrumenty będą przynajmniej nastrojone, czy rozstrojone, by brzmiały jeszcze gorzej?

[Candi] W ogóle mnie to nie obchodzi. [śmiech] Dla ludzi może to być dość dezorientujący materiał. Druga część będzie, powiedzmy, symfoniczna. Tak… Będzie z pięć instrumentów dętych, dźwięki układów elektrycznych, to będzie muzyka symfoniczna na specyficzny ensemble. Postanowiłam te dwie rzeczy zrobić i niczym się nie przejmować. Będzie fajnie.
 
Kiedy możemy się spodziewać tej płyty?

[Candi] Najpierw muszę się za to zabrać. [śmiech] Za miesiąc jedziemy do Buenos Aires na trzy miesiące i wtedy się tym zajmę.  


W jaki sposób chcecie nagrać część symfoniczną?

[Candi] Marcin jest odpowiedzialny za część techniczną i to jemu sprawia największą przyjemność rozwiązywanie takich problemów.

[Marcin] Cóż, nie jestem pasjonatem technik nagrywania, interesuję się nimi na tyle, na ile potrzebuję. Niedawno nagrałem w dość specyficzny sposób krążek swojego nowego sekstetu jazzowego Profesjonalizm, który ukaże się na wiosnę. Operujemy estetyką jazzu lat 30. i 40., więc nagraliśmy go w mono na dwóch starych mikrofonach. Praktycznie nie słychać linii basu, jak na starych nagraniach. Ale symfoniczną muzykę Candi nagramy raczej w standardowych warunkach.

[Candi] Będziemy musieli poeksperymentować, nie mam jeszcze pomysłu. Chyba nie będziemy potrzebowali sali filharmonicznej, ani takiego rozmachu brzmienia.
 
Zespoły związane z Lado ABC ocierają się często o żart. Mitch & Mitch jest żartem wprost, ale mam wrażenie, że odbiorcy często uznają, że żartujecie też w ParisTetris, a nawet na Twoich Marcin solowych koncertach. Taka interpretacja może też się pojawić w przypadku projektu Candi, o którym właśnie mówiliśmy. Jaki jest według Was potencjał żartu w muzyce, jakie żart niesie ze sobą zagrożenia?

[Candi]
Fantastyczne pytanie, to kwestia, o której bardzo często ostatnio rozmawiamy.  

[Marcin] Tak. W tej chwili mogę powiedzieć, że na pewno nie przepadam za humorem bezpośrednim, dominującym nad muzyką, klasycznie kabaretowym. Szkoda ze nie ma z nami Macia, bo to jest naprawdę dobry temat na dyskusję. W przypadku ParisTetris jedynym chyba pół-żartem, pół-pastiszem była piosenka BBQ, którą zresztą Candi bardzo szybko odechciało się grać.

[Candi] Praktycznie zaraz po tym, jak ją nagraliśmy. [śmiech] Nagrać ją raz było fajnie, grać ją powtórnie było strasznie – powtarzany żart nie jest śmieszny.

[Marcin] Ale generalnie jest to jedyny utwór ParisTetris, który rzeczywiście jest takim dosłownym żartem. W muzyce lubię subtelne, podskórne poczucie humoru, a nie czarno-biały pastisz. Wiem, że również na moich solowych koncertach ludzie czasem myślą, że uprawiam rodzaj stand-up comedy, podczas gdy w ogóle tak nie jest. Ale to już inna kwestia, dotyczy tego czym jest humor i jak postrzega się rzeczy.

Otwarcie pierwszej płyty ParisTetris żartem w postaci BBQ mogło jednak niejako ustawić odbiorcę na żart i takie jego spojrzenie na dalszy przebieg płyty, czy nawet na poczynania zespołu.

[Marcin] Możliwe i jeśli tak jest, to umieszczenie BBQ na początku płyty mogło być błędem. Choć akurat ten żart BYŁ śmieszny. [śmiech] Ale to prawda, umieszczenie go na płycie sprawiło, że zostaje on już tam na zawsze i traci jednorazowy humorystyczny charakter. Teraz to wiemy.

[Candi] W pewien sposób wszystkie teksty na pierwszej płycie są zabawne. Nie bezpośrednio śmieszne i nie celowo zabawne, ale jednak.

[Marcin] Ale też cała grupa związana Lado jest zabawna, unosi się trochę w oparach absurdu, lekkości. W wywiadzie dla 'Dwutygodnika' mówiłem nawet ostatnio, że być może nawet za bardzo, że te opary zaczynają być męczące, że czas zrobić coś „poważanego”, „ważnego”. Bez wątpienia kwestia żartu w muzyce jest obecnie tematem na tapecie, o którym rozmawiamy w środowisku Lado. Zwłaszcza, że choć w takiej luźnej, zwariowanej atmosferze powstało dużo projektów i płyt, to mam wrażenie, że nadszedł czas byśmy spróbowali stworzyć coś większego.

Co jest na końcu potrzeby nagrania czegoś „ważnego”? Czy Waszym zdaniem możliwe jest stworzenie jednego dzieła, swoistej deklaracji, który określałby całościowo stosunek twórcy do sztuki (niech to będzie, powiedzmy „A Love Supreme” Coltrane’a), czy prawdopodobna jest raczej kombinacja małych kroków, które z biegiem czasu układają się w większą całość?

[Marcin] Obie opcje są możliwe, jak pokazuje historia.

[Candi] W obszarze muzyki jestem bardzo daleka od dążenia do jakiejkolwiek deklaracji i ten punkt bardzo mi się podoba. Płynę, nigdzie się nie śpieszę.

[Marcin] Może dzieło, deklaracja, to za duże słowo, bo Coltrane miał naprawdę coś głębokiego do powiedzenia swoim dziełem, ale czuję coś mniejszego. W moim przypadku cezurą jest pierwsza płyta ParisTetris i solowy album „Bob”, które dla mnie były pewnego rodzaju rozpoczęciem na nowo. Od tego momentu mam przynajmniej wrażenie, że wydarza się coś istotnego. Że tworzę coś mojego, a nie uczestniczę automatycznie w różnych podjętych projektach. W ogóle nie odczuwam teraz więzi z tym etapem kariery, gdy byłem pianistą w różnych jazzowych zespołach, grających mainstreamowy jazz.
 
Równolegle grasz też muzykę klasyczną, barokową. Na czym polega wyjątkowość grania tej muzyki?

[Marcin] To pytanie porusza szereg spraw. Byłem wychowany na muzyce klasycznej, moi rodzice i moja babcia są muzykami klasycznymi, więc do pewnego stopnia ją po prostu odziedziczyłem. Odpowiedzi może być wiele, w kontekście naszej rozmowy najważniejsze jest to, że barok jest odskocznią od codziennej gry solowej i z ParisTetris. W zespole czuje się najswobodniej, czerpię z grania z nim największą frajdę, w dobrym słowa znaczeniu. Koncerty solowe są bardziej wyczerpujące i dramatyczne. A muzyka klasyczna daje upragnione schronienie i wytchnienie. Z drugiej strony, klasyka daje też dużo zabawy, przyjemności z doskonalenia, z ćwiczenia, z kunsztu powstającego po tysięcznym powtórzeniu tej samej frazy. Dobre zagranie frazy po godzinach ćwiczeń dostarcza fizycznej przyjemności. To kompletnie inny sposób i cel wykonywania muzyki. Ale czasem się obawiam, że jest to eskapizm. Chciałbym na przykład móc być na tyle silny, by przestać grać klasykę na rok.

[Candi] Haha, to prawda. Dla Marcina granie baroku jest jak dla innych granie w tetris.

[Marcin] Barok to bezpieczne miejsce, w którym można się schować. Gdy pracuję dłuższy czas nad moim, jakkolwiek by to nie nazwać, „dziełem” i widzę, że mi niezbyt wychodzi, wtedy zawsze mogę zająć się wariacjami Bacha. Poza tym, to jest interesujące, bo lubię historię. Granie muzyki klasycznej jest jak praca detektywa albo historyka – starasz się odkryć przeszłość, by zrozumieć teraźniejszość i wszystko pomiędzy.

Dziękuję Wam za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Baaba, Baaba Kulka w popupmusic