polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Lee Ranaldo Between the Times and Tides

Lee Ranaldo
Between the Times and Tides

Jako song-writer i wokalista Lee Ranaldo od początku Sonic Youth pełnił rolę bardziej poetyckiego kontrapunktu dla ostrzejszych i/lub bardziej abstrakcyjnych piosenek Thurstona Moore i Kim Gordon. Choć jego numery pojawiały się dużo rzadziej niż tamtej dwójki, nie sposób sprowadzić go do roli gitarzysty zespołu – bez Hey Joni, Wish Fulfillment czy Rats odpowiednio „Daydream Nation”, „Dirty” i „Rather Ripped” byłyby innymi płytami. Jednak w mrowiu nagrań Ranaldo poza SY dotychczas nie pojawiała się płyta z piosenkami.

Na „Between the Times and Tides” słyszymy muzykę leżącą po drugiej stronie Sonic Youth niż ta na wcześniejszych eksperymentalnych albumach – jednoznacznie rockową, lżejszą, bardziej czytelną. Także ten skład oparty jest o gitarowy dialog, tym razem głównie z Nelsem Cline, a obecność Steve Shelley na perkusji i Johna Agnello w roli producenta rozkładającego dysonanse wokół klarownych czystości nie pozwala zapomnieć o SY. Same piosenki nawiązują do nich jednak sporadycznie, poza Xtina as I Knew Her czy Shouts nie ma tu klasycznie sonikowych numerów, choć ballady takie jak Hammer Blows czy Stranded pozwalają lepiej zrozumieć kształt utworów Ranaldo na ostatnich dwóch-trzech płytach SY. Ale Ranaldo nawet częściej puszcza oko do indie-rocka w stylu Pavement albo klasycznych amerykańskich form spod znaku Springsteena. W Fire Island (Phases), z wyraźnymi klawiszami Johna Medeskiego, Ranaldo wraca do pomysłów wypracowanych przy okazji kowerowania Boba Dylana na ścieżkę do „I’m Not There”, gdzie grał właśnie m.in. z Medeskim, Cline i Shelley jak The Million Dollar Bashers. Intro wręcz zapożycza z All Along the Watchtower, które okazuje się jednak nieco na siłę przypięte do słonecznego wnętrza utworu. W Angels pobrzmiewa hippisowska nutka, a zamykające album Tomorrow Never Comes Ranaldo przekomarza się z Beatlesami.

Jednak mimo tej różnorodności, to kompozycje są słabością „Between the Times and Tides”, sam zespół nawiguje przez nie frapująco i wyciska tyle, ile chyba się da. Ranaldo nagrał przyjemną, niezłą gitarową płytę pełną luzu, ale szkoda, że debiutując zestawem własnych piosenek nie ustrzegł się banału i płycizn.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Lee Ranaldo & The Dust , Glacial, Eight Trails, One Path w popupmusic