polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Hokei Don't Go

Hokei
Don't Go

Na pierwszym koncercie wiosną 2012 roku Hokei zdawał się niczym skrzyżowanie Tortoise z Polvo. Na Don’t Go mówi zdecydowanie własnym głosem, w którym słychać echa najlepszych tradycji niezależnego rocka lat 90tych, ale wykorzystane jako element alfabetu, a nie skrót myślowy ułatwiający sprawę słuchaczowi. Na pierwszy rzut oka to płyta niepozorna, pozbawiona zdecydowanego „przeboju” (nawet rozumianego tak, jak np. „The Mist” w przypadku Kristen), a równocześnie niezbyt eksperymentalna. Jednak jej siła tkwi w zdefiniowaniu przez zespół własnego miejsca tak właśnie „pomiędzy” – pomiędzy narracją abstrakcyjną i piosenkową; pomiędzy kompleksowym spojrzeniem na album a czerpaniem radości z pojedynczego riffu czy rytmu; pomiędzy porządkiem wprowadzanym przez lidera grupy Piotra Bukowskiego, a dezynwolturą pozostałych trzech muzyków. Przy wszelkich (i wielkich) różnicach brzmieniowych, Hokei przypomina mi w tym byciu „pomiędzy” Slint i Trans Am. W wywiadzie również publikowanym w tym numerze Bukowski nazywa to „łapaniem równowagi” i faktycznie ta muzyka wywołuje stan szczególnej ekscytacji, takiego momentu zawieszenia w powietrzu, kiedy przez chwilę wydaje się, że nie spadniemy, a równocześnie odczuwamy zastrzyk adrenaliny związany z logiczną nieuchronnością upadku. Taki zastrzyk adrenaliny współczesnej muzyce gitarowej na pewno się przyda, dobrze mieć jeden pod ręką.

[Piotr Lewandowski]

artykuły o Hokei w popupmusic