polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Levity Afternoon Delights

Levity
Afternoon Delights

Po stworzeniu najlepszej (obok Małych Instrumentów) nie-klasycznej płyty, jaka powstała w ramach roku chopinowskiego, Levity postanowili nie wracać do uporządkowanego, nowoczesnego jazzu, którym błysnęli już na debiucie. Ich trzeci album powstał w trakcie czterodniowej sesji, poprzedzonej cyklem koncertów na Chłodnej 25 w Warszawie i zaskakującym koncertem na jazzowym showcase, na których zamiast jazzowego idiomu zespół zgłębiał w długich strumieniach elektroakustyczną, meandrującą muzykę. „Afternoon Delights” jest odejściem od standardowych kompozycyjnych struktur, ale poskładanym z relatywnie krótkich form, wyciętych z sesji, jak wieść głosi, improwizowanych. Zespół odwrócił się od jazzu, ale nie chciał, a może nie potrafił, zupełnie się od niego oderwać. Jazzowe rozwiązania i gesty zanurzył w toni pozornych kontrastów – między sentymentalnymi frazami i rytmicznymi figurami pianina, a pasmami szumów korga; między pasażami uporządkowanymi, a rozdygotanymi; między gęstą grą perkusji i basu, a stuporem dźwiękowych plam. Letnie koncerty pokazały, że jest to płodna metoda, jednak studyjne rezultaty pozostawiają niedosyt. Mimo licznych zwrotów akcji, zmian tempa i barw, niestety trochę mało się tu dzieje, a Levity nie jest zespołem, który w nie-dzianiu-się sprawdza się najlepiej. Wręcz przeciwnie i to przecież też chce tutaj pokazać w poszczególnych numerach.

Wadada Leo Smith wskazywał w muzyce przestrzeń pionową – wyznaczaną przez spektrum brzmień – oraz poziomą – wyznaczaną przez następstwo w czasie. Odnoszę wrażenie, że o przestrzeń pionową zadbano tu doskonale, ale znaczenia tej poziomej nie doceniono, być może na etapie wycinki utworów z fragmentów sesji. W odtwarzaczach CD jest czasem taka funkcja „preview”, dzięki której możemy odsłuchać po 10 pierwszych sekund z kolejnych numerów – co trzeci nas zainteresuje, dwa pozostałe wydadzą się bez sensu. Słuchając „Afternoon Delights” mam niestety wrażenie takiego „preview” z kilku, może nawet kilkunastu godzin muzyki rozwijającej i realizującej się w zupełnie innych horyzontach czasowych niż te narzucone przez ramy zawartych tu utworów. Ambitnie, ale nie do końca skutecznie.

[Piotr Lewandowski]