polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Lee Ranaldo & The Dust  Last Night on Earth

Lee Ranaldo & The Dust
Last Night on Earth

Choć Lee Ranaldo na swoim drugim piosenkowym albumie post Sonic Youth niezłomnie i bezkrytycznie stara się zarazić nadzieją i afirmacją życia, to obcowanie z Last Night on Earth jest bardzo smutnym doświadczeniem, zwłaszcza jeśli się tego muzyka ceni. W SY Ranaldo był wokalistą incydentalnym, dawniej wnoszącym element beatnikowski, choć na ostatnich płytach to się zmieniło na rzecz swoistych protest songów, vide „Rats” z Rather Ripped. Wątek banalnych piosenek z „przesłaniem” Ranaldo rozwinął teraz do granicy kompromitacji. Płyta pokazuje muzyka, który w wieku 57 lat z naiwnością dwudziestolatka podchodzi do kwestii społecznych i międzyludzkich, swoją fascynację ruchem Occupy i przemyślenia wywołane ubiegłorocznym huraganem Sandy przekładając na teksty z głębią bliską Paulo Coelho. Kompozycyjnie to płyta bardzo czytelna, melodycznie banalna, zwłaszcza, że ekspresja wokalna Ranaldo ma w sobie nieznośną naiwność podstarzałego hippisa (którym Ranaldo za młodu bynajmniej nie był), który żyjąc w zachodnim dobrobycie pochyla się nad losem sierotek i ubogich przede wszystkim popierając tzw. sprawiedliwy handel, a o miłości mówi jak nastolatek. Piosenki są długie, mają średnio po siedem minut i często rażą dłużyznami – choć Ranaldo zgromadził niezły backing-band (Steve Shelley, Alan Licht, Tim Lüntzel), to postawił go tak z tyłu, że szczególnie ciekawej interakcji tu nie ma, są grzecznie zagrane tła dla miękkich gitarowych popisów lidera. Na koncercie, który widziałem pod koniec listopada na ATP, co prawda brzmieniowo wyglądało to lepiej, ale wykonawczo niestety nie.

Pete Nolan z Magik Markers, zapytany przez Marka Sawickiego o rozpad Sonic Youth, odpowiada: „kill your idols”. Ma rację, to lepsze rozwiązanie niż oglądanie idoli kompromitujących się, bo jak inaczej nazwać fakt, że Ranaldo staje się Bruce’m Springsteenem indie rocka?

[Piotr Lewandowski]