polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Wojtek Mazolewski wywiad

Wojtek Mazolewski
wywiad

Wojtek Mazolewski co chwilę zaskakuje kolejnymi projektami - w 2009 roku wydał świetną, free-jazzową płytę z Freeyo, w ubiegłym roku w nowym składzie z Pink Freud przygotował niesamowity i różnorodny album "Monsters of Jazz", a lada moment ukaże się krążek "Smells Like Tape Spirit", który przez niemal dwa lata nagrywał w specjalnie przygotowywanym, analogowym studiu Radia Gdańsk. O tym jak je budował, o ile trudniej jest nagrań płytę na analogowym sprzęcie, rozszyfrowaniu muzycznych zagadek, inspiracjach naturą i tym z jaką łatwością przychodzi mu współtworzenie kolejnych projektów, przeczytacie poniżej.

W zasadzie nigdy nie było momentu, w którym koncentrowałbyś się wyłącznie na jednym zespole. Trochę ponad rok temu ukazała się płyta Freeyo, w minionym roku z Pink Freud w nowym składzie wydałeś „Monsters of Jazz”, a za chwilę wydajesz „Smells Like Tape Spirit” jako Wojtek Mazolewski Quintet. Przewija się tutaj bardzo dużo wątków – od iście free-jazzowej muzyki, po bogato rozbudowaną płytę Freudów i bardzo harmoniczny album Quintetu. Nie wspominając już o koncertach z Denisem Gonzalezem i zarejestrowanej płycie czy całkiem nowemu przedsięwzięciu, Zespole Cieśni i Tańca z Olo Walickim i Tomkiem Sowińskim. Strasznie tego dużo, odnajdujesz się w tym?

To pytanie powraca jak bumerang. Już wiele lat temu mówiono o mnie, że jestem bardzo zapracowany i prowadzę wiele projektów. Sam tego tak nie postrzegałem. Zdarzało się, że za dużo miałem na głowie. Przeżyłem pewne przygody życiowe, które wiele mnie nauczyły. A też przy okazji rozmowy o aktywności ciekawostka będzie pewnie to, że kilka miesięcy nie koncertowałem ogóle. Taka sytuacja zdążyła mi się po raz pierwszy od 14 roku życia czyli od kiedy zacząłem aktywność na scenie. To było wstrząsające doświadczenie, najtrudniejsze jakie do tej pory spotkało mnie w życiu zawodowym. Z drugiej strony zobaczyłem jak może ono wyglądać bez muzyki i jak zmieniają się moje procesy myślowe.

Wykorzystałem ten okres na wyciszenie, spojrzenie na siebie, dzięki czemu znalazłem czas i przestrzeń, do tego żeby nagrać album „Smells Like Tape Spirit”. Zawiera ona taki rodzaj melodyki, prowadzenia narracji, aranżacji i myślenia o każdym dźwięku, który tkwi we mnie od zawsze. Od najmłodszych lat lubiłem utwory, w których jest dużo śpiewnych, rzewnych i romantycznych melodii. Przez to wyciszenie, znalazłem czas, w którym mogłem je sobie wszystkie przypomnieć.

Dużo czasu spędzałem w warunkach wiejskich, byłem w Borach Tucholskich, na Półwyspie Helskim czy Kaszubach. Ładowałem tam swoje baterie i dochodziłem do równowagi fizycznej i psychicznej. Muzyka która powstała jest naturalna i przestrzenna, mocno osadzona w tych miejscach. To bardzo korzenne i ludyczne dźwięki, które są na tej płycie przedstawione bardzo współcześnie, ale mam nadzieje że nadal są wyczuwalne. Wydaje mi się więc, że mój ostatni album powstawał bardzo powoli.

Ale w ciągu ostatniego półtora roku wydałeś jeszcze płytę z Pink Freud i po drodze z Freeyo.

Pink Freud wraz z płytą „Monsters of Jazz”, przeobraził się i zmienił skład. Ale zanim do tego doszło, przez rok zespól odpoczywał bez grania i koncertów. Trzeba było pozwolić poukładać się sprawom na nowo. A przede wszystkim zebrać siły przed kolejnym etapem. Teraz mamy ogromny zapał do pracy.

Freeyo po prostu się wydarzyło. To cudowny zespół, w którym wszystko wychodzi nam bez wysiłku i wielkich nakładów pracy. Zespół Cieśni i Tańca dopiero się zrodził – wiadomo że na pewno będziemy to kontynuować, natomiast projekt z Gonzalezem to coś na co od dawna czekałem. Chciałem zagrać z kimś z poza naszego kręgu kulturowego. Zdarzyło mi się współpracować z Johnem Zornem przy projekcie Kobra i Timem Bernem przy Pink Freud, ale teraz to coś specjalnego. Tym razem wszystko powstało specjalnie pod ten skład. Złożyłem Denisowi konkretną propozycję z nagraniem moich kompozycji i utworów Krzysztofa Komedy oraz kilku jego kawałków.

W przypadku „Smells Like Tape Spirit” mimowolnie nasuwają się porównania z „Grzybobraniem”. W przypadku pierwszego albumu było to spotkanie, sytuacja, z której powstał album, a potem wykrystalizował się zespół, który kilkakrotnie się zmienił. Nowy album przygotowaliście niemal dwa lata, na koncertach jest on o wiele lepiej ograny.

W samym założeniu to dwa odmienne projekty. „Grzybobranie” wydałem pod moim nazwiskiem z racji tego że byłem pomysłodawcą tej idei, osobą która spajała wszystkich uczestników tego wydarzenia. Potem zająłem się także produkcją i post-produkcją.

Podczas „Grzybobrania” oddawaliśmy się podróżom, transcendentalnym, psychodelicznym, kolektywną wyprawą w nieznane. Poza pomysłem, nie przygotowywałem konkretnych kompozycji, dopiero złożyłem je z tego co zarejestrowaliśmy. Na początku zakładałem, że będzie to projekt artystyczny – chciałem stworzyć kilkadziesiąt lub kilkaset sztuk tej płyty, robionej własnoręcznie. Raczej widziałem to w kategoriach wydarzenia artystycznego, które można by było pokazywać w galeriach. Oprócz muzyki, wszystko jest także nagrane na wideo, więc może kiedyś to ujawnimy i pokażemy swego rodzaju video-art., którego ścieżką dźwiękową będzie ta sesja. Przy okazji  było to dla mnie otwarcie nowych drzwi i rozpoczęcie pewnym projektów pod własnym nazwiskiem. O tym, że wydałem to jako płytę, mocno zadecydowała otwartość mojego wydawcy.

To wydawnictwo, mimo że nie jest lekkie, ma w sobie dużą siłę sprawczą. Po nagraniu  „Grzybobrania” przez wiele miesięcy miałem poczucie, że nastąpił wielki wybuch, z którego będzie się tworzyła nowa rzecz. Zagraliśmy tylko jeden cudowny koncert w pełnym składzie, bo od początku wiedziałem, że aktywność koncertowa takiej orkiestry jest dla mnie nie do ogarnięcia. Czułem jednak, że chce aby przeistoczyło się to w projekt trwały, który można kreować z dnia na dzień. Tak rozpoczęła się praca nad tworzeniem kwintetu, najpierw w oparciu o członków grzybowego składu, a potem o nowe indywidualności.

Aż w końcu uzbierałeś właściwe osoby, z którymi zacząłeś przygotowywać płytę...

Tak. Kiedy spotkaliśmy się razem i zagraliśmy wiedziałem już ze to jest to. Ten skład mógł od razu nagrać płytę. Postawiliśmy jednak na prace i dopracowanie wszystkiego. Graliśmy wiec głownie trasy koncertowe które podsumowywały kolejne etapy rozwoju. Jeden z bardzo wczesnych koncertów WMQ jest nagramy na video i do dziś co jakiś czas można go obejrzeć na TVP Kultura. Od tamtego czasu zmieniło się jednak bardzo wiele.

Bardzo szczęśliwie ułożyło się to wszystko dla mnie. Na „Grzybobraniu” bardzo istoty był udział Marcina Maseckiego i jego żony Candelarii. Tworząc nowy zespól który wtedy odnosił się jeszcze do tego wydawnictwa dużo myślałem o tym jak mógłbym ich zastąpić. Sytuacja rozwiązała sie sama kiedy spotkałem Asię Dudę. Wszystko zaczęło się układać – poczułem jakbym w niej znalazł to co robił Marcin z jego szaloną kreatywnością oraz pierwiastek żeński, która wnosiła wcześniej Candelaria. W tej muzyce którą nagraliśmy na SLTS było to bardzo potrzebne.

Przy okazji odnosiło się to do moich pierwszych fascynacji muzyką Johna Coltrane. Było to w czasach kiedy nie cierpiałem jeszcze fortepianu w jazzie. Trawiłem jedynie kwartet Coltrane’a z jego żoną Alice, bo ona grała zupełnie inaczej niż inni pianiści. Ta zdolność posiada moim zdaniem ma Asia. Ona jest w stanie grać i myśleć na fortepianie zupełnie inaczej, spontanicznie i emocją.

Dalej układało się równie dobrze. Chciałem dobrać taki skład, żeby wszyscy czuli się w nim jak ryby w wodzie. No i trafiłem na prawdziwe okazy. Nasza gwiazda z Pragi, Oskar Torok -  Słowak, buddysta i przezabawny człowiek który wspaniale gra na trąbce. Na saksofonie i klarnecie basowym gra Marek Pospieszalski. Natomiast na perkusji Michał Bryndal lub czasem Jurek Rogiewicz. Razem potrafimy naprawdę daleko odpłynąć.

Wróćmy jednak do nagrań. Postanowiliście rejestrować album na wzór składów jazzowych z lat 50. i 60. – wszystko na setkę, w jednym miejscu, specjalnie przygotowanym i odnowionym studiu Radia Gdańsk. To świetnie odnosi się do tego co powiedziałeś o naturze: nagrywacie na analogowym sprzęcie, bez cięć, poprawek, a wszystko chcesz wydać na winylu. W opozycji do współczesnej digitalizacji i technicyzacji.

Złożyło się na to wiele moich myśli i marzeń o tym jak chciałbym robić dzisiaj muzykę. Po pierwsze z radością wróciłem do grania na kontrabasie – zanosiłem się z tym od paru lat, ale instrument, który miałem nie spełniał moich wymagań. Dużo na nim grałem np. kiedy byłem w Borach Tucholskich u mojego przyjaciela, wstawałem wcześnie rano i chodziłem na mały pomost nad jeziorem, gdzie grałem w momencie, kiedy zaczynał się dzień. Ten dźwięk był dla mnie idealny i chciałem, żeby ludzie właśnie tak go słyszeli.

Wpadłem tam za to na zupełnie inny pomysł – koncert dla krów na kontrabas solo. Któregoś poranka, grając na pomoście odleciałem mocno w świat muzyki i w pewnym momencie zorientowałem się, że tuż nad brzegiem zgromadziło się kilkanaście krów, które wypuścił okoliczny właściciel ziemski. A ja naprzeciwko nich grałem na kontrabasie kiedy piły wodę. Postanowiłem więc, że warto to zarejestrować na wideo.

Marząc o tym, żeby, odbiorcy mogli usłyszeć najczystszy i najprostszy dźwięk, zastanawiałem się jak mogę go zarejestrować. Nie chodziło nawet o ideał dźwięku jako technicznego osiągnięcia, bardziej zależało mi na jego bliskości, organicznym brzmieniu, możliwości obcowania z nim bez żadnych zniekształceń, zmian, jak z drugim człowiekiem. W moim odczuciu najlepiej w tym wymiarze brzmi materiał nagrany analogowo. Najlepsze wrażenia mam podczas słuchania nagrań jazzowych z lat 50. i 60. , kiedy płyty były nagrywane w jednym pomieszczeniu na wielośladowy magnetofon szpulowy. Technicznie być może nie jest to ideał, ale muzycznie wrażenie odsłuchu jest najlepsze z możliwych.

Jak więc w końcu doszło do tego, że płyta powstała w całkowicie analogowym studiu Radia Gdańsk?

Bardzo długo szukałem studia, gdzie mógłbym to zrealizować – byłem w bardzo wielu miejscach, ale zawsze było coś nie tak. Od jakiegoś czasu współpracuję z Radiem Gdańsk, gdzie co środę prowadzę audycję „Mała Sobota” przed północą. Zacząłem zastanawiać się czy nie byłoby możliwości, aby stare studia w tym budynku wykorzystać do nagrań, adaptując je i odrestaurować na wzór tych sprzed pół wieku. Piotr Jagielski, który jest szefem studia, zrobił nowy projekt – zaprojektował reżyserkę, zakupiono analogową konsoletę lampową, odpalono dwa magnetofony Studera - dwudziestoczterośladowego i masteringowego. Żeby to wszystko nagrać potrzebne były jeszcze tylko dobre stare mikrofony. Ich konfiguracją zajął się Piotr Taraszkiewicz, który nagrywał cały materiał, tak aby wszystko jak najlepiej oddawało dźwięk w oldschoolowym klimacie.

Stanęliśmy wszyscy w jednym pomieszczeniu, oddzielając się jedynie parawanami, żeby najtrudniejsze częstotliwości nie wchodziły na membranę mikrofonów. Widząc się i patrząc sobie prosto w oczy mogliśmy realizować płytę w pełni akustyczną w warunkach, w jakich nagrywali Charles Mingus, Eric Dolphy, John Coltrane, Miles Davis czy nawet The Beatles. Nagrywanie w sposób analogowy robiłem nie pierwszy raz, ale nigdy nie stworzyłem płyty, dbając o to, aby wszystko było szczegółowo przygotowane pod jej nagrywanie.

„Smells Like Tape Spirit” będzie niejako wizytówką tego miejsca, to pierwszy album który został tam zrealizowany. Mam nadzieję, że w przyszłości będą powstawać tam kolejne analogowe płyty.

Czy podczas nagrywania przydarzyło się Wam coś niespodziewanego? Praca w analogowym studiu znacząco różni się od tego co można zrobić na komputerze.

Plan wydawał się prosty: zbudować studio, dobrać mikrofony, współpracowników i nagrywać. To ostatnie było zdecydowanie najtrudniejszym etapem. Dochodziło do sytuacji, w której mieliśmy kilka take'ów jednego nagrania. Słuchaliśmy każdej z nich z taśmy-matki, dwudziestoczterośladowej. Zabraliśmy się za miksowanie jednej z nich – a zrobienie tego zajmuje dzień albo dwa. Kiedy to zrealizujesz i powstaje pierwszy miks, słuchasz go i dochodzisz do wniosku, że coś trzeba jednak poprawić. Nie kasowaliśmy tego, bo gdybyśmy chcieli to zrobić, trzeba by nagrać ciszę i zarejestrować jeszcze raz to samo. Więc nagrywaliśmy na nowej taśmie kolejną wersję, ale w niej znów czegoś brakowało i trzeba było zrobić trzecią wersję. W pewnej sytuacji mamy trzy wersje jednego take'u – jeżeli z każdą wersją tak zrobisz, to masz 9 wersji jednego kawałka, na każdą poświęcając dzień lub dwa. Więc kiedy to skończysz, czujesz że naprawdę wykonałeś sporo pracy. Na komputerze można byłoby to zrobić w godzinę, na sprzęcie analogowym zajmuje to tydzień.

To bardzo perfekcjonistyczne podejście.

W pewnym momencie doszedłem do wniosku, ze nie możemy się aż tak rozdrabniać, bo zajęłoby nam to z rok. Przyzwyczajeni do możliwości komputerów chcieliśmy robić z tym wiele rzeczy . 

Na komputerze możesz zapiąć automatykę sterującą głośnością instrumentu. Tu te rzeczy trzeba robić na żywo ręką w trakcie zgrania. Idealnie było by skontaktować się z producentem Beatlesów Georgem Martinem (śmiech) on miął do tego talent i znał się na tej robocie.

My musieliśmy się tego nauczyć. Miałem zwątpienia czy nie przenieść tego do komputera,  ale nie poddałem się. Myślę ze było warto i ze  efekt jest wyczuwalny. Przy nagrywaniu tej płyty zależało mi żeby oprócz dopracowanej warstwy muzycznej również ta jakościowa była najlepszą jaką możemy zrobić.

W Twoim podejściu do muzyki strasznie podoba mi się to, w jaki sposób opowiadasz o muzyce podczas koncertów – z jednej strony trochę je tłumaczysz i odzierasz z aury tajemniczości, a z drugiej dodajesz im głębi. Nie wspominając o grach słownych z jakich składa się większość tytułów.

Staram się wywoływać pewne impulsy, wytwarzać energię twórczą, która zainspiruje ludzi do działania. Sam utwór powinien jakoś pozytywnie wpływać na ludzi, a tytuł często jest dodatkowym haczykiem, który może zanęcić. Oczywiście zależy to od słuchacza – dla jednego może być to zupełnie nieistotne i pominie go koncentrując się wyłącznie na muzyce, a innego nakieruje i dzięki temu wyczują moją intencję, która pchnie na ich własne tory. Stąd zawsze bardzo mocno koncentruje się zarówno nad kolejnością utworów jak i ich tytułami. Zawsze kiedy na niego wpadnę, wiem że to jest to – tożsame z muzyką, ze mną, z przyszłością płyty.

Wiadomo, że w umysłach ludzi tytuł może znaczyć coś zupełnie innego niż dla mnie. Lubię kiedy muzykę z tytułem łączą różne watki z życia, kiedy maja jakąś intencje, motywują.

Dzięki temu wydaje mi się, że mogą silniej oddziaływać.

A jak to wyglądało w przypadku „Smells Like Tape Spirit”?

Niektóre utwory są komuś dedykowane – płytę kompozycja „New Comer”, którą napisałem dla swojego syna. Od początku wiedziałem, że ta melodia jest związana właśnie z nim, ale na początku nie miałem dla niej tytułu. Dopiero szukając tytułu na płytę, pojawiła się ta nazwa. Najpierw miała to być nazwa całego albumu, ale trochę mi to nie pasowało i dopiero później zrozumiałem, że to tytuł jedynie dla utworu, który będzie ten krążek otwierać.

Innym kawałkiem związanym z moim synem jest kompozycja „Księżniczka nr 9 i 10” - to właśnie on wymyślił ten tytuł. Z jednej strony słodki i romantyczny, a z drugiej całkowicie abstrakcyjny, ale bardzo pasujący do utworu. Jestem bardzo zadowolony z produkcji tego utworu. Jest zrealizowany tak, że słychać ruch powietrza w studio, drganie ust saksofonisty i ma się wrażenie ze muzycy są tuz obok ciebie i sączą ci dźwięki wprost do ucha.

„Planeta guzików” to utwór o „obrotach ciał nieziemskich” (śmiech), inspirowany kobiecymi wdziękami, „Kaczeńce” powstały na wpół w Borach Tucholskich, na wpół w Warszawie – tworząc go myślałem o łowiczankach, a motyw basowy to początkowo miała być śpiewana przez nie piosenka. „Gwiazda z Pragi” świetnie wiąże się z muzykami z zespołu – Oskar Torok mieszka w czeskiej Pradze, a Asia Duda na warszawskiej (śmiech). Poza tym pięknie się to wpisuje w Rok Heweliuszowski! (śmiech)

Nieźle rozszyfrowujesz poszczególne kawałki. Nie boisz się, że przez to może zniknąć ich czar i niedopowiedzenie albo że narzucisz pewną z góry określoną interpretację?

Wierzę w ludzki potencjał i wiem, że słuchacze potrafią rozszyfrować moje tytuły i zagadki w nich zawarte  i to czasem lepiej niż ja. Ufam że nawet kiedy coś zdradzę i odkryję, ludzie potraktują to jak trampolinę do swoich poszukiwań. Muzyka zawsze zapisuje się jakimś kodem w głowie.

[foto: Michał Szlaga]

[Jakub Knera]