polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Hokei Piotr Bukowski - wywiad

Hokei
Piotr Bukowski - wywiad

Premierowy koncert Hokei odbył się w marcu 2012 roku, a już w grudniu tamtego roku grupa zarejestrowała materiał na płytę, która ukazała się w sierpniu. Don’t Go to jedna z najciekawszych gitarowych płyt sezonu – łącząca instrumentalne architektury z piosenkową wrażliwością, matematyczno-post-rockową precyzję z nonszalancją. Przedstawiamy wywiad z Piotrem Bukowskim, liderem grupy.

Choć w ostatnich latach można Cię było zobaczyć na wielu koncertach i w różnych składach, to Don’t Go Hokei jest Twoją pierwszą płytą od czasu epki Jet Stworów, których nagrany w międzyczasie album się niestety nie ukazał. W dodatku, Hokei to zespół z ledwie ponad rocznym stażem. Co takiego jest akurat w tym projekcie, że udało się go Tobie, Wam, w relatywnie krótkim czasie doprowadzić do punktu, w którym zespół nagrywa dobrą płytę i gra koncerty?

Przede wszystkim dojrzałem do tego, żeby mieć swój własny zespół, którego jestem liderem. Stwory działały zawsze w oparciu o ustrój demokratyczny – trzeba mieć dużo szczęścia i wspólnego samozaparcia by taki system przetrwał długo. Stwory (a wtedy jeszcze jaszczury etc.) zakładałem kiedy miałem 17 lat, razem z Darkiem Trzcińskim, Jakubem Mikołajczykiem i Karolem Koszniecem. Nasza muzyka powstawała w garażu domu rodziców Karola, w każdą sobotę, przez wiele lat spotykaliśmy się i wspólnie próbowaliśmy. Założeniem była więc zawsze demokratyczna, kolektywna praca. Dziesięć lat później, z wydanymi dwiema płytami (a tak naprawdę epkami), po czterech bądź więcej gruntownych zmianach w składzie, z tą samą metodą wspólnego tworzenia, dotarłem do ściany. Z ostatnim składem (Igor, Borek, Bebech) nagraliśmy naprawdę fajny materiał, który z różnych względów leżakuje w szufladzie, zagraliśmy parę dobrych koncertów, ale poczułem że nic dalej w takiej konfiguracji/formule nie uda mi się zrobić. 

W międzyczasie zacząłem pracować jako kompozytor przy spektaklach teatralnych. I tak, w Bydgoszczy, poznałem Tomka Popa i Kubę Ziołka, szybko znaleźliśmy wspólny język. Miałem wtedy trochę nowych utworów i postanowiłem spróbować wciągnąć w nie chłopaków. Na świeżo, bez bagażu przeszłości. Szczęście dopisało i już rok później udało się spotkać na pierwszą pulę prób. Zaskoczyło do razu, praktycznie po tygodniu mieliśmy już trzon większości kompozycji. Element kolektywnej pracy jest wciąż tak samo ważny i obecny, z tą różnicą, że wziąłem odpowiedzialność za kierunek, w jakim zmierzają kompozycje, za efekt końcowy. Dołączył do nas Igor Nikiforow i po pierwszych koncertach okazało się, że problemy z którymi borykałem się tyle lat, zniknęły.

Znając poszczególnych z Was od strony muzycznej można domyślić się, że w Hokei zręby kompozycyjne są Twoje, ale oczywiste jest też to, że porządek, który tam wprowadzasz jest wrzucony na pewną niesubordynację, nadpobudliwość pozostałych muzyków. Czy to wyszło przypadkiem, czy chciałeś, żeby w tym zespole zderzało się Twoje bardziej systematyczne podejście z czymś bardziej chaotycznym?

Gdy spotkałem Kubę i Tomka, zwłaszcza po tym, jak widziałem Ed Wood na żywo i poznałem ich bliżej, poczułem, że oni mają element odpuszczenia, wolności i chaosu, którego mi brakuje w moich kompozycjach. Igora znałem już wcześniej, graliśmy razem w Stworach, i zawsze fascynowała mnie w jego graniu mieszanka skrajnego adhd ze skrajnym wyciszeniem. W Hokeiu z jednej strony jest więc dyscyplina, element bardzo zorganizowany i matematyczny, a z drugiej element czegoś dzikiego i nieokiełznanego. Nie wyobrażam sobie tego zespołu z nikim innym. Chcę robić muzykę, która oscyluje między tymi ekstremami. Jest takie zjawisko w fizyce zwane spontanicznym złamaniem symetrii, mówiące o tym jak układy z jednego stanu (zazwyczaj ekstremalnego) wpadają w drugi. W skali ludzkiej, muzycznej szukamy tej granicy, punktu – uczucia, że upadasz, jesteś w połowie drogi, próbujesz złapać równowagę. Dla mnie to analogia kondycji ludzi w ogóle, zwłaszcza dziś, gdy rozpięci jesteśmy miedzy tak dalekimi biegunami, kiedy oscylujemy między dokonaniami najnowocześniejszej techniki, a jednocześnie wisimy na krawędzi katastrofy ekologicznej.

Hokei to Twoja pierwsza płyta jaką znam, na której są piosenki i wokale.

Bardzo mi się podoba ekspresja Kuby. Naprawdę bardzo dobrze śpiewa, ma świetny głos, o którym myślałem bardziej w kategoriach kolejnego instrumentu. Nigdy tak naprawdę nie pisałem piosenek, więc pod tym względem Kuba i Igor bardzo mi pomogli w aranżu tych utworów. Dla mnie wokal jest barwą, emocją, ale nie myślę o tych utworach jak o piosenkach, ale jak o kompozycje, w których wykorzystuję głos jako kolejny unikatowy instrument, ponadto niosący warstwę tekstową.

Skoro wokal Kuby jest taki ciekawy i wyjątkowy, to po co w większości utworów jest na niego nałożony efekt?

Bo to też jest barwa. Na innych instrumentach jest też dużo efektów. Szukaliśmy różnych rozwiązań barwowych. Głos traktowaliśmy jako punkt wyjścia i wyszło tak, że z efektem brzmi lepiej niż bez.

Z tym się zgodzę.

Poza tym, wokal jest silnie nacechowany historycznie, utwór z wokalem nagle zaczyna być piosenką, a o to nam bynajmniej nie chodziło.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem płytę zdziwiło mnie, że relatywnie mało uwypuklona jest na niej obecność dwóch zestawów perkusyjnych. Z czasem się z tym oswoiłem, ale w pierwszym momencie, pamiętając Was z koncertów, brakowało mi tego. Czy ten element był trudny od strony realizacyjnej?

Uchwycenie dwóch perkusji to bardzo trudne zadanie realizatorskie. Z prostej przyczyny, że dźwięk np. dwóch kotłów zagrany unisono i zarejestrowany paradoksalnie często brzmi słabiej niż pojedynczy kocioł. Znoszą się fale, zachodzą rożne zjawiska w przesunięciu tzw. fazy, które bardzo ciężko jest ujarzmić nagrywając dwa zestawy na setkę, w jednym pomieszczeniu. Dochodzą jeszcze problemu z panoramą stereo, jak i ze zmaganiem się z pewnym przyzwyczajeniem w słuchaniu, jakie mamy z lat 90tych, że muzyka brzmi dość blisko, centralnie i całościowo jako jeden zestaw. W latach 60tych zupełnie inaczej miksowało się perkusje, np. czasem była ona tylko w jednym kanale. U nas chodziło o uchwycenie mocy, jaką generują dwa zestawy na scenie i grające często unisono, przy zachowaniu tego kanonu z 90tych. Myślę że wyszło najlepiej, jak mogło.

Na koncertach gracie materiał praktycznie w tej samej kolejności co na płycie. Jak wygląda teraz interakcja z tym materiałem? Nie boisz się zagrożenia rutyną, skoro macie zestaw utworów zdefiniowany zawartością jednej płyty?

Mamy może dwa moduły, które możemy przestawiać, ale set koncertowy jest w miarę zamkniętą opowieścią. Zastanawialiśmy się nawet nad opcją bisu, ale uznaliśmy, że jest to bez sensu. Poza tym, dochodzi jeszcze aspekt czysto techniczny – praktycznie przed każdym utworem musimy z Kubą przestrajać gitary – w tym secie te interwały, które musimy wyłapać, są na tyle niewielkie, że nie generują wielominutowych przerw między utworami.

Oczywiście ten set się w pewnym momencie wyczerpie i mam tego świadomość. Chcemy pograć jeszcze parę koncertów w ten sposób, ale mamy już dwa nowe utwory i narodziła mi się ostatnio nowa myśl na kolejny album. Będziemy nad tym teraz pracować. Myślę, że przy okazji koncertów w październiku zagramy już parę nowych utworów.

Don’t Go brzmi nowocześnie, ale równocześnie jest zanurzone w gitarowej tradycji wywodzącej się z lat 90tych - Trans Am, Tortoise, math rock. Co Cię przyciąga do tego nurtu? Chodzi o przesiąknięcie tą muzyką z racji wychowywania się na niej, czy o coś innego?

Don’t Go, jak sam tytuł wskazuje, to trochę płyta nostalgiczna. Wychowałem się w latach 80tych i 90tych i rock jest dla mnie przede wszystkim pewną formą energii bez katalogowania na dziesięciolecia, czy przedrostki. Zawsze pociągało mnie przełamywanie i poszukiwanie, ale głęboko oparte na danym kanonie. Don Caballero, Tortoise, wczesne Sonic Youth, King Crimson, Can, cały Rock in Opposition z This Heat i Henry Cow na czele – te zespoły wywarły na mnie olbrzymie wrażenie, pokazały że można, korzystając z prymitywnego rockowego instrumentarium, wykrzesać niesamowite opowieści sięgające daleko poza rocka, a często nie mające już z nim nic wspólnego. Także zespoły które konsekwentnie tworzyły swoje własne mikro gatunki, jak Primus czy Porno for Pyros. Poza tym – to lata 90te – nie było internetu, o płytach dowiadywałem się od paru kolegów, czasem z Anteny Krzyku, z nocnych audycji w Radiu Jazz, więc otoczony byłem długo pewnego rodzaju bańką subkulturową – swoją drogą to zjawisko nieobecne już dziś wśród młodych słuchaczy. Ta bańka pozwoliła mi skupić się i zżyć bardzo dokładnie z, z dzisiejszej perspektywy wąską, gałęzią muzyki. W między czasie przeżyłem fascynację sceną free-impro, minimalizmem, ambientem, noisem, elektroniką, jazzem ale zawsze wracałem do gitarowej muzyki, coraz częściej doceniając „zespół” jako byt osadzony wyżej niż „solista”. 

Ponadto, mimo kryzysu w gitarowej muzyce ostatnich lat, rozrzedzenia i często spłycenia stylistyki, wydaje mi się, że gitara elektryczna i generalnie rockowe instrumentarium mają olbrzymią przyszłość. Głównie poprzez prostotę, energię, moc samego aktu koncertu, bezpośrednią bliskość z odbiorcą. Ciągle pojawiają się wspaniałe płyty, w których znaleźć mnóstwo pozamuzycznych kontekstów. Weźmy na przykład płytę Steal Your Face Mi Ami, w której jest idiom rockowy, jest noise-rockowa struktura, ale osią jest Afryka, która mimo że przetwarzana była tak wiele razy (np. przez Talking Heads czy The Ex) nagle nabiera dzikiego, wściekłego charakteru – to Afryka, jakiej jeszcze nie znałem. Noise-rock jest w tym wypadku jedynie nośnikiem pewnej surrealistycznej i niesamowitej wizji.

Steal Your Face to faktycznie jedna z niewielu płyt gitarowych ostatnich kilku lat, które wnoszą naprawdę nową jakość, ale po jej nagraniu Mi Ami porzucili gitary i skupili się na kręceniu gałkami. Ich przykład pokazuje, że na dwoje babka wróżyła.

Czasami oczekujemy kontynuacji po usłyszeniu płyty, ale może oni po prostu mieli koncept, który zrealizowali i tyle. Szanuję takie decyzje. A płyta jest po prostu genialna i nic tego już nie zmieni.

Zgodzę się, że potencjał muzyki gitarowej jako sposobu wypowiedzi bynajmniej nie jest wyczerpany, ale niestety 90% wydawanych obecnie płyt z muzyką gitarową nie trzeba słuchać do końca, żeby doskonale wiedzieć co się na nich dzieje. Rzadko pojawia się coś nowego. Z czego to Twoim zdaniem wynika?

Myślę że poniekąd z tego, że tej muzyki tworzy się tak wiele. Każdy może kupić gitarę za 300 złotych, skrzyknąć kumpli i założyć zespół. To wspaniałe i niesamowicie proste, zwłaszcza dla początkujących – szczególnie w dobie tak powszechnego dostępu do np. tabulatur czy wzmacniaczy oferujących z góry sygnowane brzmienia – żeby zabrzmieć jak swój ulubiony zespół. Od tego jest krok do grania coverów, krok do grania własnych utworów itd. Proste. Nagranie płyty też jest proste – w obecnych czasach nie trzeba jej nawet tłoczyć, by zaistniała jako pełnoprawny album. Ale ma to też swoje minusy, bo tym sposobem bardzo łatwo zespoły zatracają swój indywidualny, wypracowywany przez lata język, brzmienie. Zgubiła się też warstwa subkulturowa, która niejako zespalała pomysły i poprzez narzucenie izolacji, pozwała im dojrzeć. Wszechobecny dostęp to muzyki, wynalazki takie jak spotify, które przyzwyczają nas do wybiórczego słuchania olbrzymiej ilości muzyki, sprawiają że łatwo jest zatracić samego siebie i swoje wizje. Może to zniechęcić na zawsze do grania, ale myślę, że te pozostałe 10% sięgnie głębiej. Myślę też, że jest po prostu trudniej, porównując ubiegłe dekady, wejść na pewien rodzaj skupienia, dyscypliny, wiary pozwalający na nieskrępowaną twórczość. Niezależnie od tego, gitara jest genialnym instrumentem, bo z jednej strony mamy klasycznie brzmiący instrument strunowy, z drugiej elastyczną platformę do eksperymentu. Poszukiwanie jest wpisane w gitarę, dlatego myślę, że jeszcze dużo ciekawej muzyki przed nami.

[Piotr Lewandowski]

artykuły o Tin Pan Alley | Ed Wood w popupmusic