polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ken Vandermark wywiad

Ken Vandermark
wywiad

Choć Ken Vandermark koncertuje w Polsce często, w Warszawie nie widzieliśmy go od kilku lat. Na szczęście w październiku wraz z Paal'em Nilssen-Love i Nate'em McBride, tworzącymi razem z Vandermarkiem grupę Free Music Ensemble, ugościły go skromne progi Aurory. Zapraszamy do lektury wywiadu z muzykiem, którego przywiązanie do wolności artystycznej i odwaga angażowania się w różnorakie projekty raz po raz stające się jazzowymi wydarzeniami, pozwalają zaryzykować nazwanie go jednym z najważniejszych na świecie saksofonistów młodego pokolenia. Równocześnie zapraszamy na kolejny występ Vandermarka w Polsce, już w niedzielę 21-ego stycznia w krakowskiej Alchemii, tym razem z nowym projektem The Frame Quartet.

Od kilku lat często koncertujesz w Polsce, a jesienią najpierw zagrałeś w Krakowie z Sonore, teraz grasz trasę Free Music Ensemble, a już niebawem cztery koncerty z Vandermark 5. Czy Polska jest dla ciebie miejscem specjalnym?

Tak, bez wątpienia, więc przez ostatnie kilka lat przyjeżdżam tutaj niemal każdej wiosny i jesieni. Nie potrafię ubrać w słowa przyczyn, przede wszystkim tutejsza publiczność jest niezwykle ciekawa muzyki, o bardzo otwartym umyśle, a na koncerty przychodzą różnorodni ludzie. Trasy po Polsce są bardzo ekscytujące - całodzienne podróże, po których jest się wieczorem zmęczonym, ale za to gra się w klubach pełnych osób naprawdę pasjonujących się naszą muzyką. Dla mnie są to idealne warunki.

Czy różni się to od warunków i sal, w jakich grasz w Stanach lub na zachodzie Europy. Grając z kwintetem w Andrychowie czy Sanoku siłą rzeczy występujesz dla małej grupy osób.

Jednym z nieodłącznych aspektów muzyki jest to, że po prostu w dane miejsce się przyjeżdża i gra bez przywiązywania uwagi do lokalizacji. Skoro nasze koncerty organizuje się w wielu miastach w Polsce, to pewnie osoby się tym zajmujące wiedzą, że znajdą się ludzie chętni nas posłuchać. Mamy więc szczęście, że także w tych małych miastach jest ktoś gotowy skoordynować nasze trasy. Niestety, z punktu widzenia organizatorów trasa taka jak nasza jest prawdziwym hazardem, ze względu na ryzyko, że wymagająca muzyka nie przyciągnie ludzi na koncerty. Jednak w Polsce do tej pory się to udawało, czy to w małych miastach, czy dziś w Warszawie.

Czy potrafisz ocenić, jak liczna jest w Polsce grupa twoich słuchaczy, jaką część osób na koncertach stanowią ludzie znający twoją twórczość?

Właśnie specyficzne dla tras w Polsce wydaje mi się to, że sporo osób przychodzących na koncerty kojarzy moje nazwisko, ewentualnie słyszało którąś z moich formacji i nawet jeśli nie zna muzyki akurat tego projektu, z którym występuję, decyduje się sprawdzić jak gramy. To samo dotyczy Paul'a (Nilssen-Love - perkusisty FME - przyp. red.), czy Natt'a (McBride - perkusisty FME - przyp. red.). Jasne, że spotykam ludzi świetnie znających moją twórczość - dziś było kilka osób, którym podpisałem płyty sprzed pięciu albo więcej lat. Ważny jest więc ten miks osób przygotowanych na to, co usłyszą i tych ciekawych czegoś niespodziewanego. Moim zdaniem interesującą cechą Polski jest właśnie to, że spotykamy na trasach ludzi o bardzo dobrym nastawieniu do muzyki - gotowych na jej odbiór, którzy chcą pójść na koncert i chcą, by rzucić im w jego trakcie wyzwanie. Ludzi, którzy pragną spotykać muzykę w procesie jej tworzenia, nie w postaci zamkniętej formy którą znają, lecz muzykę nową i świeżą. Dokładnie dla tego typu osób - otwartych i gotowych na uczestnictwo w procesie zachodzącym na koncercie - najbardziej lubimy grać w Polsce, w domu w Chicago, jak i w każdym innymi miejscu.

Czy rezerwujesz zatem dla publiczności możliwość partycypacji w procesie tworzenia muzyki, czy percepcja przez słuchaczy wpływa na to, jak rozwija się koncert?

W pewnym sensie, raczej jednak chodzi o to, że publiczność niezaangażowana utrudnia zagranie dobrego koncertu, a z drugiej strony, muzyka powinna obronić się sama i po prostu jeśli jest dobra, publika będzie zadowolona. Wiesz, jutro gramy we Florencji, musimy wstać o piątej rano i czeka nas długa podróż, więc na pewno dotrzemy zmęczeni i bez wątpienia łatwiej będzie nam się grało, jeśli publiczność będzie aktywna i będzie odbijała część energii, którą wysyłamy grając. Więc słuchacze nie mają istotnego wpływu na kształt muzyki, estetykę i podejmowane przez nas twórcze wybory, ale nasza energia jest w znacznej mierze zbudowana z energii publiczności i jej entuzjazmu. A to jest szczególnie ważne dla utrzymania poziomu występów na trasie.

Powiedziałeś kiedyś w kontekście improwizacyjnego charakteru twojej muzyki, bodajże w odniesieniu do Sonore, że osoby z zewnątrz nie wyobrażają sobie nawet, ile pracy trzeba włożyć, żeby efekt końcowy sprawiał wrażenie w pełni wyimprowizowanego. Jak wyglądają w twoim przypadku proporcje między tworzeniem spontanicznym a pracą nad osiągnięciem zamkniętych kompozycji? Czy granie w studio i na żywo różnią się pod tym względem?

Moje nastawienie jest identyczne zarówno w studio, jak i podczas koncertów. Studio jest dla mnie jedynie miejscem, gdzie dokumentujemy codzienną aktywność muzyczną, więc nie wymaga zmiany nastawienia, staram się wtedy uchwycić sedno mojej muzyki po prostu grając, unikam edytowania materiału. Jeśli miałbym postawić jakąś granicę, to wydaje mi się, że na moją muzykę w powiedzmy 20 procentach składają się motywy opracowane, o przygotowanym temacie lub strukturze, a co najmniej 80 procent to improwizacja. Sedno muzyki polega na prowokowaniu sytuacji inspirujących improwizatorów. Pomysły ją organizują, zadaniem zespołu jest nadać jej wyraz, jednak każdego wieczora chodzi o stworzenie czegoś nowego poprzez improwizację. W przypadku FME muzyka istnieje po to, by ciągle nadawać jej nową strukturę, organizować na nowo kawałek po kawałku. Więc wczoraj w Poznaniu i wcześniej w Krakowie zagraliśmy set ułożony zupełnie inaczej. Moim zdaniem zatarcie granic między przygotowanym materiałem i improwizacją otwiera na nowe wybory artystyczne. Celem jest stworzenie środowiska dla ekscytującego, nieskrępowanego i inspirującego podejścia do improwizacji. Zatem niezależnie czy gram kompletnie improwizowany koncert, czy - jak dzisiejszy - oparty na tematach i strukturach, główny ciężar spoczywa właśnie na improwizacji.

Wspomniałeś, że w studio starasz się po prostu uchwycić aktualny stan zespołu, muzykę tak, jak grana jest ona na co dzień. Jakie zatem znaczenie ma dla ciebie produkcja płyty po zarejestrowaniu materiału, jego edycja, mastering etc.?

Generalnie, niezależnie od projektu, gramy na żywo, nie nakładamy ścieżek ani nie powielamy partii, nic w tym stylu. Z reguły w studio spędzamy dwa dni nagrywając każdy utwór powiedzmy dwa razy, wybierając potem najlepsze podejścia. Oczywiście dokonujemy drobnych korekt w celu uzyskania zbalansowanego brzmienia, niemniej jednak niezwykle trudne jest osiągnięcie na płycie dźwięku jak na koncercie, szczególnie w przypadku większych formacji. Moim zdaniem na żywo nasza muzyka zawsze będzie brzmiała lepiej. W każdym razie, nie dokonujemy żadnych poprawek poza brzmieniowymi, nie przeklejamy sola z jednej wersji utworu do drugiej. Wydaje mi się, że jeśli chcesz tworzyć muzykę uczciwie, to właśnie powinieneś pracować w ten sposób. W przypadkach dużych grup, gdy nagrywanie jest niewyobrażalnie skomplikowane, zdarzało mi się łączenie elementów z różnych zarejestrowanych wersji. Przykład to Territory Band, ale tam gra dwanaście osób i w obliczu ograniczeń czasowych, pragnąc udokumentować pewien stan naszej muzyki, decydowaliśmy się na edycję materiału. Nagranie trzech wersji dwudziestopięciominutowego utworu jest zbyt wyczerpujące. Są to jednak bardzo wyjątkowe sytuacje.

Właśnie, jesteś aktywny w wielu składach. Jak ważne jest to dla ciebie dla zachowania świeżego spojrzenia, czy zdarza ci się osiągać punkt, w którym dany skład w konkretnym momencie się po prostu wypala?

Pomysłów na muzykę, jej form i estetyk, po które chcę sięgać jest wiele a każdy zespół, w który się angażuję, by je eksplorować, jest dla mnie czymś specyficznym i ważnym. Inaczej bym tego nie robił. Zauważ, że niektóre z grup działają bardzo długo, na przykład z Vandermark 5 gramy już dziesiąty rok. W innych przypadkach rzeczywiście po jednej płycie uznajemy, że powiedzieliśmy co mieliśmy do powiedzenia. W każdej konkretnej sytuacji jest inaczej, generalną zasadą jest jednak, że nie ma sensu kontynuować formacji, która nie inspiruje i nie stawia swoim członkom wyzwań. Wtedy lepiej rozpocząć coś nowego, wejść na niezbadane terytorium. Więc dopóki grupa jest mobilizująca, dopóty warto w niej grać. W przypadku Vandermark 5, pisanie muzyki dla zespołu, który jest ze sobą od tak dawna, jest prawdziwym wyzwaniem. Znamy się bardzo, bardzo dobrze i nasza muzyczna bliskość powoduje, że tworzenie nowej muzyki dla tego zespołu jest wyzwaniem olbrzymim, zupełnie innej natury niż w przypadku nowo zawiązanych składów albo formacji improwizujących. Paul i ja gramy też w duecie nie mając żadnej muzyki opracowanej wcześniej, po prostu wchodzimy na scenę i gramy. Są to dwa skrajnie odmienne zadania, a projekt, który dziś oglądałeś znajduje się gdzieś po środku. Dlatego prowadzenie równolegle kilku formacji o różnych obliczach, które zajmują mnie na różne okresy czasu, okazało się dla mnie z biegiem czasu najlepszym sposobem na samorealizację, lepszym niż byłoby w przypadku takiego linearnego angażowania się w jeden projekt na rok/dwa, potem w kolejny itd.

Czy do jazzu przyciągnął cię właśnie improwizacyjny charakter tej muzyki?

Właściwie tak, gdy byłem dzieckiem i chodziłem na koncerty z rodzicami, bardzo szybko odkryłem, że każdego wieczora przeżywamy inne doświadczenie - nawet, jeśli grupa grała w mieście przez pięć dni z rzędu i za każdym razem mogłem rozpoznać pewne tematy z płyt, to jednak wszystko co działo się dookoła, co było najważniejsze, zaskakiwało dzień po dniu. O to chodziło! Ujęło mnie to natychmiast i wtedy już wiedziałem, że chcę być muzykiem jazzowym, czerpać z tego potencjału, z tego, że zawsze istnieje możliwość transformacji znanego ci utworu w coś kompletnie nowego, zaaranżowanego i zagranego inaczej. Wydaje mi się to specyficzną cechą jazzu. Każda muzyka ma aspekty dla siebie typowe i ja naprawdę uwielbiam bardzo różne jej rodzaje. Niemniej jednak muzyka improwizacyjna i jazz mają w sobie coś bardzo specjalnego, wynikającego z faktu, że proces odkrywania i tworzenia jest współprzeżywany równocześnie przez twórców i odbiorców. Wychodząc na scenę mamy co prawda listę utworów, ale jak zostaną one zaaranżowane, jak utwory będą przekształcać się w kolejne, okazuje się dopiero gdy to zachodzi. I ponieważ publiczność uczestniczy w tym procesie, przez który przechodzą muzycy, wspólnie zastanawiając się, co wydarzy się za chwilę, wzmacniając poczucie poszukiwania - dzisiejszy koncert był tego doskonałym przykładem - mówimy o doświadczeniu unikatowym dla jazzu, niepowtarzalnym. To w nim właśnie bardzo lubię.

Przychodzi na myśl odpowiedź Milesa Davisa na pytanie o tytuł utworu, jaki zagra na festiwalu Isle of Wight. Miles rzucił ze sceny "Call It Anything" po czym zespół przez czterdzieści minut improwizował.

Właśnie o takie podejście chodzi. Miles był jednym z największych geniuszy tej muzyki i jego nastawienie było kompletnie, co tu dużo mówić, właściwe. W pewnym sensie chodzi o chwytanie chwil - w szerszej perspektywie liczy się przecież przeżycie sceniczne lub studyjne, a nadanie mu znaczenia czy interpretacji jest już sprawą publiczności. Dla muzyka powinno się liczyć przebywanie na scenie i granie dla ludzi, dlatego właśnie opuszczam dom i jadę w trasę, gdyż ma to dla mnie duże znaczenie.

Biorąc pod uwagę twoje bogate doświadczenia we współpracy z różnymi muzykami, jacy artyści są dla ciebie inspiracją; jeśli miałbyś możliwość zawiązania kolejnego projektu, kogo chciałbyś do niego zaprosić?

Szczerze mówiąc, pracuję obecnie już z większością muzyków, których chciałbym mieć za współpracowników. Bardzo życzyłbym sobie możliwości zagrania z Derekiem Bailey, niestety on odszedł o wiele za prędko. Bardzo ciekawe byłoby też spotkanie z Anthony Braxtonem, myślę, że moglibyśmy zagrać w duecie. On jest bardzo przyjaznym człowiekiem - tak sądzę, gdyż spotkałem go wielokrotnie - i pochlebnie wyraża się o mojej muzyce, jest z nią na bieżąco, co jest dla mnie wyróżnieniem. A jego obecna solowa twórczość jest po prostu niezwykła, więc zdecydowanie chciałbym z nim kiedyś zagrać. Jak już wspomniałem, mam szczęście już teraz pracować z ludźmi, których podziwiam - Paul i Nate, którzy są tutaj ze mną, muzycy z Niemiec lub Skandynawii, jak Peter Brotzmann. Wiesz, poza tym staram się rozglądać za artystami do potencjalnych projektów. Chciałbym więc nagrać coś więcej z Hanem Benninkiem, perkusistą z Holandii. Evanem Parkerm, genialnym czy Mish'ą Mengelbergiem. Z tymi ludźmi, którzy są ważnymi postaciami europejskiej sceny, zdarzyło mi się do tej pory zagrać raz lub dwa. Poza tym interesującym byłoby zaangażować się mocniej we współpracę wykraczającą poza jazz, szczególnie z muzykami The Ex, których uwielbiam. I ostatecznie, chciałbym mieć możliwość współpracy ze Stevem Albini. Bardzo lubię na przykład Shellac, którzy bez Albini'ego nie byliby pewnie tym, kim są. Sposób, w jaki oni myślą o muzyce wpłynął na to, jak ja sam myślę o konstrukcjach, czy raczej dekonstrukcjach pomysłów rytmicznych. Jak widzisz, kilka pomysłów udało się znaleźć.

W istocie. Wiesz, dla mnie bardzo atrakcyjnie brzmi wizja płyty Vandermark & The Ex. Twoja współpraca w przeszłości z nieco podobną grupą, czyli Zu, zaowocowała jednym z moich ulubionych albumów.

O właśnie, o nich zapomniałem! Nagraliśmy jedną płytę i warto byłoby zrobić coś jeszcze. Grupy takie jak Zu czy The Ex są bardzo otwarte na improwizatorów mojego pokroju, generalnie mamy te same podstawy, zaplecze, podobnego ducha improwizacji. Angielski perkusista Paul Lytton, sam doskonały improwizator, powiedział kiedyś "Improvisation is attitude" i to jest najbardziej prosty i trafny sposób określenia muzyków, którzy po prostu chcą wyjść na scenę i odkrywać coś nowego, spoglądać na muzykę z nowych perspektyw i niezależnie od sprzętu, nagłośnienia, klubu, ideą jest dla nich poszukiwanie za każdym razem nowych wartości. Właśnie takiego podejścia szukam u siebie i innych muzyków, niezależnie od rodzaju muzyki, jaki grają.

Myślę, że w ten sposób doskonale podsumowałeś nie tylko dzisiejszy koncert. Dziękuję za rozmowę i zachęcam do jak najszybszego powrotu do Warszawy.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Atomic School Days, Broo / Lane / Nilssen-love / Vandermark, Artifact Iti w popupmusic