polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Complainer Wojtek Kucharczyk - wywiad

The Complainer
Wojtek Kucharczyk - wywiad

Wojtek Kucharczyk pod wcieleniem The Complainer, wraca z kolejnym wydawnictwem, „The Amor”. Płyta, będąca owocem podróży po Ameryce Łacińskiej jest pełna bogatych aranżacji, akustycznych, elektronicznych i organicznych brzmień, a przede wszystkim chwytliwych melodii, w których zwinnie żongluje masą gatunków i muzycznych pomysłów. Zapraszamy do przeczytania rozmowy z muzykiem, na kilka dni przed premierą jego najnowszego albumu.

Zawsze przy okazji słuchania Twoich kolejnych płyt pojawia się wątek ich popowości – z jednej strony przecież doskonale nadawałyby się do rozgłośni radiowych, ale z drugiej strony jest w nich ten haczyk, wirus, który sprawia, że nie są tak oczywiste i łatwo przyswajalne jak typowe „radiowe hity”.

Myślę, że to są piosenki do radia – może nie wszystkie – tylko, że czasy takiego radia bezpowrotnie mijają. Wydaje mi się, że gdyby np. taki zespół jak Republika, startował teraz, to musiałby się długo zabiegać o to, żeby ktoś wyemitował ich utwory. Nie było by najmniejszych szans, żeby te same kawałki jak „Biała Flaga” czy „Telefony” stały się teraz takimi przebojami jak kiedyś. Radio jest obecnie innym rodzajem medium.

Z drugiej strony nie podkreślam teraz tej popowości. Tak było przy „Power Joy Happiness Fame”, wtedy próbowaliśmy się sformatować, żeby sprawdzić jak może brzmieć w naszej wersji piosenka, która mogłaby być prezentowana w idealnym radiu. Na „The Amor” już tego nie robię – są tutaj o wiele bardziej ostrzejsze kawałki, wyszedłem z założenia, że nie stosujemy żadnych formatów, nie przejmuję się tym, że niektóre z nich trwają 3 czy 7 minut. Takich rozbudowanych utworów jest sporo i jestem z nich bardzo zadowolony. Mimo wszystko, wydaje mi się, że gdyby niektóre z naszych kawałków wskoczyło na playlisty stacji radiowych,  to miałyby potencjał przeboju.

Przypomina mi się Wasz sierpniowy koncert na molo w Sopocie, który w tym przypadku miał trochę piknikowy charakter. Graliście po BiFF i przed Czesławem, potem występowało jeszcze Myslovitz – zespoły które tworzą dość proste piosenki, łatwo wpadające w ucho. W Waszym przypadku, ludziom na początku ciężko rozgryźć czy gracie na poważnie czy z przymrużeniem oka. Są trochę zdezorientowani, ale po kilku kawałkach wchodzą w tę muzykę.

W zespole – pewnie każdy w różnych proporcjach – jesteśmy absolutnie poważni. To poczucie humoru czy satyryczność w pewnych momentach, bierze się z poważnych przemyśleń nad światem (śmiech).

A co do koncertów - jedną ze straszniejszych rzeczy, jakie mogą się wydarzyć podczas występów na żywo jest przewidywalność. W przypadku Czesława nietrudno domyślić się co się wydarzy – powie coś śmiesznego, przekręci polską mowę, zagra na akordeonie i usłyszymy rzewne melodie. To fajne, ale w moim przypadku nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Wiem jakie zagramy kawałki, ale to co będzie działo się w ich obrębie jest zagadką, zawsze dajemy się ponieść chwili, tym momentom które są unikalne dla określonego miejsca, sytuacji. Nieustannie pielęgnuję umiejętność, dzięki której mogę się samemu zaskoczyć,.

Na naszych koncertach zawsze pojawia się teatralny element. Interesuje mnie działalność totalna, w której można coś obejrzeć, posłuchać, jest także przekaz słowny. Nie boję się grać, wyglądać, pokazywać. Tylko w tym przypadku to nie jest teatr, bo nic nie jest zaplanowane według scenariusza, wszystko dzieje się naprawdę.

Przejdźmy do „The Amor”. Płyta w dużym wyniku jest rezultatem Waszej podróży do Ameryki Łacińskiej. Czy – jeśli mówimy o zaskakiwaniu, niespodziankach – w jej trakcie wydarzyło się coś takiego co było jakimś punktem zwrotnym w muzyce The Complainer, jakoś znacząco wpłynęły na Twoje muzyczne spojrzenie czy kształt płyty?

Największy taki wpływ, to na pewno wpływ emocjonalny. Dla mnie szeroko pojęte, latynoskie „sprawy” od dawna były pożywką. Najwięcej z tamtych rejonów słucham muzyki brazylijskiej, latino - tego typu uwypuklenie rytmu od zawsze mnie interesowało.

Teraz po raz pierwszy mogłem namacalnie dotknąć czym taka muzyka jest. Byłem już w Miami kilka lat temu, ale tamta podróż miała inny wydźwięk, jako po prostu podróż do Ameryki, symbolicznego kraju. Teraz jechałem już do Ameryki Łacińskiej – de facto to Ameryka Północna, ale mentalnie jest to już południe. W zamian dostałem bardzo dużo emocji, zobaczyłem jak w przestrzeni społecznej i życiowej funkcjonuje tam muzyka. Tam jest zmagazynowanej niesłuchanie dużo energii. Meksyk w którym mieszka 40 milionów ludzi skondensowanej na niewielkiej powierzchni i jeszcze od góry przykrytych smogiem (śmiech) – to wszystko się tam naprawdę gotuje.

Najczęściej z każdymi podróżami, a zwłaszcza tymi w dalekie strony, wszystkie stereotypy legają w gruzach. Mamy jakąś podstawową wiedzę, czytamy przewodniki, ale potem okazuje się że wszystko jest zupełnie inne, bo możemy to sprawdzić na własne oczy i uszy. Ta podróż była niebywałą pigułką energii, bombą która we wszystkich z nas wybuchła.

Jadąc do Miami, wiedzieliśmy że będziemy tam nagrywać – chciałem z przygotowanym materiałem wejść do studia i nagrać na setkę maksymalnie dużo. Weszliśmy do studia i od razu zarejestrowaliśmy wszystko co planowaliśmy, tym bardziej że to było od razu po koncercie. Po powrocie do domu próbowałem grać te utwory w takich samych tempach, ale było to już o wiele trudniejsze. W Miami pojawiła się taka adrenalina i energia, że wychodziło to bez najmniejszego problemu. Mała kubańska kawa i trzy godziny nagrywania bez przerwy (śmiech). Te utwory, które zarejestrowaliśmy po powrocie, nagraliśmy jeszcze ciągle mając tą samą energię po naszej wyprawie.

Właśnie, „The Amor” była nagrywana w ogromnej liczbie miejsc – w kilku studiach, na ulicach czy nawet na szczycie piramidy w Meksyku, na dodatek w różnych odstępach czasowych. Jak udało się Wam połączyć to wszystko w spójną całość?

Etap produkcji był bardzo złożony, trwał od kwietnia do początku lipca – wszystko udało się dzięki mojemu doświadczeniu i producenckim talentom (śmiech). Kiedy kilka lat temu zaczynałem tworzyć muzykę, nie miałem wielu środków, więc np. obrabiałem rzeczy nagrane na koncercie na pożyczonej konsolecie albo zarejestrowane na dyktafonie. Teraz też robię takie rzeczy, ale już z premedytacją. Wiedziałem, że będę miał nagrania ze studia, przenośnych rejestratorów dźwięku czy nawet aparatu albo telefonu komórkowego. Pracując nad płytą, udało mi się wypracować koncepcję połączenia tego wszystkiego razem.

Na przykład utwór „El Reloj” powstał bez przygotowania. Alfonso Flores śpiewał go na ulicy – usłyszeliśmy go i zaczęliśmy iść w jego stronę. To był fascynujący obrazek – nieduży, skromnie ubrany starszy człowiek miał niewielką kongę, cowbell, tarkę, a na dodatek wszystko umieszczone na jednym wózku. Na jednej ręce miał różową rękawiczkę i nią grał na kondze, a na drugiej grzebień, którym grał na cowbellu i tarce. Śpiewał i grał na wszystkim na raz – widziałem wielu ulicznych muzyków, ale on zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zacząłem z nim śpiewać – to prawdopodobnie jeden z najdziwniejszych tekstów na płycie, ale zawiera w sobie ogromną dawkę emocji. Takich sytuacji było wiele np. „Rytuały Rytuały” w których pojawia się 100 mariachi na placu Garibaldiego czy „Teoti WiFI” zaśpiewane i zagrane na szczycie piramidy w Meksyku.

Twoja muzyka jest przez to bardzo wizualna – już podczas jej słuchania mimowolnie nasuwają się obrazy z wielu miejsc, w których powstawała. Ty dopowiadasz do niej jeszcze więcej, to taki muzyczny pamiętnik.

Jasne, cały ten obraz natychmiast sobie przywołuję, przypominam sobie wszystkie sytuacje. Ale to raczej miała być forma a nie cel – zbiór kwintesencjonalnych i najważniejszych przeżyć z tej podróży. Przy pomocy tych zebranych elementów najłatwiej było to pokazać. Starałem się dobrać wszystkie elementy muzycznie i treściowo. Taka żonglerka, jest dla mnie najbardziej oczywistym sposobem pracy.

W Twoim przypadku to nie nowość...

Po mojej pierwszej podróży do Miami też zrobiłem płytę, która jest rodzajem pamiętnika. Wszystko było nagrywane tam, część tego materiału znalazła się potem na „Very vs very” Mołr Drammaz. Teraz, po kilku latach i płytach, mogłem o wiele lepiej korzystać z mojej wiedzy, technicznie i produkcyjnie wszystko jest bardziej zaawansowane.

Ale z drugiej strony pilnowałem, żeby ta płyta miała w sobie walor Do It Yourself – żeby nie było, że pojechaliśmy do Miami i stworzyliśmy niewiadomo jak rozbuchaną produkcję. Płyta miała być nasza, naturalna, bez udawania czegokolwiek. Chodziło o wytworzenie emocji, które mogą powstać w jakimś raju na Ziemi czy miejscu, które przynajmniej na moment może się nim stać.

Na „The Amor” jest bardzo rozbudowana i szybka sekcja rytmiczna, na koncertach gracie ją nawet na dwóch zestawach. Ciekawi mnie jednak skąd to zamiłowanie do perkusji elektronicznej i zrezygnowanie z perkusji akustycznej? Z jednej strony w Waszej muzyce są wpływy żywych, organicznych brzmień i muzyki świata, a z drugiej ta studyjna, elektroniczna perkusja...

Właśnie chodzi o to połączenie! Jesteśmy zespołem, który dużo podróżuje, ale cały czas operuje niskimi budżetami, więc nasz sprzęt musi się łatwo zapakować – tak jest z padami do perkusji elektronicznej, które mogą wytworzyć mnóstwo dźwięków. W przypadku akustycznej perkusji, spektrum jest ograniczone, a poza tym musielibyśmy jeździć wielkim tirem.

Może i tzw. żywe bębny są lepsze, ale mnie interesują bardziej nieoczywiste rozwiązania, łączenie światów, pozornie do siebie niepasujących. Po co iść prostym szlakiem, skoro można pójść niekoniecznie trudniejszą, ale ciekawszą, bardziej wyzywającą drogą?

Z perkusją jestem związany od zawsze – pierwsze składy Mołr Drammaz to były składy czysto perkusyjne, trzy zestawy i wokal. Teraz do tego wracam, kwestia rytmu zaczyna mnie nurtować coraz bardziej. Nagrywając „The Amor” byłem jedynym perkusistą i musiałem nagrywać ten instrument wielowarstwowo. Już wtedy wiedziałem, że będzie mi strasznie brakowało tej interakcji rytmicznej, wiedziałem że będę mógł grać tylko jedną z tych warstw. Udało mi się namówić Olę Rzepkę, która gra z nami na koncertach – perkusja lewa-prawa, męska-żeńska. Szukamy nieoczywistych rozwiązań, badamy świat nieutartym szlakiem.

Zespół się rozbudowuje, dlaczego w takim razie powróciłeś do nazwy The Complainer?


Z prozaicznego powodu – prawie nikt nie potrafił wymówić nazwy The Complainer & The Complainers, nie mówiąc już o jej zapamiętaniu. Ale żeby to wszystko działało, muszę mocniej zaznaczyć swoje piętro. Teraz to bardziej znów mój projekt, a nie demokratycznie działający zespół. Wspólnie stwierdziliśmy, że będzie najlepiej działać w formie ja plus zespół. Z fazy demokracji przeszliśmy do soft-dyktatury (śmiech).

Skład się powiększa, ale jednocześnie się upłynnia. Wiem że na jesiennej trasie nie zawsze będziemy grali wszyscy w idealnym składzie. Jeżeli pojawia się opcja gry w rozbudowanym składzie i sytuacja temu sprzyja to tak gramy, w innych sytuacjach występujemy w skromniejszej wersji. To jednocześnie pozwala nie popadać w rutynę. Trzeba próbować, zmieniać konfiguracje, analizować muzykę. Wtedy cały czas dochodzi do jej przeobrażeń i zmian.

Nie interesuje mnie takie sprofesjonalizowanie muzyki, w którym ludzie wiedzą co dostaną – zespół wchodzi na scenę, każdy wie jak wygląda, jakie mają ksywki i wiadomo co zagrają. Dla mnie muzyka musi cały czas żyć. Gramy utwory w podobnej formie jak na płycie, ale nie boimy się zagrać w zupełnie inny sposób. Muzyka to żywy twór, trzeba wyciągać z niej to co jest najbardziej istotne. 

[Jakub Knera]