polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Kyst wywiad z Adamem Byczkowskim

Kyst
wywiad z Adamem Byczkowskim

Rok temu błyskawicznie zaskoczyli wszystkich świetnym debiutem „Cotton Touch”, w którym w silnej postaci wprowadzili na polski rynek amerykańskiej muzyki folkowej, uzupełniając ją dużą dozą improwizacji i muzycznych eksperymentów. Od tego czasu rozwój Kyst potoczył się bardzo szybko – masa koncertów, występy na Polskich i zagranicznych festiwalach, a wkrótce rozszady w składzie w wyniku czego obecnie zespół funkcjonuje jako warszawsko-berlińskie trio. Kyst właśnie wydali drugi album „Waterworks”, nie mniej ciekawy niż debiut, ale diametralnie innym. To o nim rozmawiamy z gitarzystą, Adamem Byczkowskim.

Wydajecie drugą płytę w nowym składzie. Ciekawi mnie w jakim stopniu każdy z Was jest odpowiedzialny za materiał, który się na niej znalazł. Tobiasz z gitary przerzucił się na perkusję, a do tego doszedł Ludwig, który dodaje elektronikę i obsługuje dodatkowy zestaw perkusyjny.

Na pierwszej płycie za kompozycje odpowiadaliśmy wspólnie z Tobiaszem i razem tworzyliśmy melodie na gitarach. Potem zmienił się skład i zostaliśmy we dwójkę – on na perkusji, a ja na gitarze. Już wtedy powstawały nowe numery i ja, jako osoba grająca na melodyjnym instrumencie, w przeważającej mierze tworzyłem trzon poszczególnych utworów. Tobiasz dodawał sekcje rytmiczną, a potem razem pracowaliśmy nad wokalami.

W lutym ubiegłego roku mieliśmy grać kilkanaście koncertów w Europie i w ostatnim momencie, na kilka tygodni przed występami, pomyśleliśmy, żeby zaprosić do składu trzecią osobę. Pojawiła się nam w głowie postać Kuby Ziołka z Ed Wood. Bardzo się zapalił na tę propozycję, ale właśnie kończył pisanie pracy magisterskiej i niestety nie mógł poświęcić czas na wspólne granie. Zadzwoniliśmy więc do Ludwiga Platha, któremu Tobiasz organizował wcześniej trasę jako Touchy Mob, bo wiedzieliśmy, że bardzo podobała mu się muzyka Kyst.

Ludwig zgodził się od razu i spotkaliśmy się na próbach w Sopocie. Początkowo miał odpowiadać tylko za drugie bębny i wokal, a finalnie doszło do tego że gra na drugim mini-zestawie perkusyjnym i dodaje elementy elektroniczne, przez co na stałe wpisał się do naszego składu.

A w jakim stopniu na funkcjonowanie zespołu wpłynął fakt, że mieszkacie w innych, odległych miastach, Warszawie i berlinie. „Cotton Touch” powstało całe w Sopocie, tam razem pracowaliście i tworzyliście. Teraz pojawia się więcej utrudnień.

Tak naprawdę zdecydowana większość materiału z „Waterworks” powstała jeszcze w momencie kiedy Tobiasz i ja mieszkaliśmy w Sopocie i myślę, że piętno tego miasta jest na niej odczuwalne. Poza tym nagrywaliśmy płytę latem 2010 roku we Wrocławiu, gdzie pojechaliśmy z Sopotu. Więc można powiedzieć, że oba nasze albumy są sopockie.

I nagraliście je podczas letnich pór roku, a ukazują się niemal rok później, w raczej chłodnym okresie roku – „Cotton Touch” w styczniu, a „Waterworks” w kwietniu. To strasznie duże opóźnienie w stosunku do materiału, który gracie na koncertach i macie w głowach. Wpłynęły na to wyłącznie formalności i kwestia wydawnicza?

Raczej tak. Myślę, że gdybyśmy ciągle wszyscy mieszkali w jednym mieście i nie byli takimi potwornymi leniami (śmiech) to wydawalibyśmy płytę od razu i grali utwory tylko z niej. Ale wszystko nam się trochę rozmyło i przedłużyło, stąd często na koncertach gramy już nowy materiał, w porównaniu do tego co jest na albumie.

Słuchając zarówno pierwszej jak i drugiej płyty, moją uwagę zawsze zwraca masa detali, które się tam znajdują. Długo dopracowywaliście te płyty i słychać istotność tych szczegółów, które przyciągają uwagę i stanowią o wartości Waszej muzyki. W przypadku „Cotton Touch” długo trwało dogrywanie kolejnych elementów, natomiast przy „Waterworks” bardziej niż nad treścią, poświęcaliście czas formie i brzmieniu.

„Cotton Touch” była płytą, która była miksowana praktycznie przez rok. Ciągle coś było nie tak i trzeba było ją dopracować. Raz Maciek Cieślak na pół roku po skończeniu nagrań przyjechał nawet do Sopotu, żeby dograć chociażby cymbałki. Czasem osiągało to już rozmiar paranoi (śmiech).

W przypadku „Waterworks” przyjechaliśmy latem do Wrocławia i nagraliśmy ją u Michała Kupicza praktycznie na setkę, jak koncert w studiu. Najpierw instrumenty, potem wokale i dodatkowe instrumenty – trąbki i wibrafon. Dodatkowych dogrywek i poprawek praktycznie nie było. Największą zmianą w kształcie tej płyty było jej brzmienie. Była dla nas zbyt gładka - postanowiliśmy zgrać materiał na jakąś starą taśmę magnetofonową, a potem zgrać z powrotem do komputera. To znacząco wpłynęło na jej finalny kształt.

Przy „Waterworks” o wiele lepiej wiedzieliśmy, jakie chcieliśmy osiągnąć brzmienie, niż miało to miejsce przy pierwszym albumie. Mieliśmy te utwory ograne na koncertach i taka forma nam pasowała – po prostu chcieliśmy je zarejestrować, zachowując ducha spontaniczności.

Cotton Touch” jest dla mnie płytą rozedrganą, młodzieńczą, nagraną w okresie dojrzewania, trochę przypomina pierwsze chwytanie za instrumenty. Jak przy takim porównaniu odniósłbyś się do tego co jest na „Wateroworks”?

Pierwsza płyta na pewno była naiwniejsza, potem chyba nabraliśmy pewności. „Waterworks” jest według mnie albumem konkretniejszym. Przy „Cotton Touch” po raz pierwszy wszystko nagrywaliśmy np. wokale, z których jesteśmy chyba najbardziej niezadowoleni. Sam fakt, że w wieku osiemnastu lat przyjeżdżamy do Macieja Cieślaka w Warszawie, który paląc papierosa mówi, żebyśmy śpiewali, był stresujący. Na zaciśniętym gardle z trzęsącymi kolanami coś tam jęczeliśmy, ale sytuacja była nietypowa. W tej płycie jest dużo niepewności, co potem w pewnym stopniu zmieniło się w jej jakość.

A czy proces nagrywania obu waszych albumów i osoby, które się tym zajmowały, można w jakikolwiek sposób porównać? Zarówno Maciek Cieślak i Michał Kupicz to postacie, które produkowały i produkują jedne z najciekawszych polskich płyt.

Praca z Maćkiem jest trochę trudniejsza – jest bardziej wymagający wobec osób, którym nagrywa płytę. Często miał stanowczą, własną wizję tego jak powinny brzmieć nasze utwory. Dzięki temu, że sam wyraził chęć nagrywania naszej muzyki i wiele nie musiał w niej zmieniać było czuć, że jest jej producentem i jest doświadczoną osobą.

W przypadku Michała Kupicza atmosfera była o wiele bardziej wyluzowana i nagrywaliśmy w środku upalnego lata we Wrocławiu, do którego przyjechaliśmy pociągiem. Rejestrowaliśmy materiał w miejscu, które przypominało halę gimnastyczną. Michał jest cichym człowiekiem, który pozwala ci robić to co chcesz i raczej nie wyraża swojego zdania, chyba że go o to spychasz. Ma dużo fajnych pomysłów, ale sam ich nie proponuje, a jednocześnie czuć u niego wewnętrzną ekscytacje i radość z tego powodu, że nagrywa płytę. Z drugiej strony jest u niego świeża kreatywność, dzięki której nie boi się z niczym eksperymentować. Na przykład zaproponowaliśmy mu, żeby nagrać jeden z utworów na telefon w parku i on od razu to załapał. Uwieczniliśmy na płycie.

Maciek jest mistrzem nagrywania, jego płyty brzmią jak nic innego i to słyszy się od razu Wkłada w to dużo własnego, emocjonalnego zaangażowania. U Michała Kupicza to trochę tak, jakby nagrywało się ze swoim dobrym ziomkiem – ustawi dobrze mikrofony i lecimy z nagrywaniem kolejnych kawałków.

To chyba fajne uczucie nagrywać debiutancki album już u Maćka Cieślaka. Oprócz niego na „Cotton Touch” udzielał się tez Tomek Ziętek i Macio Moretti. Wystartowaliście z pierwszą płytą i praktycznie od razu nawiązaliście kontakt z osobami, które mają spory dorobek na polskiej scenie muzycznej.

To prawda, ale to nie znaczy, że próbowaliśmy w jakimś stopniu przykozaczyć, zapraszając nie wiadomo kogo. Maćka znaliśmy wcześniej przez Michała Bielę, z którym graliśmy w Small Things. Sam bardzo się zapalił na nasza muzykę i wyraził chęć jej nagrania. Tomka Ziętka znaliśmy z wielu różnych imprez w Trójmieście. A Macio Moretti po prostu często wpadał z Chodnej na nasze sesje nagraniowe do studia, które znajdywało się blisko niej. To wszystko wychodziło spontanicznie. Po prostu jedynym trębaczem, którego znaliśmy był Tomek Ziętek, a wiolonczelistkę jaką znamy była Karolina Rec. Macio Moretti siedział piętro wyżej nad studiem Maćka Cieślaka, więc go zaprosiliśmy.

Ale przyznasz, że fakt że są to już osoby, które mają spore doświadczenie, miał znaczenie.

Na pewno było to bardzo pouczające (śmiech).

Przejdźmy do Waszego nowego albumu – najpierw miał nazywać się „Hymns” a finalnie zatytułowaliście go zupełnie inaczej, co moim zdaniem lepiej oddaje jego charakter.

To prawda – pierwsza nazwa wpadła nam do głowy, kiedy latem wieczorem szliśmy na piwo, ale potem analizowaliśmy to dokładniej i doszliśmy do wniosku, że to była zbyt duża pompatyczność, zwłaszcza w połączeniu z okładką i utworami. Mówiło nam to wiele osób, a zwłaszcza Ludwig, który był już pełnoprawnym członkiem zespołu. Po mejlowej burzy pomysłów wypadło „Waterworks”, co mi bardzo się spodobało i świetnie oddaje charakter naszej muzyki.

Z jednej strony można wyjść od słowa fireworks, tylko że zamiast ognia mamy wodę, fajerwerki z wody. Nasza muzyka jest mocno związana z morzem, a jednocześnie jest w niej sporo wybuchów, nieregularnych wypadów. Mogą też być robótki wodne. Ta płyta jest o wiele bardziej złożona pod względem rytmicznym, bardziej zwarta, ale nadal jest to „sopocki” materiał i myślę, że ten tytuł lepiej ją określa i oddaje jej zawartość.

Wątek wody bardzo mnie pociąga w Waszej muzyce, odczuwa się w niej taki eskapizm, tworzenie na odludziu, w lesie, na łące czy nad morzem, z dala od dużych metropolii. Najbardziej kojarzy mi się z Sopotem i to nie w tej wersji znanej większości ludzi – z tłumami na Monte Cassino, goframi, frytkami czy wylansowanymi klubami, ale Sopotem po drugiej stronie Alei Niepodległości, trochę o wiejskim klimacie, spokojnym i małomiasteczkowym. Na ile istotny jest ten motyw wodny? To narzuca się samoistnie chociażby w „Miss the Sea”, „The Gloaming Sea” czy „Water” - swego rodzaju hołdzie złożonemu wodzie, morzu. Nie wspominając już o nazwie zespołu.

Tak, wszystko wiążemy z morzem (śmiech). A na poważnie – wyprowadziłem się z Sopotu do Warszawy pół roku temu, a i tak przynajmniej raz na miesiąc muszę przyjechać nad morze, żeby je zobaczyć. Sopot jest na tyle magicznym i inspirującym miejscem, że gdziekolwiek byś nie mieszkał to zawsze i tak jesteś z Sopotu. Mieszkanie w Warszawie to strasznie dziwne uczucie – nie mogę po prostu wsiąść na rower i podjechać nad morze, jeśli chcę się od wszystkiego odciąć. Nie mam tego koła ratunkowego, że będąc w mieście mam świadomość morza w niedalekiej odległości, powietrze jest zupełnie inne.

Chyba na zawsze pozostanę nadmorskim small-town boyem. Warszawa jest fajna i wiele tu się dzieje, ale jestem znad morza i to ciągle we mnie tkwi. I nawet gdy wymyślam kompozycje dla Kyst czy innych projektów, w których uczestniczę, mam w głowie to samo co miałem w Sopocie.

Poza tym interesuje mnie właśnie ten Górny Sopot i sama plaża. Nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, że jestem gościem totalnie zafiksowanym na to miasto i za każdym razem myślimy o ulicy Wybickiego, gdzie mieliśmy próby. Ale tak naprawdę kiedy wspominam to miasto to Monte Cassino praktycznie wcale się tam nie pojawia.

Sopot jest trochę takim pośrednikiem w relacji ja-morze. To brutalna relacja z wielką wodą, nieskończonością. Czasem morze jest błękitne i ciepłe, a kiedy indziej zimne, groźne i tajemnicze. Morze często mi się śni – ostatnio miałem sen powiązany z utworem „The Glowing Sea”, w którym budzę się, idę nad brzeg i przy gorącej temperaturze czuję morską bryzę i zimny powiew. W momencie kiedy dochodzę do samego brzegu cała powierzchnia lśni i błyszczy odbijając światło słoneczne.

Okazuje się, że w tej morskiej tematyce odnajdujemy się wszyscy w trójkę. Tobiasz i ja w Sopocie, a wcześniej on w Norwegii. Poza tym Ludwig, mimo że mieszka w Berlinie, również wychowywał się nad morzem w małym miasteczku w Niemczech. Już słysząc pierwszą płytę, pisał nam że czuje w niej ten wątek. Czyli wszystko zatacza krąg i morze powraca jak bumerang.

Przez to, jeśli myślę o Waszej muzyce pod kątem folku, to bardziej przez pryzmat Jackie-O Motherfucker czy Phila Elveruma w klimacie „It Was Hot So We Stayed In The Water”, w którym niejako wiąże się z naturą. Z drugiej strony można w niej znaleźć trochę ducha Ścianki.

Jeśli już to najbliżej w „Dniach Wiatru”. Sam Maciek Cieślak przyznał, że czuje w tym jakąś gałąź ich muzyki. Bardzo lubię ich nagrania i czuję z niektórymi ich płytami duże połączenie duchowe. Kiedy miałem kilkanaście lat i jeździłem po Sopocie, słuchając Ścianki, zastanawiałem się jak ta muzyka może podobać się w Katowicach albo Wrocławiu, przecież miejsce w dużym stopniu wpływa na jej odbiór.

I jak, udaje się? To jest chyba to co oddaje charakter Waszej muzyki, jej obrazowość. Cała „Cotton Touch” jest taką nadmorską opowieścią o miasteczku, trochę podobną do debiutanckiej płyty Sama Prekopa z wspaniałym obrazkiem miejscowości na okładce, chociaż w innym wymiarze. To o czym mówisz kojarzy mi się z zakończeniem „Waterworks” – bębnami, które zamykają album, ale z drugiej strony są zapowiedzią czegoś nadchodzącego, może tej głębi czy niekończącego się horyzontu.

Tak, trochę tak jest. W „Waterworks” ta relacja z morzem jest o wiele bardziej na poziomie nie tylko zmysłowym jak w „Cotton Touch”, tylko na takim wyniesieniu morza na piedestał, świętym czy wręcz szamańskim poziomie. To już bardziej szorstka i na swój sposób uduchowiona relacja, ścisła i bardziej brutalna.

Z drugiej strony - najbanalniej odnosząc się do wypływania na głębokie wody - Kyst jest świetnym dowodem na to, że polski zespół może szybko zaistnieć, niekoniecznie w radiu i pod względem popularności. Pół roku po debiucie zagraliście na najważniejszych polskich imprezach muzycznych, a w tym roku obstawiacie najważniejsze światowe imprezy – SXSW, Primavera Sound, Incubate Tilburg. Przeczycie stereotypowi, że Polska grupa nie wybije się zagranicą.

Strasznie cieszymy się z tego, że mając 21 lat możemy polecieć do Stanów czy zagrać w Barcelonie. Ale mimo, że czasem za granica występujemy ze znanymi zespołami, w Polsce na nasze koncerty nie przychodzą tłumy. Z drugiej strony na swój sposób mi to odpowiada, a ja za nasz sukces uznaję to, że dotarliśmy w miejsce, w którym obecnie jesteśmy. Nasza muzyka jest według mnie dosyć hermetyczna, a jednak okazuje się, że ludziom bardzo się to podoba i łapią ten klimat. Na Off Festivalu mieliśmy takie doświadczenie z osobami, które mieszkają w Katowicach i nie mają kontaktu z morzem, a potwierdzały, że czują tę bryzę. Czyli udaje przemycić się morze poza Sopot (śmiech).

 

[Jakub Knera]