polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Pictorial Candi Drink

Pictorial Candi
Drink

Debiut Pictorial Candi epatował lo-fi i pewną nieporadnością, ale był skonstruowany na przemyślanym łuku, wprowadzającym gości instrumentalistów i dźwiękowe doznania. Drink zarejestrował już kwartet zbudowany na bazie koncertów po Eat Your Conney Island, więc takiej zmienności wykonawczej nie ma, ale galimatias jest nie mniejszy. Album zresztą ukazał się cyfrowo i można go nabyć wraz z napojem dzieła Candi – przyznam, że nie próbowałem. Candi podciągnęła się instrumentalnie, a utwory są bardziej rozbudowane aranżacyjnie, przy zachowaniu obowiązkowego nieogarnięcia. Pierwsze utwory zapowiadają nieco bardziej zamaszystą kontynuację koncepcji z debiutu, tyle, że zgrabniejszych melodycznie. Jednak od połowy „The tormented and depressed person's on the phone again from Michigan” repetycje stają się coraz ważniejsze, w „Snow Valley Night” już jawnie dominujące, a gdzieś w międzyczasie wkrada się aura przerysowanej, popowej psychodelii w duchu of Montreal. Te repetycje przeistaczające się w niecyfrowe techno świetnie pasują do specyficznej ekspresji Candi, rzucającej się słuchaczowi na szyję ze sprawami przyziemnymi, dla niektórych wręcz irytującej. Płyta jest dziwaczna w dobrym słowa znaczeniu – wciąga pomysłowością, konsternuje przyjętymi rozwiązaniami, a stosunek Pictorial Candi do R. Stevie’go Moore’a zaczyna zaś przypominać artystyczny stalking. Zespół operuje na styku błyskotliwości i nieogarnięcia – na koncertach całość brzmi świetnie, ale zarazem widać, że prób zagrał o jedną za mało i można w ciemno obstawiać, że w połowie będzie przerwa na naprawę perkusji. Ale taki jego urok – może gdyby prób było więcej, a werbel by się nie rozpadał, to po prostu rozpadłby się zespół? Szkoda by było.

[Piotr Lewandowski]