polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Deerhoof John Dieterich - wywiad

Deerhoof
John Dieterich - wywiad

Album „Deerhoof vs. Evil” nie tylko miał nietypową promocję w postaci stopniowego streamingu kolejnych utworów przez portale z różnych stron świata, do których mieliśmy przyjemność należeć. To również najbardziej zróżnicowana brzmieniowo płyta Deerhoof. Amerykański kwartet ma po jej wydaniu bardzo ciekawy sezon koncertowy – obok własnych koncertów uczestniczy w projekcie Congotronics vs. Rockers, zagrał też całą płytę „Milkman” na specjalnym koncercie ATP w serii Don’t Look Back. Po tym wszystkim zobaczymy Deerhoof na Off Festivalu. A na razie zapraszamy do lektury wywiadu, którego udzielił nam gitarzysta grupy John Dieterich.

W grudniu na festiwalu ATP zaskoczyło mnie, że graliście z Edem na dwunastostrunowych gitarach elektrycznych.

Tak, ale już na nich nie gramy. Kiedy nagrywaliśmy „Deerhoof vs. Evil”, próbowaliśmy bardzo różnych pomysłów na osiąganie dźwięku i brzmienia. Gdy pojawiła się możliwość zagrania na dwunastostrunowej gitarze, spodobało nam się to i od razu uznaliśmy, że byłoby fajnie mieć takie dwie. Kilka piosenek na tym albumie nagraliśmy na tych gitarach, choć nie zawsze jest to oczywiste. Pomyśleliśmy, ze spróbujemy tego w trasie, chociaż obawialiśmy się, że to nie wyjdzie, bo strojenie dwunastostrunowej gitary wymaga o wiele więcej czasu i wysiłku. Okazało się to jednak nie być aż takim problemem. Po amerykańskiej trasie przestaliśmy ich używać z tego samego powodu, dla którego zaczęliśmy – chcieliśmy spróbować innych rzeczy. Ed aktualnie używa zestawu z gitarą podpiętą do konwertera midi, przez co wszystko co gra jest podwojone dźwiękami z syntezatora. Nie dałoby sie tego zrobić na dwunastostrunowej gitarze, bo zestrojenie jednego z drugim byłoby koszmarne. A ja po prostu chciałem się przesiąść z powrotem, po prostu nie uzyskiwałem oczekiwanego brzmienia.

Dwunastostrunowa gitara kojarzy mi się albo z muzyką stonowaną, wyrafinowaną, albo z technicznymi popisami. To było dość surrealistyczne wrażenie, zobaczyć ten instrument wykorzystywany przez Was z taką energią.

Jest to jedna z tych rzeczy, które nam się w tym pomyśle podobały. Taka gitara może brzmieć bardzo ładnie i nadawać muzyce charakterystycznego lśnienia. Ale wszystko zależy od tego, jak ją używasz. My przeważnie graliśmy na nim jak na zwykłej gitarze. A jeśli grasz mocne akordy na dwunastostrunowej, to uzyskujesz efekt tego lśnienia, ale nadal brzmisz jak zespół rockowy.

„Deerhoof vs. Evil” to moim zdaniem najbardziej wewnętrznie zróżnicowana rzecz, jaką nagraliście. Wcześniej poszczególne płyty różniły się od siebie, ale wewnątrz były w miarę spójne. Potrafisz wskazać wspólny mianownik dla utworów na nowej płycie?

Podejrzewam, że Tobie lepiej by się to udało niż mi. Wydaje mi się, że nie mieliśmy sprecyzowanej wizji co do tego, jak chcemy brzmieć. Mieliśmy masę pomysłów na piosenki, a także pomysłów na sposoby uzyskiwania brzmienia, dźwięków. Wiedzieliśmy, że pewnych rzeczy chcemy uniknąć, w zakresie aranżacji i tego typu kwestii mieliśmy masę wstępnych, mglistych pomysłów. Nie było to zbyt sprecyzowane, więc tak jakby odkryliśmy brzmienie albumu w trakcie jego nagrywania. Dużo eksperymentowaliśmy na tym polu, ale nie wiedzieliśmy z góry jaki będzie końcowy efekt. Oczywiście również proces nagrywania był ważny. Mieliśmy własną przestrzeń, zajmowaliśmy się nagrywaniem codziennie przez miesiąc i to pozwoliło nam na eksperymenty. Próbowaliśmy rzeczy, których nie zrobiłbyś w studio nagraniowym, gdzie na przykład raczej nie poświęciłbyś kilku godzin na przykładanie mikrofonu kontaktowego do werbla, puszczanie sygnału przez wzmacniacz gitarowy dla uzyskania sprzężenia, a potem dogrywanie czegoś na automacie perkusyjnym podłączonym do tego samego wzmacniacza. Tak powstało intro do Must Fight Current. Nie wiedzieliśmy jak wykorzystamy takie rzeczy, ale chcieliśmy podążać za swoimi przeczuciami i zachować ten improwizowany charakter nagrania.

Czy chcieliście wydobyć z brzmienia instrumentów te aspekty, które są przeważnie ignorowane, bo nie pasują do większości popularnych strategii?

Tak, po części. Dla mnie jest to zawsze interesujące. Na przykład brzmienie elektrycznej gitary jest z gruntu rzeczy arbitralne, jest zawsze wynikiem poszczególnych sposobów myślenia o tym instrumencie i jego historii, języka, jaki zbudowano wokół jego brzmienia. A to jest arbitralne. Nawet jeśli ten instrument pozwala na uzyskanie olbrzymiego spektrum brzmień, to ktoś zdecydował, jakie brzmienie jest dla tego instrumentu pożądane. Dla mnie, jako muzyka improwizującego, ciekawe jest jednak znalezienie brzmienia, które jest odrzucone, niepożądane i próba zrobienia z nim czegoś. Na tym festiwalu ATP, o którym wspomniałeś, olbrzymie wrażenie zrobił na mnie John Butcher, który całą swoją metodę gry na saksofonie oparł na odpadach, peryferyjnych rzeczach, które powstają podczas gry na instrumencie. Wydaje mi się to bardzo interesujące i twórcze.

Z jednej jest John Butcher – tylko on i saksofon, żadnej wspomagającej technologii. Z drugiej Ed z gitarą podpiętą do syntezatora przez konwerter midi. Co bardziej pociąga Deerhoof – poszukiwanie technologii wspierających Wasze brzmienie czy przekraczanie granic instrumentu?

Myślę, że jedno i drugie. Osobiście, gdybym miał wybrać jedno, to na dłuższą metę wybrałbym metodę Johna. Jest dla mnie bardzo inspirująca. Jednocześnie, dla zespołu jeżdżącego w trasy jak my pewne rzeczy są nieosiągalne bez technologicznych dodatków. Na przykład John Butcher zwykle gra solo, a nie w rockowym zespole. Więc jego podejście nie zadziałałoby w pewnych okolicznościach. Niektóre aspekty owszem, ale nie wszystkie. Więc niezależnie od naszych filozoficznych wartości, musimy dopasować się do realiów zespołu grającego piosenki, czasami z resztą dość głośno. Ale z czysto instrumentalnego punktu widzenia, gdybym był solistą, bardzo podobałaby mi się idea osoby negocjującej z możliwościami instrumentu. Myślę, że to piękne. Rok temu byliśmy kuratorami festiwalu w Kortrijk w Belgii, zaprosiliśmy grupę L’ocelle Mare. To zespół francuskiego muzyka Thomasa Bonvalet. Thomas kiedyś grał w Cheval de Frise, duet na gitarę i perkusję. Teraz ma solowy projekt. Jego muzyka jest zupełnie inna niż Johna Butchera, ale coś ich moim zdaniem łączy. Chodzi po prostu o to, że jako instrumentalista jest on wirtuozem, ale rozebrał swój muzyczny język do ekstremalnego sedna… Jest precyzyjny, nie ma tam żadnych przecieków. Piosenki opierają się niemalże na czystych gestach, ich harmonia jest… jakby to powiedzieć – on na pewno myśli o swojej muzyce, ale pozbywa się wielu pomysłów, na które wpadają ludzie komponujący muzykę. To niesamowicie piękna muzyka. Jego występ był dla mnie jednym z najbardziej inspirujących koncertów od lat.

Rozmawiamy głównie o muzyce improwizowanej. Ale Deerhoof wciąż funkcjonuje w obrębie struktur piosenek popowych, może z wyjątkiem długiego finału „Friend Opportunity”. Czy nie korci Was by je porzucić?

Przede wszystkim, eksperymentujemy z innymi formami. Jakiś czas temu pewien przyjaciel udostępnił nam swoje studio, gdzie nagraliśmy dwie, czy trzy godziny improwizacji, zanim nagraliśmy album. I bardzo lubię sporo z tych nagrań. Ale zasadniczo staramy się myśleć tak samo o wszystkich rzeczach, które robimy. Ujmę to tak. Za niesamowitą u Johna Butchera czy Thomasa Bonvalet uważam niezwykłą zwięzłość używanych środków. Oni często grają trzy czy czterominutowe struktury, jest w nich porządek, kulminacja, logika. Nie wiem, czy można to nazwa popową strukturą, ale dla mnie jest to tak samo satysfakcjonujące jak piosenki popowe. Szukam w nich tego samego, co w muzyce popowej.

Dopóki gramy, mamy szerokie zainteresowania, słuchamy bardzo różnorodnej muzyki. Jedną z rzeczy, które interesują mnie w graniu w zespole są właśnie napięcia pomiędzy wieloma różnymi dążeniami. Na przykład pomiędzy pragnieniem nowych form, a trzymaniem się tradycyjnych popowych schematów. Na koncercie również trzeba skonfrontować ze sobą wiele sprzeczności. Formy, w jakich gramy istnieją od dawna, ale chcemy by nasza muzyka brzmiała świeżo i spontanicznie. Dla nas jest to zupełnie niezbędne, inaczej muzyka byłaby bezwartościowa zarówno dla nas, jak i dla słuchaczy. Można powiedzieć, że gdy pracujemy nad muzyką, to chcemy mieć wszystko na raz, być wszystkim jednocześnie, jeśli to możliwe. Wychodzi raz lepiej, raz gorzej, ale cokolwiek nam się udaje, jest rezultatem takiego nastawienia.

Wasza piosenka promowała płytę Tradi-Mods vs. Rockers z reinterpretacjami utworów z serii Congotronics. Jako jedni z nielicznych przerobiliście motyw z Konono no. 1 na własną piosenkę, z dopisanym tekstem. Jakim doświadczeniem była praca z tą muzyką?

Opracowując naszą wersję tamtej piosenki uczyliśmy się ich muzyki i dopasowywaliśmy ich rytmikę do swoich umiejętności i możliwości, tworząc wersję, którą możemy zagrać jako kwartet. W oryginalnym nagraniu grało chyba ze dwanaście osób. Spędziliśmy nad tym sporo czasu. Nie chcieliśmy brzmieć tak samo jak Konono, ale staraliśmy się stworzyć te same relacje dźwięków. Ostateczne brzmienie, jakie osiągnęliśmy, nawiązuje głownie do brzmienia likemb Konono. Dzięki wzmocnieniu ich elektrycznie, w muzyce Konono o wiele bardziej czuje się „mięso” instrumentu. Podobny efekt chcieliśmy uzyskać za pomocą gitary elektrycznej, wtedy też użyliśmy dwunastostrunowych gitar, czego w ogóle nie słychać. I może to była jedna z inspiracji dla nowej płyty. Tak w ogóle, to potem okazało się, że zupełnie źle zinterpretowaliśmy rytm tego utworu. Nie tyle nawet, że w naszej wersji czuje się go inaczej, po prostu źle go usłyszeliśmy. To jest z jednej strony fajne, bo nasz utwór się trzyma kupy, ale z drugiej strony bardzo dezorientujące – jesteś przekonany, że zrozumiałeś tę muzykę, a potem się okazuje, że się mylisz, tak kompletnie.

Teraz gracie z nimi wspólną trasę. Jak wygląda ta trasa, jak się do niej przygotowaliście?

Najpierw wysyłaliśmy sobie nawzajem pomysły na muzykę. I te pomysły tak krążyły między Kongo, nami, Juaną Molina w Argentynie, Wildbirds & Peacedrums w Szwecji, Mattem ze Skeletons, całej masy ludzi. Potem w maju mieliśmy próby, ustaliliśmy jak będą wyglądały koncerty. Generalnie raczej gramy razem, ale nie wszyscy razem przez cały czas. Staramy się jak najbardziej się mieszać i interpretować nawzajem, taki zresztą jest cel tego projektu. Ale zobaczymy. To bardzo ekscytujące i fajne doświadczenie. Prawdziwym wyzwaniem jest rozpracowywanie tych rytmicznych pomysłów, szczególnie w muzyce Kasai Allstars. Trzeba znaleźć pewien klucz do ich podejścia do rytmu, na początek wiedzieć, gdzie się on zaczyna. Jedną piosenkę usłyszysz jak należy, ale następną już słyszysz jakby była na pół taktu. Trzeba trochę wysilić mózg, ale to jest super. Ale też potrafi zdezorientować. Kiedy myślisz, że słyszysz jakąś linię i nagle pojawia się zupełnie obcy element, kompletnie się gubisz.

Czy próbowaliście wykonać razem utwór, który znalazł się na Tradi-Mods vs. Rockers? To chyba nie łatwe skoro tak bardzo go przerobiliście, a pomysły rytmiczne Kasai Allstars do najprostszych nie należą?

Dokładnie! Na początku się do tego przymierzaliśmy, ale jednak okazało się, że nasz utwór ma zupełnie odmienny rytm od oryginału i nie da się połączyć naszej gry. Na próbach całego zespołu nic sensownego z tego nie wychodziło. Na koncertach gramy za to wspólnie utwór Deerhoof Super Duper Rescue Heads, ale w odmienionej, skongotronizowanej wersji.

Od pierwszego wydawnictwa serii Congotronics oszałamia mnie brzmienie tych zespołów i to, że bez obejrzenia dvd lub przeczytania czegoś o nich nie byłem w stanie stwierdzić, skąd ta muzyka się bierze. Ciebie co w niej najbardziej pociąga?

Gdy ich pierwszy raz usłyszałem Konono też miałem wrażenie oszałamiającego zmysłowego doświadczenia i rzeczywiście, ciężko sobie wyobrazić, jak to było zrobione. To samo mogę powiedzieć o Kasai. I myślę, że gdybyś zapytał mnie raczej, z czym jestem związany, co jest dla mnie istotne, to w muzyce Konono jest pewien powierzchowny, nieco fetyszyzujący aspekt, który ma związek ze zniekształconym, przesterowanym brzmieniem. Ciężko nie poczuć z tym więzi, jeśli wychowywałeś się na dźwiękach przesterowanych gitar. Słyszysz ten aspekt ich brzmienia i natychmiast kojarzysz. Ale z drugiej strony, jest on przefiltrowany przez całą muzyczną tradycję, której nie znasz. Jest w tym coś wyjątkowego. To pewnie jest odpowiedź. Usłyszenie czegoś, co jest ci niby znane, niemal bliskie, ale jedyną taką rzeczą jest ten abstrakcyjny element, czyli przesterowanie instrumentu, a cała reszta jest zupełnie obca. Poza kwestią brzmienia, osobiście czuję bardzo głęboki związek z rytmiką tej muzyki, chociaż jej struktura jest tak ozdobna i skomplikowana, że czasem ciężko się w tym połapać.

Rozmawialiśmy o tym już wysyłając sobie muzykę i wymieniając się pomysłami, choć granie w tym składzie jest oczywiście inną koncepcją niż Konono i Kasai jako takie, ale ja to bardzo mocno czuję. Dlatego jest to dla mnie od początku tak bardzo ekscytujące – mieć możliwość tego typu interakcji, niezależnie od tego, czy się zrozumiemy, czy nie. Staraliśmy się na przykład rozwikłać ich rytmy. Okazywało się, że dobrze słyszę, gdzie jest „jeden”, ale już przy „trzy” myliłem się o połowę rytmu… To jest jak wejście w nowy muzyczny świat, z umysłem przywykłym do innego. Ale najważniejsze, że wzajemnie doceniamy swoje muzyczne światy. Jest to dla mnie bardzo poruszające. Również wiele elementów tej muzyki jest bardzo zaawansowanych, jak na przykład partie wokalne. To, jak są zaśpiewane, jest dla mnie niemal niemożliwe do zrozumienia. To jest niesamowite, ale znów raczej je czuję niż rozumiem.

Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]