polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Paprika Korps wywiad z Marcinem Matlakiem i Łukaszem Rusinkiem

Paprika Korps
wywiad z Marcinem Matlakiem i Łukaszem Rusinkiem

Poczynania chłopaków z Paprika Korps śledzimy już od pewnego czasu - stanowią oni świetny przykład zespołu, który nie idąc na żadne kompromisy wytrwale buduje swoją pozycję przekonując do swojej wizji muzyki reggae wciąż nowych słuchaczy tak w kraju jak i za granicą. Okazją do pogawędki była premiera ich najnowszej płyty "Magnetofon". Oto co udało nam się dowiedzieć od Marcina Matlaka i Łukasza Rusinka.

Na początek powiedźcie proszę jakie płyty ostatnio zrobiły na was wrażenie?

[Łukasz] Ostatnio przerabiam całą dyskografię Melvins - jadę od początku do końca.

[Marcin] Ja "Made out of babies" odkąd byłem na koncercie, pokochałem Julie X-mas. I oczywiście cały czas Neurosis...

Isis?

[Marcin] Isis mniej. Ostatnia płyta średnio się nam podobała.

Jednym słowem ciężkie granie - dość nietypowo, jak na zespół grający reggae. Gdybyście zakładali zespół w tej chwili, gralibyście cięższą muzykę?

[Marcin] Ciężko powiedzieć - to nie jest tak, że nie słuchamy wcale reggae. Ja osobiście słucham raczej dubu, reszta chłopaków mogłaby coś więcej powiedzieć na ten temat. W każdym razie ja na swój sposób jestem "uzależniony" od tego rytmu.

[Łukasz] Nigdy nie planujemy przed zrobieniem nowego numeru w jakim stylu on będzie.. Po prostu. wychodzi nam tak, jak nam wychodzi. Takim elementem stricte reggaeowym w większości piosenek została właściwie tylko czaka Marcina - jeśliby zanikł ten znamienity rytm na dwa, to nie byłaby to może muzyka stricte gitarowa, ale też nie do końca byłoby to reggae. Nie jest dla nas priorytetem robienie muzyki reggaeowej. Tworzymy tak, jak czujemy i myślę, że właśnie za to cenią muzykę Papryki jej słuchacze.

Wasza najnowsza płyta pod względem muzycznym wydaje się być nieco lżejsza od poprzednich - jest na niej mniej jazgotliwych gitar, za to więcej dubowych przestrzeni.

[Łukasz] Przy miksowaniu "Magnetofonu" dużo większe pole manewru miał Jarek Smak. W przypadku "Telewizora" dostał np. ścieżki gitarowe nagrane już ze sporym przesterem, co chyba mocno ograniczyło jego możliwości. Tym razem staraliśmy się nagrywać tak, by móc je swobodnie modyfikować również w fazie miksu. Natomiast jeżeli chodzi o brzmienie całości, to moim zdaniem "Magnetofon" nie jest płytą lżejszą. Jest jedynie trochę mniej przesterowana.

Cóż za szatańska idea stoi za utworem "Magnetofon"?

[Łukasz] Pomysł na tę piosenkę tak naprawdę zrodził się w głowie Jarka Smaka, który miksował całość. Na każdej z płyt zlecamy mu podobne zadanie - wcześniej było Radio, później Telewizor teraz Magnetofon - zawsze nas czymś fajnym zaskoczy.

Jak wyglądało nagrywanie płyty - bardzo różniło się od tego przedstawionego w tekście utworu "Propper song"?

[Marcin] Tak... "proces tworzenia był ciężki"...tak naprawdę na 6 miesięcy przed nagraniem kompletnie nie mieliśmy materiału, a ponieważ postawiliśmy sobie za deadline nagranie płyty na początku roku - oznaczało to bardzo wzmożoną pracę. Zaczęliśmy w końcu grać regularne próby, przystopowaliśmy z innymi zajęciami, na których brak nie możemy narzekać i udało się.

Analizując wasze kolejne płyty można pokusić się o twierdzenie, że odchodzicie od środków związanych z reggae - o ile na wczesnych płytach śpiewaliście jeszcze w manierze patois, w tekstach pojawiał się obowiązkowy Babilon - to na najnowszej płycie trudno o tego typu skojarzenia. Mówiąc krótko: gdzie się podział Jah chłopaki?

[Łukasz] O Jah jest właśnie bardzo dużo w naszych tekstach... Nie są to jednak porównania bezpośrednie... Autorem większości tekstów na tej płycie jest Tomek Krawczyk - i to on byłby najbardziej kompetentnym rozmówcą, choć z reguły nie wyjaśnia ich znaczenia. Tomek nawet nam nie zawsze zdradza swój zamysł poetycki i może na przykład Marcin z Piotrkiem śpiewają o jakichś zupełnie dziwnych rzeczach, sami o tym nie wiedząc, a Tomek realizuje swój nieznany, diaboliczny plan. Jest to niewykluczone, ale mimo wszystko sądzę, że Jah jest obecny, tylko nie koniecznie w takim specyficznym ujęciu rastafariańsko-słowiańskim.

Interesuje mnie, co sądzicie o inkorporowaniu prosto pojętych wzorów jamajskich, jak to miało miejsce np. w przypadku pewnego polskiego składu dancehallowego, na którego płycie padały zupełnie homofobiczne teksty o chi chi manach ?

[Łukasz] Jasne, że jakiekolwiek próby totalnego, bezkrytycznego i jakby idealnego odwzorowania kultury Jamajskiej są po prostu śmieszne. Znamy parę osób, które starają się żyć jako rasta - i wychodzi im to lepiej albo gorzej. Jednak ten sposób życia jest chyba jednak bardzo mocno związany z Jamajką i jej problemami, także z problemami gett brytyjskich. Nie jestem pewien czy to jest w jakimś sensie przekładalne...

[Marcin] To nie jest w ogóle przekładalne... Jeśli na naszym podwórku pojawiają się teksty o paleniu chi chi manów, to jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Ale to temat na dłuższą rozmowę.

[Łukasz] To jest raczej poza, próba wpisania się w krąg swoich idoli, którzy jechali po homoseksualistach. Nie jestem pewien, jak to teraz wygląda na Jamajce u tuzów parkietów, ale oni zdaje się już powoli odcinają się od swych homofobicznych poglądów... Takie składy jak choćby T.O.K, które miały hymn palenia gejów "Chi Chi Man" - zresztą bardzo fajny kawałek, jeśli chodzi o melodie czy rytmikę - teraz już się od tego odcinają i starają się to łagodzić mówiąc, że to były młodzieńcze wybryki, które skończyły się, kiedy wyszli poza getto. Nie jestem ekspertem od jamajskiego reggae, ale chyba sytuacja zaczyna się uspokajać. A w Polsce to raczej był jednorazowy wybryk, nie podjęty przez innych wykonawców.

Czym zajmujecie się na codzień, czy macie jakieś widoki na życie tylko z muzyki?

[Marcin] Zawsze organizowaliśmy sobie koncerty sami i od jakiegoś czasu również wydajemy swoje płyty. Korzystając ze zdobytego tym doświadczenia, całym zespołem założyliśmy agencję wydawniczo-koncertową Karrot Kommando, by pod tym szyldem wydawać płyty i organizować koncerty innym dobrym według nas zespołom jak m.in. Vavamuffin, Managga, Eastwest Rockers oraz zapraszać ciekawe bandy z zagranicy. W ten sposób muzyka jest również obszarem naszej codziennej pracy. I widoki na przyszłość daje to raczej obiecujące.

Na polskiej scenie jesteście już niemal weteranami, na pewno nie należycie do tzw. nowej fali polskiego reggae czy dancehallu. Czy uważacie że tworzycie jakaś wspólną scenę, jeśli tak to z jakimi zespołami ?

[Marcin] Ciężko powiedzieć czy tworzymy jakąś scenę... Można powiedzieć, że znamy wszystkich (śmiech) Graliśmy z większością składów, spotykamy się przy okazji letnich festiwali, sami też robimy sporo koncertów, ta scena nie jest ogromna więc wszyscy się jakoś tam znamy.

[Łukasz] Jeśli chodzi o reggae i te składy, które od jakiegoś czasu grają, to nie ukrywajmy, że jak spotykamy się przy okazji jakiegoś festiwalu to dzieją się rzeczy straszne... Ale nasi znajomi, muzycy czy zespoły to nie tylko scena reggaeowa. Na pewno polubiliśmy się z zespołami takimi jak Pogodno czy Mitch & Mitch, bo graliśmy z nimi dwie trasy... Tak szczególnie Mitch & Mitch to jest żywe srebro...

Interesuje mnie, jak wygląda promocja alternatywnego, a posiadającego wierną grupę fanów zespołu w Polsce przy wydaniu nowej płyty. Planujecie jakiś teledysk, jak mniej więcej wygląda nakład?

[Marcin] To jest nasza czwarta płyta studyjna, a teledysku jak nie było tak nie ma. Jednak myślimy o tym cały czas. Nie mamy jakieś wizji, na razie ten plan stoi, mamy inne zajęcia, cały czas koncerty. Zobaczymy, jak to będzie.

[Łukasz] Nakłady wydawnictw niezależnych w ostatnich czasach rzadko przekraczają pięć tysięcy.

Czyli wydanie nowej płyty w obecnych warunkach, oczywiście oprócz waszych twórczych inspiracji, jest raczej dla zespołu przyczynkiem do nowej trasy, niż próbą zbicia kokosów?

[Marcin] No tak. Wszyscy wiedzą, że sprzedaż płyt maleje z roku na rok. Dla nas samych granie tych samych numerów bez przerwy jest męczące.

[Łukasz] Konieczność nagrania co pewien czas nowej płyty jest czymś na pewno bardzo mobilizującym, bo jeżdżenie z tym samym materiałem przez dłuższy okres - czego doświadczyliśmy przed Telewizorem - sprawia, że jego granie nie jest już tak inspirujące jak dawniej.

[Marcin] Dalej gramy numery, które są w naszych setach od kilku lat, ale kiedy pojawiają się na naszych setlistach nowe elementy, to, wiesz, fajnie się je gra dla nas samych.

[Łukasz] Dzięki Magnetofonowi dużo lepiej gra się nam koncerty - myślę, że publiczność będzie mogła to docenić tej wiosny.

Paprika to doskonałe ucieleśnie idei DIY - jesteście odpowiedzialni za niemal każdy element waszej twórczości powiedzcie jak wygląda promocja od strony technicznej ?

[Marcin] Kiedyś w głowie Piotrka pojawił się pomysł, żeby spróbować żyć z muzyki. I od dwóch lat konsekwentnie realizujemy ten plan. Poza Papriką wydajemy i organizujemy koncerty kilku innych zespołów. Tym, którzy tego potrzebują robimy singiel i rozsyłamy po radiach. Większości ostatnich wydawnictw towarzyszy teledysk. Rzeczywiście naszym szczęściem jest móc pracować razem i realizować wszystkie pomysły w gronie przyjaciół. I tak Piotrek organizuje koncerty i panuje nad całością. Tomek zarządza internetem i sprawami wydawniczymi. Olek wysyła plakaty i zarządza kasą fiskalną, Łukasz robi projekty graficzne. Kuba wspomaga Piotrka w organizowaniu koncertów, jest nadwornym karrotowym akustykiem i ma swoje dodatkowe projekty. Jakby na to nie patrzeć, realizujemy idee DIY, starając się jednak odnaleźć swoje miejsce w świecie profesjonalnych niezależnych wydawnictw polskich czy europejskich.

Nie mogę oprzeć się przed zadaniem pytania, które ludzie z waszej branży często ostatnio słyszą: co sądzicie o ściąganiu muzyki z Internetu? Co prawda nie ma w nim, dziś jeszcze, waszej płyty, ale będzie pewnie lada moment. Co wy na to?

[Łukasz] No cóż, zdarza nam się coś tam ściągnąć...

Tak jak prawie każdemu. Ale jak patrzycie na to z pozycji twórców?

[Marcin] Można być bardzo radykalnym i nie robić tego w ogóle. Jednak chyba najlepszym rozwiązaniem jest układ, że kiedy ściągniesz płytę, która jest dla ciebie wartościowa, to po prostu ją kupujesz. Oczywiście w nas też to uderza, naszą muzykę można bez problemów ściągnąć... także jest remis [śmiech]

[Łukasz] Jeżeli naszej płyty jeszcze nie ma do ściągnięcia - na pewno będzie w ten sposób dostępna niebawem - to po prostu nieuniknione. Robienie z tego jakiejś świętej wojny, tak jak pan Kazimierz Staszewski i paru innych artystów, przypomina trochę zawracanie Wisły kijem i nijak ma się do rzeczywistości. Może to wyewoluuje w coś, czego nie potrafię sobie do końca wyobrazić, w coś, co będzie zadowalało twórcę i odbiorcę. Tu też powraca kwestia tego, że nasze płyty nagrywamy nie po to, żeby zarabiać na ich sprzedaży, tylko żeby móc grać koncerty i przeć do przodu.

[Marcin] Co nie zmienia faktu, że wytwórnie fonograficzne mają problem i obawiam się, że mogą w końcu zacząć padać. To zjawisko jest tak ogromne, że nie da się już go zatrzymać. Jednak wciąż wierzę w tych, którzy naprawdę szanują muzykę a także jej twórców, i będą ich wspierać poprzez zakup oryginalnych płyt.

W waszych wydawnictwach uwagę zwraca duża dbałość o stronę graficzną. Kto za to odpowiada?

[Łukasz] Za okładki Papriki jestem współodpowiedzialny wraz z Tomkiem Krawczykiem. Moje graficzne przygody wyglądają podobnie do muzycznych przygód Paprika Korps. W pewnym momencie skończyliśmy studia i stanęliśmy przed odpowiedzeniem sobie na pytanie: co chcemy robić - wyszło na to, że będziemy grać muzykę i zajmować się naszym wydawnictwem, a że zawsze rysowałem, lubię komiksy, grafikę więc było to poniekąd naturalne, że wraz z Tomkiem zabraliśmy się za tworzenie plakatów, potem i innych form. Zbieramy doświadczenia. Robimy okładki nie tylko dla Papriki, więc przez tę praktykę stajemy się coraz lepsi.

Ciekaw jestem, kiedy przeprowadzicie się do Finlandi. Wasz zespół zyskał tam niebywałą popularność, czego ukoronowaniem była zeszłoroczna płyta "Koncert w Tampere", Niebawem znów wyruszacie tam w dwutygodniową trasę. Na czym waszym zdaniem polega ten fenomen ?

[Marcin] W sumie znów wracamy do idei DIY. Pierwszy raz pojechaliśmy tam 6 lat temu 2 samochodami osobowymi. Zagraliśmy na kilku squotach, w kilku klubach, nie znając nikogo, sprzedaliśmy kilka płyt, poznaliśmy paru nowych ludzi. Okazało się, że odbiór jest całkiem dobry, mimo, że trochę baliśmy się tam jechać, wiedząc, że mają tam naprawdę mocną scenę HC/Punk, a z nimi to nigdy nic nie wiadomo [smiech]. Z każdym kolejnym rokiem mieliśmy coraz więcej ludzi na koncertach i jak na razie idziemy za ciosem. Czekamy, co z tego wyniknie.

[Łukasz] Chyba ważną sprawą było to, że podczas naszego pierwszego wyjazdu poznaliśmy bardzo ciekawych ludzi, którzy organizowali koncerty - takich jak skład Juggling Jugulars, nasz przyjaciel Markku Hirvela czy Jukka Nakkari, który potem wydał nam winyl. Teraz mamy tam kilkanaście osób, do których wracamy jak do starych znajomych. Podobnie jest chyba z Chorwacją. Finlandia jest dziwnym krajem - oni po prostu bardzo lubią słuchać muzyki - widać to po ich ogromnych prywatnych płytotekach. Nasza sytuacja może też wynikać z tego, że w fińskiej muzyce, jakkolwiek bardzo zróżnicowanej, widać pewne tendencje, których przejawem są zespoły romantycznych niby-metalowców spod znaku The Rasmus - może nasza muzyka była dla nich czymś nowym. Wciąż się zastanawiamy: dlaczego akurat tam?

Swego czasu niemałym echem odbiła się wasza obecność na ścieżce dźwiękowej do snowboardowego filmu "Kinos 5" z udziałem prawdziwych gwiazd tej dyscypliny. Jak do tego doszło?

[Marcin] Jako zespół często jeździmy z koncertami nie po to, aby zarobić, lecz by pewne miejsca po prostu zobaczyć, wyjść naprzeciw przygodzie. Tak było i tym razem- kiedy wiele godzin jechaliśmy, by przekroczyć koło podbiegunowe, do miejscowości Rovaniemi - znanej bardziej jako dom Świętego Mikołaja. Gdy składaliśmy sprzęt po koncercie, po prostu jakiś chłopak zapytał nas o możliwość wykorzystania naszego kawałka - zgodziliśmy się od razu, umawiając się tylko, że wyśle nam skończony film. I tyle. Dopiero potem, od naszych znajomych którzy jeżdżą na desce, dowiedzieliśmy się, że to mocna ekipa... Tym większe było nasze zdziwienie i radość.

Przez lata waszego muzycznego podróżowania poznaliście masę zagranicznych składów, z którymi współpracujecie choćby w ramach Karrot Kommando. Kogo zaliczacie do swych przyjaciół?

[Marcin] Tu powracamy do tego, o czym już mówiliśmy - każdy koncert to nawiązywanie jakiś nowych znajomości, niektóre z nich okazują się być bardzo owocne jak choćby w przypadku Radikal Dub Kolektiv - do których co roku jeździmy i których zapraszamy z koncertami do nas. Bardzo dobrze się dogadujemy.

[Łukasz] To są fenomenalni ludzie... Tak samo jest z Yellow Umbrella. Inaczej, ale też miło, jest z Jah Division z Moskwy. Jest parę zespołów, jak choćby Manipulators, Juggling Jugulars - wszędzie mamy zakotwiczone ekipy, do których z wielką chęcią wracamy.

Jako zespół o przydomku "heavy reggae travellers" z pewnością macie w rękawie całą masę anegdot- podzielcie się paroma pirackimi opowieściami

[Łukasz] Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to, niestety niemiła, przygoda we Lwowie, gdzie po naszym koncercie okazało się, że skradziono nam samochód wraz z plecakami. Później musieliśmy zetrzeć się z tamtejszą biurokracją, aby zdobyć zaświadczenie o kradzieży auta. Zajęło nam to cztery dni i oczywiście na granicy nawet go nie sprawdzono, a tego obawialiśmy się najbardziej. W międzyczasie, na kolejny występ w Kijowie, dotarliśmy taksówką bagażową. Na szczęście koncert, pod względem reakcji publiczności, był niezapomniany i to załagodziło nasze ponure nastroje.

A jak wygląda przekraczanie granicy przez zespół reggae? Musicie wzbudzać popłoch wśród celników...

{Marcin] Generalnie mówimy, że gramy rocka i to nas uwalnia od niecnych skojarzeń. Mieliśmy parę totalnych rewizji. Podczas jednej z nich specjalnie sprowadzony owczarek niemiecki z wielką furią wskoczył do naszego samochodu. Widzieliśmy już satysfakcję na twarzy celnika - mocno osłabiło ją to, że pies pognał w pole z jagodzianką Kuby1200.

Na koniec powiedzcie proszę, jaki jest sekret tego, że pomimo iż gracie ze sobą już przeszło 11 lat, jeździcie w długie trasy i wciąż ze sobą wytrzymujecie?

[Łukasz] Wytrzymujemy, bo znamy się od podstawówki.

[Marcin] Po prostu nie ma lepszego sposobu na spędzenie czasu, niż pojechać na dwa tygodnie, zmieniając miejsce dzień po dniu i jeszcze dostawać za to pieniądze. Lepiej być nie może. Stwierdziliśmy w którymś momencie, że jeżeli możemy tak zarabiać - to chcemy.

[Łukasz] To jest po prostu całkowite wystrzelenie się z systemu... Taka heja-odyseja (śmiech)

[Piotr Bronka]