polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
PINK FREUD Jazz fajny jest

PINK FREUD
Jazz fajny jest

Pink Freud na swojej najnowszej płycie po raz kolejny udowadnia, jak jazz może być fajny i jak wiele można z nim zrobić. Muzycy dają na niej upust swoim dwóm fascynacjom, które są siłą napędową zespołu - skłonności do eksperymentów i poszukiwań oraz przywiązaniu do czystej energii grania na żywo. Stąd dwie części : dwanaście remixów utworów z poprzedniego albumu "Sorry music polska" oraz nieco ukryty, bo w postaci empetrójek, ale nie mniej ważny, zapis koncertu w toruńskim klubie "Od nowa". To przeciwstawne bieguny stanowiące dwa oblicza jednego zespołu. Lista osób, które zechciały przetworzyć muzykę Pink Freuda, jest pokaźna. Znajdują się tu chociażby Emade, Envee, Silver Rocket czy Old Time Radio. Wokalnie udzielają się Mika Urbaniak i Karolina Kozak. W ramach rewanżu za dwa remixy na niedawnej płycie zaprzyjaźnionej formacji Baaba ("Remixas con gas"), możemy posłuchać wytworów Tomka Dudy i Bartka Webera. Wreszcie także sami muzycy Pink Freuda rozprawili się ze swoimi utworami - remixy Loco star (w składzie Tomek Ziętek) oraz Paralaksy (Wojtek Mazolewski). W efekcie, i tak już nowatorska muzyka, zyskała nowe oblicze, świetnie łączące jazzowe wędrówki Freuda z elektroniczną inwencją remixerów. Oryginalne motywy są punktem wyjścia, często stosowane jako pozbawione życia tło, w które wpisują się nowe pomysły. Niekiedy retusze są niewielkie (bit i elektroniczne smaczki do powycinanych, jazzujących podkładów), kiedy indziej utwory są wręcz powywracane do góry nogami. Do moich ulubionych należy prześmiewczo-wokalowy "Come as you are" oraz "Mademoiselle Madera" pod kierownictwem Tomka Dudy (obecny gość na koncertach zespołu), brzmiący niczym Jaga Jazzist. Jednym słowem - kawał dobrej roboty.

Jak już wspomniałem, nie jest to jedyne oblicze tej płyty. Korzystając z zamieszczonych emteptójek, możemy zapoznać się z tym drugim, obecnie ważniejszym. Siedemdziesięciominutowy zapis koncertu stanowi pewne symboliczne zamknięcie okresu promowania poprzedniej płyty i współpracy ze Sławkiem Jaskułke. Jednocześnie pokazuje, że jakkolwiek bogate i rozbudowane byłyby kompozycyjne propozycje Pink Freuda, zawsze będą tylko bazą, punktem wyjścia do grania na żywo. Dopiero wówczas słyszymy pełen potencjał muzyków. Znane z płyty utwory mogą zabrzmieć w dowolny, diametralnie różny od oryginału, sposób. Dlatego, idąc na koncert Pink Freuda, nigdy nie wiadomo, czy będzie to głośna, transowa impreza czy strumień wyważonych dźwięków. To nagranie należy raczej do tej drugiej grupy. Pięć kilkunastominutowych propozycji, pełnych improwizacji, eksperymentów, a zarazem znanych struktur, pozwala wczuć się w klimat swobody i podążyć za niczym nie ograniczonymi poszukiwaniami muzyków. Usłyszymy tu zupełnie nowe wariacje na temat "Come as you are", a nagranie kończy rewelacyjna wersja gershwinowskiego "My man`s gone now". Warto wsłuchać się w te dwa odmienne głosy Pink Freuda. Bez wyrokowania, który z nich jest ciekawszy.

[Aleksander Kobyłka]