



Pierwszy longplay Tu Fawning przynosi nie tylko znaczące rozwinięcie koncepcji zarysowanych przez zespół na debiutanckiej epce, lecz także rozkwit teatralnych, dramatycznych tendencji, obecnych od dłuższego czasu w twórczości mózgu grupy, Joe Haege – znanego z 31Knots i od niedawna grającego też na koncertach w Menomena. W Tu Fawning Haege oddaje wokalny pierwszy plan Corrinie Repp, skupiając się na waitsowskich, anty-rockowych aranżacjach. Gitary pełnią w nich jedynie rolę wspomagającą wobec instrumentów klawiszowych, smyczkowych i dętych, na których grają odpowiednio Liza Rietz i Toussaint Perrault. Oraz perkusji, która nadaje całości dynamiki i przypomina, że jesteśmy w XXI wieku.
Muzyka Tu Fawning jest bowiem takim zdjęciem zrobionym współcześnie, ale za pomocą leici i na odbitce srebrowej. Nastrojowym, stojącym obok najnowszych mód i trendów, czasem przerysowanym, czasem skromnym i wycofanym. Pretendującym do artyzmu, ale zachowującym ducha DIY. Punktem wyjścia tych poszukiwań jest naprawdę niezły zestaw piosenek, a ich końcem spójna, nietypowa paleta brzmień, która dobrze rezonuje z dramaturgią utworów i podkreśla ich opowieści. W efekcie „Hearts On Hold” jest jednym z najciekawszych albumów z piosenkami, jaki spotkałem w tym roku. A że, jak zawsze zresztą w przypadku grup Joe Haege, Tu Fawning okazuje się doskonałym zespołem koncertowym, tym bardziej jestem ich wizją przekonany, mimo ciągle obecnych niedociągnięć.
[Piotr Lewandowski]