polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
BASSISTERS ORCHESTRA Numer Jeden

BASSISTERS ORCHESTRA
Numer Jeden

Po długim okresie wyczekiwania, wreszcie dostajemy do naszych rąk tę niezwykłą płytę. Płytę, która zanim się ukazała, elektryzowała i porażała siłą składu, jaki tworzy Bassisters Orchestrę. Zaproszenie przez Wojtka Mazolewskiego do udziału we wspólnym projekcie jednych z największych postaci rodzimej sceny musiało przynieść piorunujący efekt. Ten album musiał po prostu się udać.

Co ciekawe jednak, ich wspólne dzieło brzmi znacznie lepiej niż się spodziewałem - jest ciekawsze niż improwizowane kompozycje z maxi-singla "Live at Wrzesz" - bardziej zabawne, właściwie przemyślane, ale i nieprzewidywalne. Każdy z muzyków biorących udział w pracach zespołu wniósł wiele od siebie i dzięki temu powstał album wielowątkowy oraz eklektyczny, ale zarazem zgrabnie spójny i poukładany. Zetknięcie ze sobą pomysłów Emade, Bunia, Fisza, Morettiego, Trzaski i Mazolewskiego to jednocześnie przełożenie na jeden, uniwersalny język muzyczny różnorodnych stylistyk i dźwiękowych wpływów, które dotąd żyły swoim własnym życiem. Na "Numer Jeden" uformowano je w niebywale intensywną miksturę (raz to jazzową, raz trip-hopową, innym zaś kompletnie garażową), naładowaną genialnym brzmieniem i tak szerokim wachlarzem inspiracji, że nie sposób próbować nawet tego wszystkiego klasyfikować. Nie o to tutaj chodzi. Ten krążek to wręcz elementarny podręcznik podejścia do tworzenia muzyki, w którym najważniejszymi pozostają niczym nieskrępowane horyzonty muzyczne, radość nagrywania i umiejętność rozwijania swoich patentów. Bassistersi wszystko to opanowane mają do perfekcji i parafrazując słowa Fisza spokojnie mogą całą słabą resztę muzyków wziąć między ręce i zrobić plask plask, żeby nie bzykała im tu więcej. W takim składzie stają się bezkonkurencyjni i od razu mogą zmienić swoją nazwę na Dream Team. Do nich ona pasuje jak do nikogo innego na naszym podwórku.

[Tomek Doksa]