polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
NAPSZYKŁAT Plenum

NAPSZYKŁAT
Plenum

Debiutancki album poznańskiej formacji Napszykłat to z jednej strony miły przejaw otwartości ekipy zrzeszonej pod egidą Pink Punk, z drugiej jednak niewesoły symptom rodzimej sceny hip-hopowej. Nie doczekaliśmy się jeszcze chyba, za chlubnymi wyjątkami Tworzywa Sztucznego na koncertach i Afrokolektywu, składu , który faktycznie radziłby sobie z instrumentalnym, na żywo granym tłem wypuszczanych rymów. Napszykłat, mimo wykonawczego wsparcia pinkpunkowych ziomków, nagrania albumu pod czujnym okiem braci Kapsa i masteringowego szlifu Marcina Cichego ze Skalpela, co prawda raz czy drugi bardziej tłustym gitarowym zwarciem czy funkowym pląsem nas poczęstuje, ale jednak brzmi dość monotonnie, a gros tych aranżacji to pętelka jak żywcem z sampla, a jedynie gitarowo ujęta. A nawet przyznając rytmice kluczową rolę w hip-hopowym podkładzie, wrażenia monotonii wyzbyć się trudno.

Podobnie ambiwalentnie spoglądam na wokalną stronę przedsięwzięcia, gdzie Piernik i Ansman częstują nas kwaśną barwą i zaczepną melodyką, której fantazji czasem odmówić nie sposób, ale robią to wśród namacalnych podobieństw do kalibrowej maniery, sarkazmu Afrojaxa i w tematach dość oklepanych. Z dużej, choć podziemnej, chmury wyszedł niestety mały deszcz, a jedyną prawdziwą burzą jest ostatni utwór albumu, gdzie pojawiają się największe niespodzianki na „Plenum”. Miejmy nadzieję, że to punkt wyjścia na przyszłość, ponieważ na dzień dzisiejszy to niestety za mało.

[Piotr Lewandowski]