polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Napszykłat Marek Karolczyk, Robert Piernikowski - wywiad

Napszykłat
Marek Karolczyk, Robert Piernikowski - wywiad

Napszykłat od kilku lat konsekwentnie budują swój muzyczny język i wydają kolejne, zaskakujące jak na polskie realia płyty. Świetny ubiegłoroczny krążek „NP.” w tym roku zyskał swojego następcę „Kulturshock”. Na nim NP. skonkretyzowali swoją warstwę liryczną, a muzyczną jak zwykle mozolnie zlepili z setek najróżniejszych sampli. Ta płyta to także ważny krok ku próbie określenia swojej tożsamości, przede wszystkim muzycznej. O tym i wielu innych tematach rozmawiamy z Markiem Karolczykiem i Robertem Piernikowskim.

W teledysku do utworu „Miejsce”, który powstał jako pierwszy do albumu „Kulturshock”, pytacie o miejsce swojego pochodzenia. „Chciałbym na bicie głośno sławić moje miejsce, ale nie wiem, którą wioską, którym miastem jestem”. To już Wasza czwarta płyta i dopiero teraz zaczynacie szukać korzeni?

[Robert Piernikowski] To zarówno nasze osobiste zapytanie jak i poszukiwanie muzycznych identyfikacji. Przez ostatni czas mocno skupialiśmy się na tym, jak określić samych siebie wobec wpływów zachodniej kultury. Zaczęliśmy jeździć do Czech i dostrzegliśmy, że oni są bardziej sobą w konfrontacji z tą kulturą, a my raczej się upodabniamy.

W dużym stopniu zbiegło się to z naszymi osobistymi doświadczeniami – zaczęliśmy śpiewać stare pieśni, wykorzystywać biały śpiew. Moje doświadczenia muzyczne wychodzą z hip hopu i dziwnie się czułem grając jakąś amerykańską muzykę. W takiej sytuacji pojawia się podstawowe pytanie jak być sobą, jednocześnie grając właśnie coś takiego. Wydaje mi się, że to pytanie, które dotyka większość muzyków w Polsce, ale chyba rzadko kto się nad nim zatrzymuje i próbuje na nie odpowiedzieć. To naturalne zapytanie o korzenie. Główną istotą jest to jak we współczesnym świecie tworzyć coś nowoczesnego, mając bazę w tradycji.

[Marek Karolczyk] Zawsze byliśmy trochę smutasami i romantykami. Tradycja słowiańska idealnie się w to wpasowała. Zaczęliśmy uczyć się białego śpiewu, pieśni bułgarskich, chorwackich, ukraińskich i serbskich. Nasza nauczycielka, pani Basia Wilińska zaczęła nam puszczać pieśni, których bym w życiu nie usłyszał, a które dotykają nas i siedzą w nas głęboko. Identyfikujemy się – może nie z perspektywy miasta, ale regionu. To nie jest Bawaria czy inna kraina, z którą muszę się jakoś utożsamiać. Po prostu czuję z nimi wiĘź od razu jak je słyszę, gdzieś głęboko, to samo przyciąga.

Jak doszło do tego że postanowiliście zaczerpnąć nauki białych śpiewów i co z powodowało, że chcieliście umieścić je na płycie?

[Marek Karolczyk] To był spontan i strzał w dziesiątkę. Natura białego śpiewu jest zgoła odmienna od technik klasycznego śpiewania: naturalne oparte na dysonansach i konsonansach szaleństwo, rdzennośc i transowość śpiewania w grupie dziesięciu osób często ociera się o mistyczne przeżycia, szczególnie gdy w pomieszczeniu w którym śpiewamy jest np. zupełnie ciemno. Biały śpiew jest oczyszczeniem. Wystarczy półtorej godziny śpiewania by zrelaksować się i naładować na cały tydzień. To spowodowało,że chcieliśmy umieścić je na płycie - to naturalna, przeogromna chęć powrotu do początku muzykowania w tym regionie.

[Robert Piernikowski] Kilka lat temu zadałem sobie pytanie: dlaczego nie śpiewamy? Chodzi o śpiewanie w domu czy gdziekolwiek z ludźmi w zwykłych codziennych okolicznościach. Ludzie kiedyś się spotykali i śpiewali razem. Poczułem jakąś tęsknotę za tym. Gdzieś pokolenie naszych dziadków to zgubiło, na ziemie „odzyskane” dojechały ukraińskie pierogi ale nie dojechały pieśni. Na płycie pojawia się Barbara Wilińska, z którą regularnie razem krzyczymy.

Po co więc zapraszacie innych gości, którzy są z zupełnie innych bajek muzycznych?

[Marek Karolczyk] Mieliśmy dylemat czy ich zapraszać czy nie, ale część to były spontaniczne spotkania np. z DVA albo z Bene. Pomyśleliśmy, że jakoś wpisuje się to w ideologię płyty i ich zapraszamy.

[Robert Piernikowski] Zazwyczaj stroniliśmy od gościnnych płyt, ja nigdy tego nie lubiłem. W tym przypadku gościnność należy rozumieć jako użyczenie noclegu i domu. Nie myśleliśmy o koncepcji płyty na której pojawiłyby się projekty tematycznie do niej nawiązujące, to pojawiło się z czysto międzyludzkich kontaktów. Ja czuję to jako gościnność, a nie współpracę. Z Bene bujaliśmy się po Słowacji i naturalnie wyszło to że podjęliśmy współpracę.

[Marek Karolczyk] W przypadku Sibitta było tak, że szukaliśmy dystrybutora z płytą NP. Kiedy dotarliśmy do jego managera, jemu spodobała się nasza muzyka i bardzo chciał doprowadzić do współpracy między nami. My też gdy go usłyszeliśmy, stwierdziliśmy, że musi się pojawić. A mamy w sobie coś takiego, że nie możemy odłożyć pewnych rzeczy tylko musimy się za nie zabrać tu i teraz.

W wielu przypadkach kiedy na płytach pojawia się gość, który przyciąga ogromną uwagę i staje się jednym z wazniejszych punktów. U was tak nie jest. Podobne odczucia miałem w przypadku „Cosmogrammy” Flying Lotusa, gdzie wystąpił Thom Yorke – teoretycznie gwiazda, ale tam jest tylko dodatkiem, ponieważ Fly Lo ma bardzo charakterystyczny styl i sam świetnie prowadzi narrację. Wy też wyrobiliście swój język, który jest bardzo specyficzny i charakterystyczny.

[Marek Karolczyk] Zaproszenie Barbary Wileńskiej to była naturalna droga. Spotkaliśmy się, zaczęliśmy śpiewać, zawiązała się między nami mocna wieź emocjonalna, złapała za lirę korbową i grała.

[Robert Piernikowski] Nie jestem pewien czy mamy swój język muzyczny. W rzeczywistości my go cały czas poszukujemy. Czuję, że cały czas mamy swego rodzaju niepokój, który popycha nas do zmieniania się i szukania swojej drogi. Zaproszeni goście nas z tej drogi nie zwiedli. Myślę, że istotą zaproszenia gościa jest wprowadzenie go do naszego domu, w naszych kapciach. Wszyscy poczuli się u nas dobrze – nawet postaci z odległych światów jak Sibitt z Japoni czy Dalek z USA.

[Marek Karolczyk] Stąd pochodzi mnóstwo pięknej muzyki, wystarczy podać ją we współczesny sposób. I Basia i DVA się do tego dopasowali. Zastanawiam się jak przypasować Daleka, ale to wyniknęło spontanicznie, nasz manager nam to zaproponował.

Razem z nim na festiwalu Unsound zagracie koncert. Co to będzie?

[Marek Karolczyk] Odpowiadając na to pytanie nie wiem co to będzie, dowiem się pewnie po występie. Przygotowujemy się intensywnie. Ten festiwal jest wyjątkowy, otwarty więc pojedziemy po bandzie.

[Robert Piernikowski] Na Unsound przygotowujemy wspólny set Napszyklat oraz IconAclass czyli Dalek + Dj Motiv. Spotykamy się przed festiwalem w Krakowie i montujemy tam całkowicie nowy materiał specjalnie na Unsound.

Ten wątek scen muzycznych jest szalenie ciekawy. Znamy w Polsce niemiecką scenę muzyczną czy austriacką scenę eksperymentalną, a potem Francję, Hiszpanię czy Wielką Brytanię. A myśląc o Słowacji czy Czechach o wiele ciężej cokolwiek wymienić. Ciężko też cokolwiek znaleźć.

[Robert Piernikowski] Znasz portal Easterndaze.com? Założyło go dwóch Słowaków, którzy jeżdżą po wszystkich krajach środkowo- i wschodnioeuropejskich, wyszukują alternatywną muzykę i przedstawiają ją na tym blogu, dostali na to dofinansowanie. Bardzo rzetelnie prezentują kulturę każdego kraju – sami robią research, spotykają się z ludźmi, przeprowadzają wywiady i zamieszczają na blogu.

Jakiś czas temu ukazała się ich składanka wydana nakładem Audiotong.

[Marek Karolczyk] Tak, wydają płyty, robią też imprezy w różnych krajach. Niedawno wydali czeską składankę, na której też wylądowaliśmy. Jest sporo ciekawych zespołów z Czech.

[Robert Piernikowski] Ta świadomość wspólnoty środkowoeuropejskiej uwypukla się nie w Polsce tylko właśnie w Czechach i na Słowacji. Oni przejawiają inicjatywę mocno stowarzyszeniową – trzeba współpracować – i nam bliżej jest nawiązać współpracę po sąsiedzku niż szukać kontaktów z Europą Zachodnią. Fajnie jeśli te współprace wynikają naturalnie.

Przejdźmy to warstwy lirycznej. Poprzednio poruszaliście się po dosyć abstrakcyjnych obszarach, wręcz surrealistycznych. Teraz obrazy, które tworzą się w Waszych tekstach są wyraziste, namacalne, skonkretyzowane.

[Robert Piernikowski] To bardziej wynika z większej medytacji nad tą płytą. Teksty krystalizowały się już w momencie kiedy pracowaliśmy nad muzyką. Kiedy słyszę powstające motywy już czuję, o czym mogę napisać. Długo zastanawialiśmy się nad koncepcją. Chcieliśmy osadzić ją w naszym kontekście, w tym co widzimy dookoła, w tym co doświadczamy na co dzień. Doszliśmy do wniosku, że przemawiają do nas płyty, które dają obraz jakiegoś świata i przekazują klimat miejsca. Wydaje mi się, że też dlatego są one bardziej konkretne. Poprzednie płyty powstawały szybciej, nie były tak bardzo przemyślane. Tutaj pierwszy raz staliśmy się zamyśleni i refleksyjni (śmiech).

Wiele waszych tekstów sprawia wrażenie takich „z braku laku”, ale słychać, że są świetnie dopracowane.

[Robert Piernikowski] Nie ma sytuacji, w których pracujemy nad czymś kilka godzin, wszystkie pomysły wpadają do głowy w różnych momentach. Ale w studiu pracujemy już szybko.

[Marek Karolczyk] Wspólna praca jest efektem wielomiesięcznych przygotowań i potem sam moment kiedy zbieramy wszystko do kupy trwa szybko. Cztery miesiące zbieraliśmy cały materiał, który wcześniej powstawał dwa lata.

[Robert Piernikowski] Na płycie są fragmenty i utwory, które powstały totalnie na szybko i były takimi strzałami, ale są też inne, nad którymi ślęczeliśmy i wielokrotnie je poprawialiśmy. Mamy dwie techniki – totalna mrówcza praca i zbieranie wszystkiego, a druga to chwycenie czegoś w ostatniej chwili produkcji i podjęcie drastycznych, radykalnych ruchów. Wyrzucenie czegoś, zmienienie, odwrócenie. Teoretycznie więc nie tworzymy nic naprędce ale np. „Widok” powstał na dwie godziny przed nagraniem.

A co z Waszym spojrzeniem? Ironizujecie? Wyśmiewacie się z wizerunku raperów, łańcuchów, wystawiania łokietków przez okno, czy facebookowego „lubie to”.

[Robert Piernikowski] Bo jesteśmy ironiczni względem siebie. Przeżyć jeden dzień w naszym gronie bez prztyczek to niemożliwe. Może stąd bierze się nasze spojrzenie? Chociaż nie sądzę, żebyśmy się z czegoś nabijali. Wydaje mi się, że wiernie obrazujemy to, co widzimy jak w utworze „Tu” gdzie przytaczam scenki z jakiejkolwiek głównej ulicy jakiegokolwiek dużego miasta, gdzie widać miksturę banerów, menelstwa, taniości i rozwalającego się chaosu. Plus stereotyp rapera – to element jarmarczności naszej kultury, kiedy ten amerykański wzorzec przeszczepiliśmy na polski grunt i wyszło z tego serbskie bandziorstwo (śmiech). Jesteśmy krytyczni, ale nie wyobrażamy sobie życia gdzie indziej, akceptujemy to. Kochasz i nienawidzisz, totalna sprzeczność

[Marek Karolczyk] Kiedy nazwiesz to po imieniu zaczniesz to akceptować.

[Robert Piernikowski] Bo mózg podobno nie zna „nie” (śmiech). Ironia jest elementem naszego języka. Jak patrzę na różnice między Polakami czy Czechami to widać, że oni nie mają takiego sarkazmu jak my.

A jakbyście się odnaleźli między tymi kliszami raperów – z jednej strony polskiego, rapującego pod trzepakiem, a z drugiej Snoopa Dooga z masą dziewczyn, z łańcuchami, w futrze i świetnym samochodzie?

[Robert Piernikowski] Hm, ja bardzo lubię nasz obraz – który nawet nie jest imaginacją – jak jedziemy w trasę i śmigamy pustkowiami po Czechach i Słowacji. Jawi mi się jako tabór cygański, uwielbiam coś takiego. Jesteśmy bandą która zatrzymuje się gdziekolwiek i gra.

[Marek Karolczyk] Terminatorzy ubrani w ciuchy z Lidla.

[Robert Piernikowski] Tylko tak naprawdę zmagamy się ze stereotypem muzyki hiphopowej. Nie zasmucę się kiedy cały hip hop walczący o przetrwanie, umarłby śmiercią naturalną. Muzyka jest dla mnie na tyle żywa, że jakiś gatunek, który na chwilę się pojawił i zdziadział opanowany przez showbiznes i formalistów – którzy określają że są pewne elementy, które decydują o tym, że mówimy o hiphopie lub nie – może przejść zaraz do lamusa. Ten gatunek w określonej formie odnajdzie się w historii, a my wierzymy że wpisujemy się bardziej w przyszłość niż przeszłość. Chcemy żeby hip hop był bardziej żywy i ruszył się z miejsca. A jeśli się nie ruszy to nie będziemy się cofać i prowadzić za rękę.

Macie poczucie, że Wasz muzyczny język się wykrystalizował?

[Robert Piernikowski] Chyba cały czas nie. Nie weszliśmy w etap, w którym robimy to co sobie wyobrażamy. Cały proces produkcji przebiega tak, że nie do końca wychodzi nam to czego oczekujemy. Nie wydaje mi się, żebym był osobą, która w pewnym momencie stwierdzi, że ma swój styl. Zmienność jest nasza stałą cechą.

[Marek Karolczyk] Naszym stylem!

[Robert Piernikowski] Jak patrzę na nasze płyty to obserwuję totalną zmianę z krążka na krążek. Ale to nie bierze się z wykalkulowania tylko z tego że coraz wierniej potrafimy oddać to co sobie wyobrażamy o muzyce.

[Marek Karolczyk] To chyba klucz. Często jest tak, że mamy pomysł, który jest fajny, ale po drodze rodzi się coś innego i jesteśmy w zupełnie innym punkcie.

[Robert Piernikowski] Mamy totalnie różne podejście do muzyki – może wydawać się, że podobnie ją rozumiemy, ale chyba każdy z nas postrzega ją diametralnie inaczej. Za każdym razem kiedy ktoś wychodzi z pomysłem to przechodzi on przez cieżką drogę.

[Marek Karolczyk] Demokracja nie wpływa na jakość.

[Robert Piernikowski] Nie sprawdza się w zespołach (śmiech)

Zazwyczaj muzycy mówią zupełnie inaczej (śmiech).

[Marek Karolczyk] Dokładnie. Ale inaczej jest to w przypadku klasycznych zespołów, gdzie jest perkusja, gitara, bas. Tam można sprzeczać się co do aranżu, delikatnego brzmienia, ale kiedy robisz field recording, używasz wirtualnych instrumentów, procesorów, filtrów, rzeczy, które nagle wszystko odwracają do góry nogami, to fajnie jeśli ktoś wie jak to ma wyglądać i idzie w jednym kierunku.

[Robert Piernikowski] Często demokracja w zespołach rodzi przeciętność – wszyscy idą na kompromis. Z drugiej strony zespołowa praca przyciąga.

[Marek Karolczyk] Muzycy zazwyczaj idą na kompromis, a potem przetrawi to jeszcze producent. My kładziemy nacisk na brzmienie i wszystkie rzeczy, które się tam pojawiają

[Robert Piernikowski] W całym procesie produkcji czuję się...

[Marek Karolczyk] Jak dozorca?

[Robert Piernikowski] Jak dozorca, który ma bronić swojego punktu widzenia w konfrontacji z realizatorami dźwięku. Jesteśmy dozorcami, którzy muszą dbać o brzmienie. W Polsce nie ma świadomości brzmienia, trzeba bronić każdego szumu, bo zaraz go wytną.

[Marek Karolczyk] Interesują nas skrzypienia, czasem błędy brzmieniowe. Wielokrotnie ludziom na koncertach wydaje się że to błąd akustyka, ale tak wcale nie jest. Mamy swojego akustyka i on zawsze czuwa nad tym jak powinniśmy brzmieć. Lubimy szumy. Dlatego można powiedzieć, że jesteśmy szumowinami (śmiech).

[Jakub Knera]