polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Wojciech Bąkowski Telegaz

Wojciech Bąkowski
Telegaz

Wojciech Bąkowski już na płytach Niwea redukował formę do minimum, przede wszystkim za sprawą tekstów, za które był odpowiedzialny, zostawiając dużo przestrzeni na dopowiedzenia i interpretacje słuchacza. Rzuca ochłapy tekstów, urwane dialogi, zapisane gdzieś z miejskich suburbiów lub zaobserwowanych w najbliższym otoczeniu. Płyta Kształt była w tym przypadku momentum przejściowym, bowiem na Telegaz muzyk idzie jeszcze dalej. Wydawnictwo to dokumentacja lub dźwiękowy zapis przeprowadzki artysty z Poznania do Warszawy. Kolejne utwory już w tytułach opisują miejsca lub czas akcji, które przedstawiają. Bąkowski filtruje otoczenie miejskich arterii, galerii handlowych, osiedla lub domowego parapetu i przekształca je w osobliwy muzak współczesnej metropolii, której dźwiękosferę z resztą wykorzystuje. Większość tego co na “Telegaz” słychać – zarówno w warstwie muzycznej jak i tekstowej – to elementy znalezione, zastane. Napisy na banerach, informacje w sklepach, wertowane grzbiety książek i magazynów na półce w domu, a z drugiej strony nagrania terenowe ruchomych schodów, wibrującego telefonu (konia z rzędem temu, kto słysząc go za pierwszym razem nie spojrzał, czy to nie jego smartfon dzwoni na biurku) czy dźwiękowych sampli w postaci dzwonków do smartfonów albo bezpłatnych próbek dźwiękowych dostępnych na stronach internetowych. Bąkowski nie tworzy muzycznej struktury, ale dokonuje swoistego recyclingu wizualnego i audialnego otoczenia wielkiego miasta. Snując psychogeograficzne wędrówki po stolicy, niczym flaneur z tekstów Boudlaire’a obserwuje środowisko i jego najbardziej interesujące element zapisuje w formie dźwięków. Generuje w ten sposób muzykę jakby troche odhumanizowaną – przede wszystkim z powodu osobliwych sampli – ale jednocześnie bardzo transową, poprzez słowne i muzyczne repetycje; psychodeliczną i wwiercającą się w głowę. Chłodny minimalizm pozwala dystansować się od miejskich podróży, które jednocześnie mają w sobie coś uwodzącego, bo przecież mogłyby odbyć się na każdej szerokości geograficznej, a podobne obserwacje z okna lub perspektywy pokoju, mógłby snuć każdy. Bąkowski swój wywód odziera z formy, redukuje do minimum wklejając prosto brzmiące pianino, kiczowaty saksofon, delikatne basowe buzowanie albo połamaną, trochę niechlujną perkusję. To wycieczka po nocy, pełna dziwnych dźwięków, fragmentów nagrań telewizyjnych, czuwania gdy zapada zmrok i ciekawskiej eksploracji miejskich zakątków.

[Jakub Knera]