polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Wojtczak, Mazolewski, Gos Freeyo

Wojtczak, Mazolewski, Gos
Freeyo

Kilkusekundowa cisza otwierająca tę płytę jest zwodnicza. W świetle tego, co się dzieje na „Freeyo” później, prędzej uwierzę w wypełnienie tej chwili falami o częstotliwościach dla ludzkiego ucha nie słyszalnych, niż pustką. Panowie Wojtczak, Mazolewski i Gos nie marnują bowiem czasu. Dość prędko po zawiązaniu trio nagrali żywiołowy album, na którym zderzają free jazzową improwizację z wątkami muzyki ludowej i nie tylko. W pierwszym kontakcie uwagę zwraca sekcja rytmiczna, której kanonada wypełnia dwa utwory rozpoczynające płytę, co w połączeniu z poszukiwaniem przez Wojtczaka miejsca w głośnikach przy pomocy niespiesznych fraz daje bardzo ciekawy efekt. W utworze tytułowym saksofon pracuje podobnie, zaś flet staje się z instrumentu melodycznego tym, który repetycją spina wariactwa sekcji. Bajkał jest wręcz tej sekcji duetem.

Jedynym utworem opartym na konkretnym temacie wydaje się perfekcyjna dekonstrukcja kujawiaka i finałowy Anthill – też zresztą rozbity w drobny pył. Jeśli dorzucimy miniaturkę w postaci Mamuth, utworu urywającego się pod naciskiem przesterowanej gitary basowej, rysuje się obraz płyty, na której priorytetem jest odnajdywanie przestrzeni dźwiękowej i rytmicznej. Wyimprowizowanie materiału jest wyczuwalne, gra sekcji frenetyczna. Per saldo „Freeyo” to całkiem dobre free, choć brakuje mi na tej płycie postawienia kropki nad „i”, co się zapewne dzieje na koncertach.

Mam też wrażenie, że dla każdego z członków tria to potencjalnie ważny projekt – w przypadku Mazolewskiego interesująco rezonuje ze zmierzającym w akustyczne rejony kwintetem, dla Gosa jest swoistym powrotem na jazzową scenę, a dla Wojtczaka, który do tej pory pełnił raczej rolę side-mana, to pierwsza wyrazista własna wypowiedź studyjna. I chciałbym się nie mylić.

[Piotr Lewandowski]