polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Bassisters Orchestra wywiad z Wojtkiem Mazolewskim

Bassisters Orchestra
wywiad z Wojtkiem Mazolewskim

Panowie, panie, od około pół roku wiadomo, kto jest "numer jeden". Nie żadne frytki i coca-cola, nie Zbigniew Boniek ani Marcinkiewicz ex-premier, tylko Bassisters Orchestra jest numer jeden. Bez Wojtka Mazolewskiego pewnie nigdy byśmy tej odkrywczej prawdy nie poznali i, co ważniejsze, pozbawieni bylibyśmy jednej z najlepszych polskich płyt tego roku, eklektycznej a spójnej, niezmiennie promieniującej radością tworzenia muzyki. Spotkaliśmy się więc z Wojtkiem głównie z zamiarem odpytania go o ten projekt, mając jednak na pamięci jego inne, równie ważne przedsięwzięcia. Zapraszamy do lektury zapisu naszych dialogów.

Wieść gminna niesie, że jesteś głównym ojcem projektu Bassisters Orchestra. Ile w tym prawdy?

Bassisters Orchestra założyłem bardzo dawno temu i nazwy tej używałem kilkukrotnie robiąc różne, bardzo dziwne rzeczy. Pierwszym pretekstem było zlecenie od mojej znajomej z gdańskiego klubu Plama, gdzie występował teatr Plastique Volange. Ze względów finansowych teatr ten nie mógł przywieźć własnej orkiestry, więc poproszono mnie o napisanie muzyki do ich spektaklu. Był to spektakl z okazji millenium Gdańska i polegał na tym, że artyści puszczali nad miastem dmuchane istoty - głównie smoki. Zorganizowałem orkiestrę złożoną z różnych znajomych, która na dodatek musiała się poruszać, warunki nie pozwalały na to, żebyśmy jechali na jakieś platformie. Zebrałem wszystkich znanych mi bębniarzy, z trójmiejskich szkół muzycznych pozbierałem sekcję dętą złożoną z puzonów, trąbek itd. Tak na marginesie, wtedy poznałem Tomka Ziętka, którego zaprosiłem później do współpracy w Pink Freud, który przyszedł na to moje pospolite ruszenie i był wyróżniającym się muzykiem. Solistami byli Asia Harchan i Mikołaja Trzaska. Naturalnie nikt nie przewidział przemarszu przez miasto, czyli że zgromadzona publiczność będzie nas miażdżyć w czasie spektaklu. Było śmiesznie i ciekawie.

Początek w istocie niezły, ale chyba jeszcze daleka droga do dzisiejszego oblicza Bassisters...

Prawda, gdy wymyśliłem tę nazwę, która mi się bardzo spodobała, akurat chwilę wcześniej przerzuciłem się na bas, po wielu latach bycia gitarzystą i wokalistą. Stopniowo wkręcałem się w ten instrument i marzył mi się, jak pewnie każdemu młodemu basiście, zespół złożony z samych basistów. Każdy przecież w swoim życiu układał jakieś superteamy, czy to piłkarskie, czy muzyczne. Ale takie inicjatywy często nie wychodzą - bardzo wyraziste postaci zazwyczaj nie mają czasu lub energii by ze sobą faktycznie współpracować. Z reguły powstają właśnie "projekty", które nagrywają wspólną płytę. Choć nawet i tyle nie zawsze wychodzi, co zauważyłem, gdy już się zacząłem orientować w jazzie. W każdym razie, moim pomysłem było stworzenie grupy basistów, być może grających też na innych instrumentach, ale basistów. Jednak nigdy do tego nie doszło.

Później zostałem poproszony przez Teatr Dada von Bzdulow o opracowanie muzyki do spektaklu Dialogus in Conventionae. Ponownie zaprosiłem artystów z różnych środowisk, m.in. Sławka Jaskułkę a dla przeciwwagi Rogulusa, szalonego performera, który wtedy zaczynał grać na trąbce i miał niesamowitą praktykę, gdyż szedł do lasu i uczył się grać naśladując dźwięki, jakie tam słyszał. W każdym razie, zestawienie go z młodzieńczym pięknem i aksamitem Sławka Jaskułki było piorunujące. Był tam jeszcze Tomek Balon, taki intelektualny John Zorn grający na perkusionaliach, Misiu Jarzębski, znany z płyty Kur jako znawca NBA, a tak naprawdę znawca McLaughlin'a i mój pierwszy nauczyciel na gitarze. Na dokładkę jeden z najlepszych wykonawców muzyki współczesnej Paweł Nowicki na marimbie i wibrafonach. Zebrałem ten zespół, aby nagrał muzykę teatralną, miniatury, które napisałem. Spotkaliśmy się, zaczęliśmy grać te moje szkice i było tak fajnie, że ktoś skoczył po coś do picia, zrobiło się tak cudownie, że muzykowaliśmy chyba do szóstej rano, a z moich miniatur zaczęły powstawać suity niemal dwudziestominutowe. Do spektaklu wybraliśmy naturalnie pierwsze fragmenty z tamtej sesji, ale większe części tej improwizownej nocy wydaliśmy na płycie w wytwórni Rogulusa TNS Rec. Trochę jeszcze koncertowaliśmy z tamtym zespołem, ale później na pierwszy plan wyszedł Pink Freud, który jest dla mnie głównym zespołem i odpuściłem Bassisters. Nazwa czekała na kolejne propozycje, bo zauważcie, że wszystko w Bassisters wynikało w związku z różnymi propozycjami.

Co więc było kolejnym pretekstem?

Dostałem ofertę zorganizowania własnego dnia na festiwalu Gdańskie Noce Jazsowe, gdzie miałem sporą swobodę, ale głównie chodziło o to, żebym wystąpił na tę okazję ze specjalnym projektem. Chciałem ściągnąć Vandermarka i zagrać z nim w kwartecie, marzył mi się taki mocny, ostry, jadący do przodu saksofon.

Rzeczywiście Vandermark byłby właściwy.

Tak, o taką właśnie energię mi chodziło - o energię lat sześćdziesiątych zagraną ze współczesnym myśleniem o muzyce. Miałem jeszcze pomysły na zaproszenie innych muzyków, ale okazało się, że będzie to trudne - nikogo z nich nie było wtedy w Europie, a sprowadzanie ich specjalnie na tę okazję przekraczało możliwości finansowe festiwalu. Plany się więc zmieniły. Pamiętam, zaprosiłem wtedy do Gdańska Elektrolot, który do tamtej chwili nie grał jeszcze w Trójmieście, zagrałem z Freudem, została kwestia specjalnego projektu. Narodził się pomysł składu z muzykami polskimi. Więc kto? Saksofonista - oczywiście Mikołaj Trzaska. Poza tym Macio Moretti, którego uważam od dawna za wielki talent, to mój faworyt do współczesnego zespołu o charakterze improwizowano-jazzowym. Jest wielu świetnych bębniarzy, którzy mają klasyczne wykształcenie, którego Macio nie posiada, ale ma za to nieograniczoną wyobraźnię. Akurat wtedy zasłuchiwałem się w "F3" Tworzywa Sztucznego i moja dziewczyna zasugerowała, żeby zaprosić Fisza.

Niezbyt często uczestniczysz w projektach z wokalistami.

Wtedy już od wielu lat nie grałem z muzyki z wokalem, choć wcześniej grałem punk-rocka, byłem gitarzystą i wokalistą, ale mi przeszło. Odszedłem od muzyki wokalnej przede wszystkim dlatego, że kompletnie niezrozumiałe było dla mnie, jak można grać piosenki napisane rok albo dwa wcześniej, nie mogłem wtedy już tego robić. Nie rozumiem ludzi, którzy ciągle śpiewają, jaki to piękny był świat, kiedy mieli dziesięć lat. Co nie znaczy, że nie lubię muzyki rockowej, piosenkowej, po prostu sam tak nie mogłem się już w pełni wyrazić. W każdym razie, gdy pojawił się pomysł zaproszenia Fisza, poczułem, że może jest to dobry moment na zaryzykowanie czegoś takiego. Szczególnie, że Fisz pasował do tej odstrzelonej ekipy - Mikołaj, Macio, Bunio, ostatecznie Emade jako człowiek od brzmienia. Po bodajże dwóch spotkaniach wszyscy okazali się na tyle odważni, żeby zaakceptować propozycję, by przyjechać dzień wcześniej, zagrać jedną próbę, zastanowić się co chcemy zrobić i potem zagrać koncert. Mieliśmy mało materiału przygotowanego, ale wszyscy byli na tyle kreatywni, że przez cały koncert miałem dreszcze.

Singiel wydany w Asfalcie był zapisem właśnie tego występu, prawda?

Tak, wspólnego materiału mieliśmy raczej mało, ale na przykład jeden numer oparliśmy na moim i Bunia kawałku Ludzi, kolejny był kompletnie wyimprowizowany, a Fisz śpiewał różne swoje teksty. Na koncercie działo się dużo świetnych rzeczy, tylko coś nawaliło w konsolecie i od drugiego utworu nagranie się nie nadawało do wykorzystania. Inaczej wydalibyśmy więcej niż singiel. Na tamtym koncercie przewijało się wszystko - punk, reggae, elementy hip-hopowe, czad i improwizacja. Gdy okazało się, że nagranie potwierdza nasze entuzjastyczne wrażenia, poczuliśmy, że mamy skład, z którym możemy wszystko, jak ktoś kiedyś śpiewał. A mi pierwszy raz od dawna zachciało się zrobić płytę z wokalami. Parę numerów mieliśmy napisanych, na przykład Nastroje, weszliśmy do studia na kilka dni, zagraliśmy co było do zagrania plus mnóstwo improwizacji. Nagraliśmy dwadzieścia dwa numery, a na płycie jest bodajże czternaście. Najlepsze w tej płycie jest, że każdy z nas w pewien sposób ją produkował - na przykład utwór zamykający album przyjął znaną wam postać dosłownie na kilka dni przed oddaniem materiału do masteringu, po przerobieniu go przez Macia i Emade. W domu mam swoją wersję, której głównym motywem jest saksofon i jego wariacje, a Bunio zrobił swoją, na której śpiewa. Moglibyśmy wydać jeszcze jeden album z alternatywnymi wersjami.

Do tej pory zagraliście jednak tylko kilka koncertów.

Postanowiliśmy, że latem zagramy parę imprez a klubową trasę zrobimy zimą. W międzyczasie zagraliśmy - tak jak najbardziej lubię - różne specjalne projekty, w listopadzie w Krakowie w Alchemii, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że taki zespół jak Bassisters tam nie pasuje. Utwory z płyty świetnie gra się nam na żywo, są doskonałą bazą koncertów, ale gdy na koncercie w Warszawie staraliśmy się bardziej grać numery, miałem wrażenie, że odbiera nam to wiele energii wykonawczej. Mając czternaście kawałków z płyty i kilka dodatkowych, bazując na tym programie potrafimy między nimi i w ich wnętrzu stworzyć bardzo ciekawe rzeczy, których może nawet byśmy nie wydumali. Płytę tak wydumaliśmy, tnąc w domu i kombinując, ale to, co możemy ludziom dać najlepszego, dzieje się na scenie. Wtedy możemy improwizować formą, brzmieniem, ale z energią rockowego zespołu. Ten zespół jest do takiego grania predestynowany.

Z twoich słów wynika, że możemy spodziewać się trwalszej współpracy, niż jeden album.

Myślę, że tak, gdyż czerpiemy z tego dużą radość. Planujemy trasę, może wydamy singiel z kilkoma numerami, które nie weszły na płytę, albo z różnymi wersjami, o których wspominałem. Rozmawialiśmy też o tym, jaką chcielibyśmy przyjąć formę pracy przy następnej płycie, więc skoro już o tym mówimy, to raczej ciąg dalszy nastąpi.

A propos koncertów, jak ci się podobał Medeski, Martin & Wood w lipcu w Królikarni?

Bardzo mi się podobał. Od dawna bardzo cenię ten zespół, odlatywałem już przy ich starych płytach, a cenię ich też za odwagę, z jaką zrobili te ostatnie. A tutaj koncert Medeskiego w środku lata, o czternastej i to w parku? Jednak wyszli z takim luzem i spokojem, zupełnie nie przejęli się okolicznościami i zagrali jakby próbę, albo koktajl party. To był dużo lepszy koncert niż ten kiedyś w Kongresowej, która nie jest dobrym miejscem dla Medeskiego.

Mnie także zaskoczyli zupełnie, widziałem ich rok temu i zagrali wtedy kompletnie inaczej.

Na tym polega urok. W Polsce niestety rzadko mamy szansę oglądać dobre zespoły tak często, by porównywać koncerty. Jeśli zespół zagra raz na kilka lat, to nikt się nie zorientuje, czy to był lepszy, czy słabszy moment na trasie. Pamiętam jak byłem na koncercie Living Colour w Warszawie - nie był to TEN Living Colour, ale i tak mi się podobało, bo nigdy wcześniej ich nie widziałem. Jak przyjadą Red Hoci to pewnie też pójdę.

Skoro Pink Freud zwykłeś traktować jako swój priorytetowy zespół, czego możemy się po nim spodziewać w najbliższym czasie? Już gdy rozmawialiśmy dwa lata temu z okazji premiery "Jazz fajny jest", wspominałeś o nowej płycie.

Którą nagraliśmy niemal półtora roku temu i przez ten czas przeleżała na półce, tyle co Envee trochę zajmował się miksem. My natomiast graliśmy tak dużo koncertów, że o dziwo nie znaleźliśmy nawet tygodnia, żeby się tym materiałem zająć. Po czym się okazało, że wystarczyły dwa dni pracy nad miksem, byśmy uznali go za bliski ideału. Zależy nam, by ten materiał brzmiał surowo, jak stare sesje jazzowe, ale z naszą nowoczesną muzyką. Płyta jest już gotowa. Najlepsze, co możemy dać ludziom to granie muzyki na żywo i na tym się właśnie skupiliśmy. Koncerty zabrały nam tyle czasu i energii, że płytę przez długi czas odłożyliśmy na bok. Dla mnie właśnie koncerty są najważniejsze i wciąż mam wrażenie, że nie robię płyt takich, jak bym chciał. Nowa płyta jest najbliższa ideału, ma w sobie sporo dzikości i spontaniczności, ale nadal nie jest to taka muzyka jazzowa, jaką potrafimy zagrać na koncercie.

Kiedy więc możemy spodziewać się premiery albumu?

Planujemy premierę na luty. W międzyczasie, w październiku zagraliśmy dwie całodniowe próby z Marcinem Maseckim plus całonocne koncerty w Alchemii, która zapewniła nam wspaniale warunki do pracy miedzy innymi prawdziwego Hammonda z głośnikami Leslie. Z tego również ukaże się płyta i to już niebawem. To mi się najbardziej podoba - koncert i od razu po nim płyta.

Może dobrym pomysłem byłyby więc albumy koncertowe?

A wiecie, przez ostatnie półtora roku kupowałem głównie takie płyty, na nich znajduję bliską mi energię.

[Piotr Lewandowski, Aleksander Kobyłka]

recenzje Bassisters Orchestra w popupmusic