polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Etamski wywiad

Etamski
wywiad

Zarzygany garnitur

Kojarzony z sieciowych produkcji, które na przestrzeni kilku lat upychał tu i tam. Wrzucany do worka z eksperymentującą elektroniką, ciężką w odbiorze i kiepską do tańca. Dzięki zainteresowaniu ze strony Qulturapu, kontynuującego najbardziej niszowe tradycje nieodżałowanego Blend Records, jego produkcje ukażą się w lutym na legalu, któremu mamy zaszczyt patronować. Album zatytułowany "Zabrudzony garnitur" będzie muzyczną opowieścią o mieście ogarniętym przez chaos. Etam etamski nadciąga.

Nie jesteś klasycznym przykładem muzycznego nowicjusza. Masz już na swoim koncie kilka poczynionych na własną rękę produkcji, które prezentowałeś w sieci. Zmieniło się coś w twojej muzyce, w związku z tym, że wydajesz ją na płycie?

Każdy tak zaczyna. Każdy ma za sobą kilka lat dłubania, zanim zdecyduje się wydać płytę - przynajmniej powinien mieć. Poza faktem, że płyta będzie dostępna w sklepach, będzie ładnie opakowana i chroniona prawami autorskimi - cała reszta będzie taka jak do tej pory, będzie przede wszystkim moja. Zrealizowałem ją w domu, na moim sprzęcie, z własnymi patentami. Nie jeden by się za głowę złapał, gdyby zobaczył w jakich warunkach pracowałem. Mam nadzieję, że akurat to, już niedługo się zmieni.

Z zapowiedzi twojej solowej produkcji, powiewa sporą awangardą... "Surrealistyczna mieszanka snów i retrospekcji, z nutą absurdu i czarnego humoru. Groteskowe dźwięki wplecione w brudną masę, manekiny machające zza sklepowych witryn czy też próby podjęcia fizycznego kontaktu ze słońcem...". Jaka naprawdę jest ta płyta?

Ona jest dokładnie taka jak w opisie. Jest przede wszystkim - może nie w formie, ale w treści - mocno punkowa. Mówisz, że powiewa awangardą... Trudno tu mówić o awangardzie, bo dziś scena jest tak gęsta, że nie wiadomo już kto stoi na czele. Osobiście nie czuję się jakiś awangardowy, nie szukam na siłę czegoś nowego, staram się być swój własny, naturalny. To jaki jestem, czego słucham i co czytam przekłada się później w jakiś sposób na moją pracę. Podejrzewam, że słowo "awangarda" nasunęło ci się wówczas, gdy w opisie zobaczyłeś termin "surrealizm". Oczywistym jest, że dziś posługiwanie się terminem "surrealizm" już nie świadczy o awangardzie, bo surrealizm był czymś nowym na początku XX wieku, dziś można jedynie nawiązywać - i ja nawiązuję. Ta płyta jest jak najbardziej surrealistyczna.

Słuchając twoich produkcji miałem nieodparte wrażenie, że większość tego materiału zrobiłeś raczej dla jaj, niż z powagą godną ambitnego twórcy.

Cieszę się, że odniosłeś takie wrażenie, bo faktycznie niektóre kawałki są nasączone humorem, nieco absurdalnym - jak na przykład utwór "Motyle", w którym wystąpił gościnnie mój kuzyn Eror. Ten numer aż ocieka absurdem - specyficznym dla mnie i Erora humorem. Albo kawałek "Zwymiotowałem na radioodbiornik" - utwór mocno turpistyczny, groteskowy, który można ładnie zobrazować 3-minutowym spawem w stronę radioodbiornika. Cała ta płyta jest jak resztki jedzenia na jego membranach. Dużo ironii przede wszystkim.

Skąd decyzja by wydać ją pod skrzydłami Qulturap?

Powiedzmy, że miałem Qulturap w zasięgu ręki, nie rozsyłałem dema po wytwórniach, dałem znać Markowi Gluzińskiemu. Jemu się spodobało, postanowił to wydać. A w związku z tym, że już wcześniej byłem zapraszany na składankę Qulturap, byłem na liście osób, którymi zainteresowana była ta wytwórnia. To mnie tylko popchnęło w jej stronę.

Czym się inspirowałeś w pracach nad powstaniem tej płyty?

Wszystko co mi wchodziło do głowy przyczyniło się do powstania tej płyty. Miałem okres faszerowania się Gombrowiczem, Schulzem, przeszedłem okres fascynacji książkami Philipa Dicka, ładowałem w siebie jakieś teksty futurystów, dadaistów, surrealistów. W sferze muzycznej - elektronika, muzyka eksperymentalna wszelkiej maści, głównie czasy wcześniejsze typu Stockhausen czy John Cage, minimalizm Erika Satie, dużo rocka progresywnego, psychodelii, głównie lata 60. - Velvet underground, Frank Zappa, Syd Barrett... Aktualnie katuję się free jazzem. Wszystko to miało jakiś wpływ - mniejszy lub większy - na to o czym aktualnie myślałem, co robiłem... Pewnie nie słychać tam mojej fascynacji - na przykład - Velvet Underground, ale chyba na tym polega właśnie inspiracja - przetworzyć w taki sposób, żeby stworzyć nową jakość.

O czym są teksty na płycie?

Długo zastanawiałem się kogo zaprosić na płytę, żeby się idealnie i z pomysłem wpasował w jej koncepcję. Jestem bardzo zadowolony z występów gościnnych. Z Erorem się wychowałem, znamy siebie na wylot i on bardzo dobrze wie czego ja chcę i nie muszę mu wcale za wiele tłumaczyć. Jego tekst "Motyle" to potok absurdalnych słów, czasami wyrażeń niezrozumiałych dla odbiorcy, wyrażeń które latają sobie po przestrzeni dźwiękowej. Eror jest bardzo specyficzny, używa często charakterystycznych odgłosów i ciężko się w tym zorientować. Są to teksty abstrakcyjne, jedna myśl przenika w inną, dlatego bardzo dobrze wpasował się w moją senną koncepcję. Z kolei Dany pojawia się w tej części płyty, w której wszystko grzmi, jest brudne, brutalne i bezwzględne, a jego słowa są tego kwintesencją. "Zdemolowane witryny sklepowe" to nawiązanie do dadaizmu i futuryzmu, tekst pewnie wielu zbulwersuje, jest pełen przemocy i brzydkich słów, co nie znaczy, że Dany ma zamiar kogoś zabić (śmiech). Już widzę pełno nadętych, zbulwersowanych głów którym pewnie nieraz się przyśniło coś nieprzyzwoitego.

Przyświecają ci jakieś poważne cele, typu odświeżyć naszą scenę, pokazać ludziom, że można iść pod prąd?

Nawet nie zastanawiam się nad takimi rzeczami, dla mnie liczy się muzyka, a nie to, jak wygląda scena. Wiem, że nie jest najlepiej i nie muszę nikogo uświadamiać jak to "nienajlepiej" wygląda. Może się przyczynię do odświeżenia sceny, może pokażę komuś, że można iść pod prąd, a może pojawię się, pobędę i przeminę... Nie wiem, nie wnikam w to.

[Tomek Doksa]