polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
HEY Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan

HEY
Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan

Wydaje się, że tekstowa tendencja spadkowa Nosowskiej zaważyła na efekcie finalnym Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan. Już na 8 w kilku momentach grafomańskie wybryki trochę raziły, ale to co dzieje się w warstwie lirycznej na szesnastej płycie Hey, każe żywić nadzieję, że to tylko chwilowy wybryk, niepowodzenie, odstępstwo od normy. Fakt, Nosowska przyznaje, że teraz w tekstach chciała spojrzeć na jasną stronę życia, ale czy to od razu musi oznaczać, że tylko smutek i cierpienie wywołuje wenę na ciekawe teksty?

Nowa płyta Hey dobitnie pokazuje, że proporcjonalnie do rozwoju muzycznego, następuje zdecydowany spadek tekstowy jego liderki. Ciężko też oba te elementy oceniać osobno. Zespół potrafi świetnie balansować między rockową przeszłością i elektroniką do której wygląda. "Wieliczka" oparta na gitarowym motywie, świetnie jest rozwijana przez elektronikę w tle, nieźle prezentuje się syntetyczny bit w tle z pogłosami w "Co tam?" i nawet sposób śpiewania jest całkiem chwytliwy. Skojarzenia z Jaga Jazzist w "Wodzie" są trafne, ale utwór w którym podmiotem lirycznym jest woda, przypomina mi film o foliowej siatce, który swego czasu był wyświetlany na festiwalu ATP (który opowiada o niczym innym jak o siatce foloiwej, która lata wśród różnych miejskich i wiejskich krajobrazów) .

Nieźle wypada "Bez chorągwi" z delikatnym bitem w tle, i odwróconymi samplami na drugim planie albo "Lot pszczoły nad tymiankiem" z pulsującym elektro i drążącym basem. W opozycji do nich stoją teksty - "Lilia, kula i cyrkiel", poświęcona przez Nosowską swojemu synowi, o którym wie, że wkrótce opuści rodzinne gniazdo albo miłosne wyznanie niczym na ślubnym kobiercu w "Wilk vs. Kot", które psuje świetnie rozwijającą się perkusję z gęstym syntezatorem.

Hey świetnie odnajduje się w muzycznych stylistykach, coraz bardziej nadążając za tym co dzieje się na świecie i zawzięcie nie brnąc w banał rockowych kompozycji jak ich koledzy z podobnym stażem. Ale tekstowo ten album wypada blado i próżno szukać tu fenomenalnych tekstów Nosowskiej, których w całej jej dyskografii jest od groma. A kiedy okazuje się, że jest światełko w tunelu i o to na końcu płyty docieramy do utworu z najbardziej sensownym i całkiem niezłym tekstem, w książeczce jako jego autorka widnieje... Gaba Kulka, która na dodatek w nim śpiewa. Wtedy przypomina się "Teksański", który – przypomnę – mówi o tym, że „piosenka musi posiadać tekst”, a dalej jest dokładnie to z jakim odczuciem zostawia mnie ta płyta: „jeśli szukasz sensu prawdy w nich, zawiedziesz się”. I to bardzo.

[Jakub Knera]