polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Something Like Elvis Sławek Szudrowicz - wywiad

Something Like Elvis
Sławek Szudrowicz - wywiad

Reaktywacja Something Like Elvis ucieszyła nas ogromnie. Choć upływ czasu zmienił perspektywę, ich trzy płyty z lat 1997-2002 nadal się bronią. Z jednej strony, ilustrują swoje czasy, ale z drugiej są pełne oryginalności wytrzymującej próbę czasu. Prapremierowy koncert zespołu na Off festiwalu był trochę sztywny, ale już kolejne dwa sierpniowe wypadły rewelacyjnie. Przed nami jesienna trasa SLE, a co dalej – zobaczymy. Rozmawiamy z gitarzystą zespołu Sławkiem Szudrowiczem.

Na początek pytanie banalne i nurtujące wielu Waszych słuchaczy od momentu ogłoszenia SLE koncertu na Off. Dlaczego zdecydowaliście się na reaktywację?

Dlatego, ponieważ to jest dobry zespół [śmiech]. Około roku temu Kuba Kapsa niezobowiązująco zaproponował mi reaktywowanie zespołu. Wszyscy skontaktowaliśmy się wówczas i zorganizowaliśmy kilka pierwszych prób, jednak ze względu na wielość naszych indywidualnych działań nie były to jeszcze spotkania częste. Dopiero propozycja ze strony festiwalu Off nadała dynamiczny bieg tej sytuacji. Wiem, brzmi to prozaicznie, ale tak było i nie ma co ukrywać, że konkretna propozycja festiwalowa stała się główną motywacją do zrealizowania tego pomysłu. Pierwszy koncert na festiwalu, czyli symboliczny powrót, mamy już za sobą i czuję, że jeszcze chwilę potrwa, zanim wszystko będzie chodziło jak należy. To nawet nie jest kwestia wyćwiczenia, a jedynie większej liczby występów i żywego kontaktu z publicznością. Po latach przerwy musimy zagrać choć kilka pierwszych koncertów z tym materiałem, aby ujawnił się właściwy duch tej muzyki. Poza tym przez ostatni rok ja osobiście nie grałem regularnych koncertów ze swoim zespołem, czyli z Potty Umbrella. Po ostatniej dużej trasie, gdzie przez pięć tygodni wraz zagraliśmy 25 wspaniałych koncertów na terenie niemalże całej Kanady u boku NoMeansNo, zajmowałem się głównie komponowaniem i realizowaniem muzyki w teatrze, oraz różnym innymi projektami. Fajnie było więc powrócić teraz na scenę z Elvisami, choć nie ukrywam, że osobiście odczuwałem dziś nieco tremę. Myślę nawet, że było to wyczuwalne dla publiczności. Konkludując, fajnie nam się grało, jesteśmy zadowoleni i to dopiero początek.

Jaki był klucz wyboru materiału, który teraz gracie?

Klucz był prosty – wybraliśmy te utwory, które po tylu latach najbardziej nam się spodobały. W trakcie prób przećwiczyliśmy prawie wszystkie kawałki jakie nagraliśmy, ostatecznie stanęło na dwóch utworach z pierwszej, pięciu z drugiej i kilku z ostatniej płyty. Początkowo wydawało nam się nawet, że nie jest tej muzyki aż tak dużo – raptem trzy płyty, około trzydziestu piosenek. Chcieliśmy przypomnieć sobie wszystkie, żeby potem swobodnie wybrać koncertowy set. W trakcie pracy okazało się jednak, że mamy tak naprawdę niewiele czasu. Znowu dały o sobie znać indywidualne, zaplanowane prace. Ostatni tydzień przed Offem dla mnie osobiście był istnym domem wariatów. Udało nam się jednak przygotować wszystkie utwory, które chcieliśmy. Wprowadziliśmy do nich też kilka nowych aranżacji. Chciałbym też nadmienić, że cały ten okres przygotowań do Off, to nie był jeszcze czas na komponowanie nowego materiału. To akurat wynika z tego, że wspólne tworzenie muzyki jest swoistym aktem intymnym. My na dobrą sprawę, po ponad siedmiu latach przerwy we współpracy, poznajemy się teraz na nowo i w sposób naturalny musi upłynąć trochę czasu zanim zaczniemy razem tworzyć nową muzykę. W tym wypadku na szybko nic wartościowego się nie zrobi.

Skoro przerobiliście cały materiał, to co Ci się w każdej z Waszych płyt podoba, a co byś w nich zmienił?

Oj, to dość trudne pytanie, a odpowiedź na nie mogła by być bardzo długą wypowiedzią [śmiech]. Często myśląc o tych płytach wspominam okoliczności ich powstawania, głównie sesje nagraniowe. Od tego jaki klimat panował podczas tych nagrań zależy trochę jak postrzegam każdą z nich. Nawet więcej, nie chodzi tylko o moje subiektywne odczucia, ale o fakt, że nastrój towarzyszący powstawaniu każdej z tych płyt miał istotny wpływ na wartość muzyki na nich zawartej. Pierwsza płyta powstawała w bardzo spontaniczny sposób. Nagraliśmy ją własnym sumptem w tydzień, za kwotę 700zł. Biorąc pod uwagę warunki sprzętowe, udało nam się zrealizować ten materiał rewelacyjne pod okiem Sławomira Mizerkiewicza. Było to dla nas wspaniałym darem od losu. Wtedy tak naprawdę miałem okazję przekonać się i uwierzyć, że to co wydobywam ze swojej gitary może być w ogóle muzyką i to co się później okazało – bardzo oryginalną muzyką. Natomiast realizacja drugiej płyty, „Shape”, przebiegała już nieco bardziej ociężale. Wspominając tamten okres widzę, że czuliśmy ciężar oczekiwań ze strony słuchaczy wobec drugiej płyty po tak udanym debiucie. Jakkolwiek staraliśmy się nie poddawać tej presji, to jednak ten klimat nam się trochę udzielił. Dziś wiem, że artysta nie jest od tego, aby spełniać czyjeś oczekiwania, ponieważ jest to nie do wykonania i nie ma to po prostu sensu. Artysta jest od tego aby robić swoje. Trzecia płyta „Cigarette Smoke Phantom” powstawała w sposób bardzo przemyślany w naszej sali prób, którą zaadoptowaliśmy na studio nagraniowe.
Pytasz co bym zmienił w tych płytach. Raczej nigdy o tym nie myślałem, bo i tego już zrobić się nie da. Nie oznacza to jednak, że nie wyciągałem z tych nagrań wniosków. Jeśli naprawdę muszę z siebie wydusić coś w tej kwestii, to chciałbym wykonać lepiej swoje partie i aby dwie ostatnie płyty jeszcze lepiej zabrzmiały.

Te płyty ciągle mi się podobają. Uważam, że to dobra muzyka, która powstała w innym okresie niż obecny, a mimo to nie straciła swojego uroku, a to akurat dla mnie zawsze było istotnym miernikiem wartości dla danej muzyki, kiedy na przestrzeni lat ona się nie starzeje i może cały czas fascynować nowych słuchaczy. Tak jak np. The Doors, coraz to nowe pokolenia oddają się czarowi tego klimatu i raczej nikt nigdy nie będzie się upierał że ich muzyka trąci myszką. Naszą pierwszą płytę „Personal Vertigo” nagraliśmy trzynaście lat temu. Od tamtego czasu świat się zmienił i zmienia się nadal i jestem pewien, że jeżeli ten zespół będzie istniał, to nasza muzyka też zmieni się diametralnie, gdyż po prostu my jako muzycy prezentujemy dziś zupełnie inną świadomość.

Wasze płyty ukazały się na Zachodzie i tam graliście sporo. Można nawet było odnieść wrażenie, że byliście tam bardziej popularni niż w Polsce. Z czego to mogło wynikać?

Takie wrażenie mogło wynikać z tego, że byliśmy jednym z pierwszych zespołów, który wyjeżdżał często i regularnie na koncertowe trasy za granicę. Głównie jeździliśmy po Europie i dwa razy lecieliśmy do Stanów Zjednoczonych. Doszło nawet do tego, że lecieliśmy do Nowego Jorku tego samego dnia kiedy runęły wierze World Trade Center. Mówiono o nas wówczas, że jesteśmy drugim zespołem po Vaderze, który robi karierę za granicą. Myślę, że jest to nieco przesadzone twierdzenie. Vader ma oddanych fanów na świecie w środowisku metalowym, które to potrafi być bardzo zdeterminowane w swoich fascynacjach. Natomiast nasza publiczność nie jest aż tak jednoznacznie określona, tym bardziej, że my sami zawsze uciekaliśmy od szufladek stylistycznych i ideowych. Czy byliśmy bardziej popularni za granicą? Myślę że nie, ale jednak faktycznie poprzez liczne odwiedzanie tych samych krajów tam też zdobyliśmy swoją publiczność.

Gdybyście nie zawiesili działalności po „Cigarette Smoke Phantom”, jak mogłaby wyglądać Wasza kolejna płyta?

Jestem pewien, że byłaby ciekawa i inna od poprzednich. Zresztą na ostatniej naszej płycie słychać, że zespół zaczynał poruszać się w zupełnie nowym wymiarze muzycznym. Po trzeciej płycie Something Like Elvis zakończyło działalność, gdyż w tamtym okresie funkcjonowaliśmy bardzo intensywnie koncertowo i to nas wypaliło. Zmęczenie sprawiało, że łatwiej było o punkty zapalne, a to odebrało motywację do dalszej kreacji tego zespołu. Muzyka jednak, nad którą pracowaliśmy po wydaniu trzeciej płyty zmierzała w nieznane nam dotąd rejony, w których było więcej różnorodności brzmieniowych. Wtedy coraz bardziej zaczynaliśmy otwierać się na nowe rozwiązania muzyczne. Trzeba pamiętać też, w jakim kontekście to się działo. W Polsce scena muzyczna coraz bardziej się rozwijała, otwierając się na brzmienia elektroniczne i różne gatunki. To wszystko było bardzo inspirujące. Na przykład, pamiętam jak bardzo podobała mi się wówczas płyta Falarka, czy później nowy jazz, jak nowatorskie w Polsce było to granie. Trudno mi opisać tę naszą hipotetyczną kontynuację, jednak wiem że nie pozwolilibyśmy sobie na stworzenie i wydanie słabej muzyki.

Czy powstały wtedy jakieś utwory?

Tak, kilka. Były takie, które zostały nagrane podczas realizacji ostatniej płyty, ale w końcu na nią nie weszły i jeszcze dwa, które osobno później nagrywaliśmy w Bydgoszczy. Te również nigdy się nie ukazały. Niektórymi z tych też zajęliśmy się teraz na próbach, ale zdecydowaliśmy się ich nie grać na Offie. Musielibyśmy nad nimi jeszcze trochę popracować, żeby brzmienie było dla nas satysfakcjonujące.

Pierwszy koncert macie za sobą i przed Wami jesienna trasa. Czy planujecie nagranie nowej płyty?

Raczej tak, ale trudno teraz coś zakładać. Jak wszystko dobrze pójdzie, to w przyszłym roku. Do tej pory intensywnie ćwiczyliśmy pod kątem Off i jesiennej trasy. Stary materiał mamy przerobiony i powinniśmy go na chwilę odstawić na bok by nabrać nowej perspektywy, a z drugiej strony musimy się rozegrać koncertowo. Myślę, że już koncerty w Warszawie i Bydgoszczy nam to umożliwią. Mnie samego nachodzą takie myśli, że należy iść za ciosem – zagrać trasę i od razu brać się za nowy album. Ale może się okazać, że naprawdę będziemy potrzebowali dystansu, zanim napiszemy i nagramy nowy materiał. Chyba nikt z nas na chwilę obecną jeszcze nie wie, co się wydarzy, czy będziemy nagrywać, czy poprzestaniemy na tych zaplanowanych obecnie koncertach.

Wiele zespołów z lat 90-tych teraz się reaktywuje i na ich koncerty walą tłumy. Wracasz jeszcze do muzyki tamtego okresu?

Przypomina mi się scena z filmu „Zapaśnik”, w której Mickey Rourke rozmawia z kobietą w knajpie o tym, jak straszna była muzyka w latach 90-tych. „ W latach 80-tych, to była dobra muzyka, wtedy to było życie, muzyka lat 90-tych jest do dupy” – mówią. Każdy okres zapamiętujesz właściwie nie przez pryzmat tego, co się w nim faktycznie działo, ale tego, na jakim etapie było twoje życie i jak chłonny i otwarty byłeś na tego typu doznania. Jak los dowali, to muzyka już nie smakuje tak samo. W sumie ze mną może być podobnie. [śmiech] Tak, wracam do tamtej muzyki, choć ostatnio słucham jej mniej, ale dzięki mojemu doświadczeniu nabieram do niej nowej perspektywy. Zresztą, mi się tamta muzyka podoba nie tylko dlatego, że mam do niej sentyment, ale przede wszystkim dlatego, że tamten okres według mnie przyniósł wiele świeżości w podejściu do muzyki. Rewolucje następowały jedna za drugą. Przecież tak popularna Nirvana była bardzo rewolucyjnym zespołem, wcielając pop do bardzo ostrego grania. To były ciekawe lata, wielki boom młodej muzyki, która się mieszała ze sobą na różne sposoby. W muzyce jak nigdy dotąd narodził się swoisty pluralizm stylistyczny. Wcześniej nie zachodziło to na taką skalę. Z drugiej strony na tle lat 90-tych, to co się działo później, np. dominacja indie-rocka, wydawało mi się często bardzo nudne i mdłe. Choć oczywiście może być też tak, że prezentuję tu właśnie dokładnie taki sam schemat zachowań jak w scenie z wspomnianego filmu [śmiech].

Co zwraca Twoją uwagę, gdy porównujesz polską scenę końca lat 90-tych z obecną?

Na pewno zdumiewa mnie rozwój bardzo różnych stylistyk muzycznych w Polsce. Niesamowicie rozwinął się jazz młodego pokolenia, jest dużo oryginalnej muzyki elektronicznej, niekiedy nowa muzyka popowa jest też bardzo ciekawa. Wszystko to łączy się zapewne z nieograniczoną już chyba dostępnością do muzyki z całego świata, jak i wszelakich instrumentów i urządzeń. To ostatnie wydaje mi się szczególnie wywarło wpływ na rozwój sceny muzycznej w Polsce w ostatnich latach. Jakkolwiek tak prozaiczna sprawa jak dostęp do sprzętu nie może być głównym czynnikiem determinującym rozwój, to jednak w porównaniu z latami gdy ja zaczynałem, czy jeszcze wcześniejszymi, to teraz jest zupełnie inny świat. Podejrzewam, że innym jeszcze czynnikiem rozwoju jest też coraz większe upowszechnianie się edukacji muzycznej w kraju. W każdym razie, polska muzyka staje się naprawdę bogata i na coraz wyższym poziomie wykonawczym. Choć z drugiej strony czasem brakuje mi w niej takiego swoistego sznytu. Absolutnie nie chcę tu nikogo krytykować, jednakże patrząc często na zagraniczne zespoły podczas koncertów od razu można dostrzec wielką determinację wśród tych ludzi. Tak duże przekonanie do tego co się robi udziela się od razu publiczności, tego brakuje mi czasem wśród młodych rodzimych wykonawców.

Więc musicie z Elvisami świecić przykładem. Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Artur Maćkowiak, Ann Noël / Grzegorz Pleszyński / Artur Maćkowiak w popupmusic