polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Marcin Masecki / Candelaria Saenz Valiente Hymnen

Marcin Masecki / Candelaria Saenz Valiente
Hymnen

W maju 2012 roku na polsko-berlińskiej edycji Musicaction, projektu realizowanego w ramach Berlin Biennale, Marcin Masecki i Candelaria Saenz Valiente zaprezentowali własne interpretacje hymnów z różnych stron globu. Warszawski koncert w Nowym Wspaniałym Świecie był u nas jak dotąd wydarzeniem jednorazowym, ale jego fragmenty, uzupełnione o późniejsze nagrania studyjne, znalazły się na pierwszej wydanej tylko w duecie płycie. Oryginalny zestaw – kolejno Grecja /Cypr, Nepal, Haiti, Afganistan, Vanuatu i Gujana – pojawia się według klucza nie do końca mi znanego i czytelnego, być może chodziło o egzotykę, może o chęć wspomnienia tych państw w odseparowanym od niespokojnej rzeczywistości świetle, a może po prostu o czysto artystyczny urok i warte zwrócenia uwagi nastroje i melodie. Z której strony nie spojrzeć, zderzenie materiału wyjściowego z pomysłowością i wrażliwością autorów Hymnen musiało dać efekt niepospolity, w kontekście wcześniejszym zmagań Maseckiego z różnorakim kanonem momentami wręcz szokujący; raz poprzez podkreślenie melodycznych walorów oryginału barwami wręcz taneczno-rozrywkowymi (Nepal), często w dezorientujących zmianach tempa i syntezatorowych, niemal „zabawkowych” figurach, kiedy indziej poprzez wokalną deformację (Vanuatu, w całości syntezatorowy hymn Haiti), aż do wrzucenia granatu w strukturę utworu (Afganistan), jego bezlitosnego poszatkowania i nadania posmaku niemal noisowego eksperymentu. Zapomnieć, że to hymny, jest sporo łatwiej niż w całości przyswoić tę z premedytacją powyginaną całość. W tym ciągłym dekonstruowaniu formy nawet z początku ułożona kompozycja (hymn Gujany) zmienia swój kształt diametralnie, a w zasadzie tylko otwarcie albumu od początku do końca wybrzmiewa jeszcze w miarę przejrzyście. Z właściwego sobie przeskakiwania między spokojem i liryzmem a chaosem, z totalnej swobody i wywracania do góry nogami wszystkiego, co możliwe i niemożliwe, duet jest dobrze znany i w tym kontekście płyta nie jest zaskoczeniem. Głównie jednak poprzez ten szczególny kontekst słucha się jej, mimo niełatwych momentów, ze sporą uwagą. Z frajdą, zaciekawieniem, czasem i konsternacją, ale bez obojętności.

[Marcin Marchwiński]