



Choć wydawało się to nieprawdopodobne, artystyczna kreacja drugiej płyty Niwei przerosła kreację debiutu. Po zaskoczeniu towarzyszącemu „01”, dwójka wydaje się mniej szokująca, choć powinno być odwrotnie – to płyta jeszcze bardziej sugestywna, zbijająca z pantałyku i przede wszystkim spójna. Zimnofalowy hip-hop jeszcze śmielej flirtuje tutaj z popowymi chwytami, ale paradoksalnie efektem jest muzyka wymagająca większej uwagi niż na debiucie. Monodeklamacje Wojtka Bąkowskiego są za to jakby bardziej skondensowane i, w pozytywnym słowa znaczeniu, pewne siebie. A akurat pewność siebie jest cechą tego zespołu od początku i bardzo dobrze, bo jak na razie panowie artystycznie się nie mylą. Teraz zrobili płytę z tak wyrazistą koncepcją i formą dopasowaną do treści, że całej jej otoczce mogli pozostawić skrajną prostotę. I tylko się zastanawiam, czy z tą czernią nie przesadzili, tłocząc 36-minutową płytę na dwóch winylach i w efekcie wyceniając LP tak, że nawet fanom ręka zadrżała przed złożeniem zamówienia. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Na szczęście brzmienie z analogowego nośnika jest doskonałe.
[Piotr Lewandowski]