polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
31Knots Wywiad z Joe Haege

31Knots
Wywiad z Joe Haege

O 31Knots pisaliśmy nie raz i nie dwa. Grupa z Portland ma na koncie szereg płyt obrazujących jej ewolucję od math-rockowej precyzji do zwichrowanego grania, które zespół kpiarsko określa jako „post-apocalyptic Vaudevillian punk”. Odwaga eksperymentu, bezkompromisowość i kompletne ignorowanie muzycznego (Indie-) marketingu nie zapewnią im szerokiej popularności, choć talent do melodii i trzeźwej autoironii mają nieprzeciętny. Za to 31Knots pewnie wrócą do Polski zagrać kolejne ekspresyjne koncerty. Z archiwum wydobyliśmy wywiad z Joe Haege, liderem grupy, która wymyka się łatwym klasyfikacjom.

Miło Was widzieć pierwszy raz w Polsce, nareszcie!

Miło nam w końcu tu dotrzeć.

Mam nadzieję, że podobał Wam się występ.

Tak, bardzo dobrze się bawiliśmy. Ten klub jest o wiele przyjemniejszy, niż przypuszczałem. Nie miałem pojęcia czego się spodziewać, a jest naprawdę fajny.

Zagraliście bardzo przekrojowo, myślałem, że będzie dominował nowy album, a tu proszę, stare hity. Czy to było zamierzone, skoro jesteście w Polsce po raz pierwszy?

Nie, co wieczór gramy podobny set, nieważne czy to Kraków, czy Berlin gdzie graliśmy już kilka razy. Trudno jest robić inaczej, gdy ma się na koncie tyle płyt. Ludzie pragną usłyszeć piosenki, które znają, więc chcieliśmy je zagrać. Niektórych piosenek z nowej płyty nie zdążyliśmy przygotować na tyle, by grać je na żywo, czy raczej by grać je dobrze, więc postanowiliśmy z nimi zaczekać. Być może będzie lepsza zabawa, gdy wrócimy zagrać je następnym razem, a ludzie zdarzą zapoznać się z tą płytą.

Więc czy możemy się spodziewać kolejnej europejskiej trasy w przyszłym roku?

Nie wiem, graliśmy w Europie sześć lat pod rząd, więc może zrobimy sobie przerwę i zaczekamy z kolejną trasą. Ale trudno cokolwiek powiedzieć, ponieważ lubimy tu przyjeżdżać i te trasy są dla nas udane. Więc to możliwe, że wrócimy.

Mam nadzieję.

Choć może postanowimy nagrać zamiast tego kolejną płytę. [śmiech]

Półtora roku przed polskim występami byłem na Waszym koncercie w Berlinie i tam mnie uderzyło, jak przerywacie granicę pomiędzy publicznością a sceną. Nawet jeśli nie jest ona dosłowna, fizyczna, jest w pewnym stopniu psychiczna. Dziś w Krakowie też pokazaliście ludziom, że mogą „spodziewać się niespodziewanego” i nagle znaleźć się w centrum wydarzeń. Jakie ma dla Was znaczenie granie intensywnych fragmentów koncertu pośród tłumu?

Myślę, że czerpię z tego więcej radości i przyjemności niż pozostając na scenie, podobnie publiczność. To jak doświadczanie sztuki w czterech wymiarach. Widzieć ludzi nie tylko przyglądających się występowi, ale ludzi, którzy muszą się poruszyć, gdy wchodzę między nich. Konieczność fizycznej reakcji. Lubię to. Efekt jest najsilniejszy, gdy ludzie się tego nie spodziewają, gdy tego wcześniej nie widzieli.

Abstrahując od Waszych koncertów, na których dzieje się to od lat, coraz więcej zespołów sięga po takich ruch.

Być może. Trudniej jest uzyskać efekt, jeśli ludzie już tego doświadczyli, ale to z kolei nowe wyzwanie dla mnie, by wymyślić nowy sposób jak wykonać ruch. Po prostu to lubię. Nie jesteśmy „dużym” zespołem i nigdy nie będziemy popularnym zespołem popowym, a ogarnięcie nielicznej publiczności jest tym przyjemniejsze. Poczuć się częścią tej zbiorowości to rodzaj intymnego doświadczenia koncertu.

Właśnie! Tego słowa szukałem.

Tak, to szczególne uczucie. Nie wychodzisz z koncertu tylko z poczuciem „spoko, ten zespół na scenie był dobry”. Może wychodzisz z myślą „o, czułem na karku oddech tego kolesia”.

Dokładnie, nawet jeśli na sali nie było wielu osób, zapamiętają Was na długo.

Mam nadzieję.

Wasz ostatni album wyszedł w sierpniu 2008 roku, kiedy go nagraliście?
 
Późną zimą 2008 roku.

Teraz jego tytuł „Worried Well” wydaje się proroczy. Od początku kryzysu wszyscy, zwłaszcza w Stanach, są nieźle zmartwieni.

Tak. To zabawne, ale teraz widać, jak bardzo ludzie w Stanach są uzależnieni od uciekania, od kultury eskapizmu i kultury tańca i imprezowania. Wszystkim niby zależy. ale nikomu tak naprawdę nie zależy. Nikt nie myśli o fakcie, że wszyscy jesteśmy zmartwieni i zestresowani, pełni strachu. Ja nie potrafię od tego uciec. Sam nie wiem… po prostu zawsze o tym pamiętam.

To ciekawe, czytałem, że po raz pierwszy od Amerykanie nie boją się terrorystycznych ataków, wszystkich tych zagrożeń przychodzących z zewnątrz, że optymizm wzrasta, po czym miesiąc później okazało się, że zagrożenie pochodzi z wewnątrz, że istnieje.

Na tym polegał geniusz republikanów. Byli w stanie przekonać ludzi, że to oni właśnie powinni być przy władzy, a do tego potrzebowali, by wszyscy się bali i wierzyli, że republikanie mogą ich obronić. To bardzo trudne, mam wrażenie, że jest polityczny aspekt muzyki stał się teraz tematem tabu. Ale przebywając obecnie w Ameryce nie potrafię się od tego odseparować. I być może niszczy to naszą karierę, przynajmniej w Stanach. Nie jest to fajne, ale mam to gdzieś, po prostu nie mogę się od tego odciąć.

Jakie były proporcje pomiędzy myśleniem o świecie i o sobie podczas pracy nad nowym albumem? Album jest „Worried Well”, dobrze zatroskany, ale postaci w utworach są zatroskane bo nie jest im za dobrze.

Chciałem pokazać pewną przewrotność. Zafascynowała mnie wizja stanu, w którym jesteś tak zmartwiony, że stajesz się całkowitym, niekończącym się zatroskaniem, więc jesteś „zdrowo zmartwiony”.

Jeśli coś robisz, to do końca!

Tak, dokładnie. Więc chyba chciałem oddać hołd idei bycia zmartwionym, ale nie tak do końca. Bo tym jest normalna troska, nie jest z tobą dobrze i jesteś zmartwiony. Nie wiem, im jestem starszy, tym bardziej dosłownymi kategoriami myślę. To trudne żyć w tym świecie, w tym czasie, przy dzisiejszej gospodarce i obecnym stanie rzeczy. To dezorientujące. W treściach 31Knots próbuję rozdzielić, myślę, że w proporcjach pół na pół, opinie o świecie i moje własne doświadczenia. Próbuję się tym kierować, z lepszym lub gorszym powodzeniem. Ale główny problem polega na tym, że próbuję ukryć to, gdzie jestem ja, a gdzie zaczyna się ogół społeczeństwa. Co czasami jest dobre, czasami nie.

Gdy wrzuciłem Waszą nową płytę na półkę,zobaczyłem taki szereg:  „A Word Is Also a Picture of a Word”, „It Was High Time To Escape”, „The Curse of the Longest Day”, „Talk Like Blood”, „Polemics”, „The Days and Nights of Everything Anywhere” i nagle zamiast tytułu nowej widzę francuską flagę.

Tak, zabawne, na grzbiecie płyty są kolory francuskiej flagi, ale to przecież też kolory flagi amerykańskiej. W Stanach, dostając jakąś nagrodę otrzymuje się wstążki w tych kolorach, na przykład, jeśli wygrasz konkurs recytatorski w szkole, dostajesz odznaczenie w postaci takich wstążek. Artysta z Portland, Storm Tharp, zrobił rzeźbę, na której były takie wstążki, wygląda ona dziwacznie i wzięliśmy ją na okładkę. Potem pojechaliśmy we Francji, wszyscy myśleli, że to odwołanie do wstażki związanej z Rewolucją.

Tak! Braterstwo!

Dokładnie, wszyscy myśleli, że to jest francuski symbol. My nie mieliśmy takich intencji.

Czyli to przypadek.

Tak, ale cieszę się z tego, podoba mi się taki kontekst. Nabiera przez to dawnego politycznego wymiaru.

Jesienią zeszłego roku graliście specjalną trasę we Francji. Wydaliście singiel we francuskiej wytwórni. Czy czujecie szczególną więź z Francją?

Tak, czujemy coś takiego. Jest pewien aspekt, w którym Francuzi są bardzo podobni do Amerykanów. Mieli etap, gdy byli światową potęgę, nawet jeśli nie są tak wielcy teraz, mieli swój udział w Wietnamie, tej głupiej wojnie, ich obecny przywódca Sarkozy jest jak George Bush numer dwa, w pewnym sensie.

Coś jest na rzeczy. Pamiętasz festiwal w Dour, poznaliśmy się tam? To Belgia, ale jest tam mnóstwo Francuzów. Przez kilka lat oni wszyscy nosili koszulki z podobizną Busha i hasłami typu „ nienawidzę Busha”, „Bush jest do dupy” itd. Przez ostatnie dwa lata z kolei nosili koszulki z twarzą Sarkozy’ego i napisami „ To nie jest mój prezydent”.

Czyli nic nowego. Najsmutniejsze jest to, że oni mogą sobie mówić, że Sarkozy nie jest ich prezydentem, ale on jest prezydentem. I to jest dla nas trudne. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Europy, czułem się tak bardzo winny, że jestem głupim Amerykaninem, że Bush jest moim prezydentem. Anarchiści mogą twierdzić, że „oni wszyscy są tacy sami”, ale jest wyraźna różnica pomiędzy złem a mniejszym złem. Większe zło już widzieliśmy i to było straszne. Naprawdę cieszę się ze  zmiany, być może pewne kwestie zostaną naprawione i sprawią, że Ameryka będzie przewodzić światu z myślą o innych. Z myślą, jak bardzo wszyscy jesteśmy od siebie zależni.

Ludzie nie zdają sobie sprawy ze znaczenia swoich decyzji. Ludzie w Stanach zmieniają teraz swoje nastawienie, interesują znowu polityką i bardzo mnie to cieszy. W późnych latach 80tych i 90tych polityka nikogo nie obchodziła, bo panował powszechny dobrobyt, w latach 90tych był mieliśmy nadwyżkę budżetową, benzyna była tania itd. Teraz wszystko się zmieniło. Ale to dobrze. Musimy trzymać ten kurs, by zrozumieć, że nie możesz po prostu iść przez życie nie myśląc o polityce. Polityka to nasze ciało, wiesz, polityka to sposób, w jaki wchodzę w interakcję z Tobą, czy z kolegami z zespołu, z każdym. Z klubem, z agencją bookingową, z krajem. Nie noszę dwóch rzeczy: sposobu, w jaki większość ludzi patrzy na politykę, czyli jako na coś oderwanego od ich codzienności i losu, oraz gdy ludzie tak samo patrzą na emocje. Gdy traktują emocje w muzyce jako coś wyobcowanego. Bo nawet jeśli robisz bardzo atonalną dziwaczną muzykę, są w niej emocje. Nienawidzę tego, że świat stał się swego rodzaju pudełkiem. A ludzie lubią wkładać rzeczy do pudełek, zamykać je i odsuwać od siebie. W taki sposób odcinają się od polityki.

„To nie moja działka”.

Tak, „nie moja działka”. Ale nie myślą o tym, że gdy idą do pracy, mają do czynienia z polityką biura, polityką fabryki. A kiedy idziesz posłuchać eksperymentalnego jazzu, jest w nim cała masa emocji. Może nie jest to nastrojowa muzyka, ale… Doprowadza mnie to do szału. Świat stał się stertą wielu działów, departamentów. Obrzydliwe.

Tak jakbyśmy stracili zdolność całościowego oglądu. Nie dostrzegamy interakcji i nici, które łączą rzeczy odległe od siebie na pierwszy rzut oka.

Właśnie. A rozmowa o tym nie jest dobrze widziana. Wszyscy to wiedzą, ale wolą przemilczeć ten temat.

Nie masz wrażenia, że wielu ludzi potrzebowałoby bardzo silnego szoku, by dostrzec te powiązania?

Cóż, na poziomie standardowym… 11 września. To był dla mnie szok! Wszyscy nagle pomyśleli „wow, zaatakowano nas!”. Nikt się nie zastanawiał dlaczego, ale każdy myślał, że musimy zareagować i walczyć z terroryzmem. Ale nikt w Stanach nie zatrzymał się i nie pomyślał „dlaczego nas nienawidzą?”. Takie pytanie nigdy nie pojawiło się w mediach. „Nienawidzą naszej wolności”… to żadna odpowiedź. „Czego oni nienawidzą?”, „co takiego zrobiliśmy?”. Nikt nie jest tego ciekawy. Niektórych ludzi odpowiedź przeraża, a niektórzy nigdy o to nie zapytają, bo zwyczajnie nie myślą.  Więc po tym wszystkim nie wiem, jakiego szoku niektórym potrzeba – ale tak, masz rację. Tylko niektórym potrzeba tak dużego wstrząsu, by w końcu przekroczyli tę granicę, że właściwie tego szoku lepiej sobie nie wyobrażać. Dlatego Ty i ja musimy się z tym ścierać, ale jesteśmy tylko małym kawałeczkiem tego świata, a większość ludzi zajmuje się głównie MTV, tańcem z gwiazdami itd. Cóż, życie…
Im jestem starszy i dłużej na to patrzę, tym wszystko zdaje się nabierać sensu. Nie da myśleć w ten sposób i żyć w takim świecie. Może da się próbować, ale wątpię, prędzej się zwariuje.

Z drugiej strony istnieje ryzyko popadnięcia w kompletny cynizm.

Tak, ale ja lubię cynizm.

Ja też, ale początkowo martwisz się, że ludzie nie dostrzegają tak oczywistych spraw, ale w pewnym momencie się już w to nie mieszasz. Wszystko zdaje się rozpadać, a ty masz gorzką schadenfreunde.

Taka jest obecnie Ameryka. Większość środowisk artystycznych w Stanach. Politycznie zaangażowana muzyka i kultura istniały w latach 80tych, ale teraz wszyscy są już na to zbyt cyniczni. To temat tabu, wszyscy postanowili się zająć innymi rzeczami, nie myśleć o tym, że świat się jeszcze nie skończył, że jeszcze są sprawy, które warto poruszać. Myślą po prostu o tym, że się rozwijają, wytwarzają sztukę, ale nie zdają sobie sprawy, że w pewnym sensie to też może być rodzajem cynizmu, w obliczu możliwości uczynienia świata bardziej świadomym miejscem.

Wiem co masz na myśli. Ukazywanie przez artystę obojętności nie jest w jego rozumieniu oznaką ignorancji…

… tylko tego, że jest on ponad tym wszystkim. Myślałem w ten sposób gdy miałem plus minus 22 lata. Teraz mam 30 i już nie potrzebuję takiego wykrętu intelektualnego. Paradoksalnie, wzorzec w kulturze jest inny, masz lat dwadzieścia z hakiem to się angażujesz, jesteś polityczny, nawet zostajesz aktywistą, a potem z tego wyrastasz – śpiewasz tylko o miłości, dziewczynach i chłopakach.

Stajesz się „Well, not worried”. Joe, dzięki bardzo za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]