polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Echoes of Yul wywiad z Michałem Śliwą i Jarkiem Leśkiewiczem

Echoes of Yul
wywiad z Michałem Śliwą i Jarkiem Leśkiewiczem

Echoes Of Yul to nowa formacja, której debiutancki album ostatnio często gości w moim odtwarzaczu. Więcej o zawartości krążka w recenzji w tym numerze. Poniżej wywiad z muzykami odpowiedzialnymi za stworzenie „Echoes Of Yul” – Michałem Śliwą i Jarkiem Leśkiewiczem.

Jak długo powstawał materiał na debiutancki album „Echoes Of Yul”?

[Michał]: Materiał prawie w całości powstał w 2008 roku poza dwoma utworami, których szkice przeleżały około sześciu lat.

[Jarek]: Jeden z kawałków, którego jestem współautorem, powstał w 2007, a w 2008 po delikatnym przearanżowaniu dołączył do „EOY”. 

Sami dbacie o interesy Echoes Of Yul, sami wydajecie swoją muzykę, czy zatem czujecie się spełnieni artystycznie w 100%, bo o wolność twórczą nie pytam.

[M]: Niespełnienie to przecież siła napędowa muzyki! Myślę, że największą siłą Echoes Of Yul jest świadomość własnej niedoskonałości, pewien dystans do samych siebie. Jeżeli chodzi o interesy EOY to biznesowy aspekt muzyki, pomimo własnej wytwórni, niespecjalnie nas interesuje.

[J]: Chyba jeszcze za wcześnie na „spełnienie” (chociaż 2012 już za rogiem!). Sytuacja, na którą się zdecydowaliśmy, daje nam pełną kontrolę nad realizacją konceptu EOY oraz naszych innych projektów.

Płyta brzmi transowo, a zakres stylistyczny rozciągnięty jest na kilka biegunów. Zahacza o doom, sludge, post rock. Przygniatający nastrój oraz wiele warstw i poziomów to cechy charakterystyczne „EOY”. Jak powstaje taka muzyka? Czy jest to proces długotrwały?

[M]: Świetnie, że dostrzegasz tą wielowątkowość w nagraniach, mniejsza o stylistyczne przegródki. Bardzo zależało mi, aby muzyka poza monolitycznym charakterem, posiadała także drugie i trzecie dno w sensie warstw brzmieniowych, pewnych niuansów. Uważam ten album za taki, któremu trzeba kilkakrotnie dać szansę. Pierwsza płyta powstała spontanicznie i w miarę szybko, jak na nasze standardy. Za to nowa, mam wrażenie, rodzi się w o wiele większym trudzie. Unikanie autoplagiatu i naturalna potrzeba progresji powoduje, że niektóre utwory nagrywamy już rok czasu.

[J]: Obydwaj lubimy tego rodzaju płyty. Monumentalne, wielowarstwowe, konceptowe, pełne niuansów i detali. Płyty, które po kilkunastu latach wciąż zaskakują czymś nowym. W erze mp3, iPodów, szybszego tempa życia, mniejszej zdolności koncentracji i niskobudżetowych produkcji „zrób to sam”, jest to niestety coraz rzadsze zjawisko. Miejmy nadzieję, że dzięki rozwojowi technologii i możliwościom współpracy z innymi muzykami, producentami poprzez sieć, będziemy mogli niedługo zaobserwować poprawę tego stanu rzeczy.

James Plotkin to postać znana w środowisku muzyki niepokornej. Jak udało Wam się do niego dotrzeć? Czy jego mastering rzeczywiście był potrzebny i całość brzmi tak jak to sobie wyobrażaliście?

[M]: On zawodowo świadczy usługi masteringowe i w przypadku tej płyty był najwłaściwszą osobą. Po kilku miesiącach pracy nad płytą potrzebowaliśmy kogoś do końcowej korekcji i ustawienia dynamiki w kontekście całego albumu. Ale mastering to tylko kosmetyka. Nie jesteśmy zespołem, którego muzyka leci w mediach, więc nie potrzebujemy ustawiać tego pod mono i pasmo/głośność tv/radio. Poza tym bardzo zależało mi, żeby płyta miała pewien element nieprofesjonalny, lekko niestudyjny charakter.

[J]: Mam trochę bardziej obiektywne spojrzenie na ten materiał od Michała, ponieważ dołączyłem w dość zaawansowanym momencie tworzenia materiału i stwierdzam, że płyta miała już zdefiniowane brzmienie i charakter. Mastering dodał płycie tylko delikatny szlif i balans.

Oprawa graficzna jest bardzo stonowana. Trzeba przyznać, iż pasuje do dźwięków zawartych na „EOY”. Jest mrocznie, ale i pojawia się ten promień światła, nadziei. Kto jest odpowiedzialny za ten projekt?

[M]: Za projekt odpowiada Jarek. Obecnie przygotowuje grafiki na drugą płytę.

[J]: Okładka zawiera pewne autobiograficzne dla nas, a także bliskich nam osób, elementy.
Pomimo ciemnych barw, które dominują, odbieram ją jako pozytywną. To trochę tak, jak z samą muzyką na płycie, nie chcemy nikogo „dołować”.

EOY to duet. Czy macie w planach koncerty? A jeśli tak, to czy zamierzacie skorzystać z pomocy osób z zewnątrz w odegraniu materiału z debiutu?

[M]: Przymierzamy się do grania live. Jednak wiąże się to z pójściem na kompromis w sensie półplaybacku, etc. Niestety nie znaleźliśmy nikogo, kto mógłby wspomóc zespół. Opole to kulturalna pustynia. Niezmiernie trudno znaleźć satysfakcjonujące miejsce do grania prób, a znalezienie kogoś kto wpasowałby się i odnalazł w formule muzyki EOY jest praktycznie niemożliwe.

Czujecie się częścią polskiej sceny niezależnej (alternatywnej)? Wyróżniłbyś jakiś zespół, poleciłbyś jakąś ciekawą płytę?

[M]: Trudno powiedzieć czy jakaś scena istnieje. Wrzuca się nas do jednego worka z kapelami postmetalowymi, ale wydaje mi się to pójściem na łatwiznę. Nigdy nie przepadałem za polską muzyką, ale teraz poznałem kilka interesujących zespołów na pośrednictwem MySpace. Polecam płocki Monopium z płytą „Mesmerized” - taki Nurse With Wound zmieszany z Can w jazzującym kotle przedwojennego Berlina.

[J]: Fajnie gdyby istniała w Polsce jakaś oryginalna, autonomiczna scena. Ale z tego co zaobserwowałem to przeważnie tworzy się kopia zagranicznej, modnej aktualnie sceny/trendu. Doświadczeni muzycy zmieniają ciuszki i grają to, co aktualnie jest cool.

W materiałach promocyjnych wspominacie o projekcie Opollo. To coś na kształt Tribes Of Neurot?

[M]: Nie, Opollo to zupełnie niezależny zespół, to nie jest satelita EOY. Poza składem osobowym metody pracy i sposób funkcjonowania są zupełnie inne. Od lat gram jako Zubik minimalistyczny gitarowy ambient. Jarek miał projekt Vibovid, gdzie poszukiwał w obrębie post-Warpowskiej elektroniki. Udało się nam znaleźć wspólny język i w oparciu o masę elektronicznych instrumentów, ale jednak z gitarami jako punktem wyjścia, rejestrujemy sesje. Zresztą prawdopodobnie w grudniu będzie okazja usłyszeć Opollo na żywo, bo przymierzamy się do dwóch koncertów.

[J]: Oprócz Vibovit miałem też inny projekt, w którym eksperymentowałem z dronami i wielościeżkowymi warstwami przestrzennych gitar, ale w bardziej konkretnym, nieawangardowym kontekście. Mam nadzieję, że Opollo rozwinie się w tym kierunku.

We Are All Pacinos Records to wydawca debiutu EOY. Czy pod tym szyldem będą ukazywać się inne albumy?

[M]: Trochę przeciąga nam się wydanie trzyczęściowego splitu z Guantanamo Party Program i Sun For Miles, ale to nie ukaże się raczej nakładem WAAP Records. Mamy wiele projektów i okazuje się, że wydawanie własnym sumptem, nie jest takie trudne, jak się na początku wydawało. Na pewno kilka razy lepsze niż ładowanie się w jakieś śmierdzące umowy i niejasne sytuacje. Drugi album EOY ukaże się w przyszłym roku. W planach mamy wydanie Opollo, ale każda płyta to jednak duże nakłady pracy i pieniędzy. Bardzo chcielibyśmy też wydawać muzykę innych ludzi, ale czas pokaże na ile starczy nam zapału i możliwości.

Dziękuję za rozmowę.

[M]: My też dziękujemy i pozdrawiamy.

(foto: we are all pacinos records)

[Marc!n Ratyński]