polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Robotobibok wywiad z Maćkiem Bączykiem

Robotobibok
wywiad z Maćkiem Bączykiem

Na przełomie listopada i grudnia miała miejsce premiera trzeciego albumu wrocławskiej formacji Robotobibok pod tytułem "Nawyki natury". Płyta bez wątpienia dowodzi, że Robotobibok osiągnął poziom iście światowy i spokojnie liczyć może na spore uznanie w całej Europie. Zespół niezwłocznie udał się w trasę promującą, która była o tyle szczególna, że w międzyczasie nastąpiła zmiana w składzie zespołu. Po koncercie w warszawskim CDQ-u rozmawiałem z gitarzystą Maćkiem Bączykiem, który podzielił się refleksjami odnośnie nowego oblicza zespołu i procesu nagrywania płyty, którą zarejestrowano w unikatowym, analogowym studio.

Wyruszyliście w trasę promującą nowy album "Nawyki natury", a koncert w warszawskim CDQ-u odbył się w jej połowie. Jakie są twoje wrażenia z dzisiejszego i poprzednich występów?

Jak na ciężkie CDQ-owe warunki akustyczne słyszeliśmy się dobrze i tak też nam się grało. Trochę huczał bas, ale to nieistotne. A w kontekście całej trasy muszę przyznać, że odbiór naszej muzyki jest nieco inny niż w przeszłości, zapewne z uwagi na zmiany, jakie zaistniały i w zespole, i w muzyce. Cały czas jesteśmy na etapie zgrywania się w nowym składzie, bardzo analizujemy każdy występ. Każdy koncert jest punktem wyjścia do długiej dyskusji, rozważań, co było dobre, co super, a co nie do końca w porządku. Dają one według mnie pozytywny efekt, wydaje mi się, że z koncertu na koncert jest lepiej. Oczywiście grając szesnaście koncertów mogą trafić się ze dwa, trzy koncerty, gdzie jest, eufemistycznie mówiąc, dziwnie, chociażby ze względu na miejsce. Na przykład w Kaliszu graliśmy w jakiejś dyskotece - nawet jeśli przyszli fajni ludzie, to jednak warunki były niespecjalne. Kilka koncertów należy jednak z pewnością zaliczyć do udanych. Mam też wrażenie, że ta trasa jest wyczerpująca, pogoda dała nam wycisk - w tamtym tygodniu z powodu śnieżycy jechaliśmy przez trzynaście godzin dystans trzystu kilometrów.

Wspomniałeś o zgrywaniu się w nowym składzie. Właśnie, nie ma z wami saksofonisty Adama, który wziął jeszcze udział w nagraniu płyty, za to wzbogaciliście zespół o wibrafon. Jakie były powody tej zmiany?

Adam odszedł z powodów przede wszystkim osobistych, a nie muzycznych. Po nagraniu płyty, mając chwilę oddechu przed wyjazdem w trasę, podsumowując to, co zrobiliśmy, okazało się, że nasze drogi się rozejdą. Zawsze po nagraniu płyty jest taki gorący, napięty moment - gdy zespoły się rozpadają, to wtedy zazwyczaj. Odejście Adama nie było jednak zaskoczeniem i wynikało głównie ze względów osobistych. Muzycznie też mieliśmy do siebie różne zarzuty, jest to jednak normalne zjawisko w każdym zespole, nie było to nic szczególnego. Podczas tej trasy także mamy sobie nawzajem coś do zarzucenia, ale staramy się na to reagować, próbować się zmienić, by razem tworzyć, więc zespół się nie rozpadnie. Z Adamem nie było tak dobrego dialogu, być może był on zmęczony graniem w zespole i nie był do końca pewien, czy chce się on temu poświęcić. Więc obecnie gra z nami Marcin Czupidro. Nigdy wcześniej nie myśleliśmy o wibrafonie, pomysł współpracy pojawił się, gdy odszedł Adam. Mogliśmy albo w czwórkę starać się sprostać temu, co do tej pory wygenerowaliśmy na płytach i koncertach, albo kogoś znaleźć. A że z Marcinem znaliśmy się już wcześniej, więc dołączył on do nas.

Czyli starych utworów już raczej nie usłyszymy? Dzisiaj zagraliście Instytut Ruperta S., ale urwał się on dość szybko i zamienił w improwizację.

Raczej nie będziemy grali tych numerów, ewentualnie jakieś ich elementy. Z Instytutu ostał się jedynie początek, to fakt. Nasza muzyka stała się bardziej otwarta na improwizację, mamy znacznie większą swobodę, by raczej grać, a nie tylko odtwarzać. Staramy się unikać zastępowania w starych utworach partii saksofonu wibrafonem, to nie ma sensu. Nie można było tego jednak uniknąć na przykład w "Grzybiarzu" i wtedy wszyscy mają wrażenie, że saksofon był jednak lepszy. Wynika to z wybitnie dęciakowej aranżacji tego numeru. Chodzi nam obecnie o zupełnie inne granie i jestem z tego zadowolony.

Czyli jesteście bardziej ukierunkowani na improwizację?

Tak, gramy oczywiście pewne ustalone utwory, ponieważ chyba nie jesteśmy w stanie zagrać w pełni improwizowanego koncertu, ale zostawiamy sobie znacznie więcej przestrzeni. Podejmujemy więc ryzyko zabrnięcia w ślepą uliczkę, co jest nieodłączne przy improwizacji i czasem się zapewne zdarza. Ale takie koncerty są wyzwaniem i sprawiają nam przyjemność.

Co planujecie po zakończeniu trasy po Polsce?

Zrobimy sobie dwa miesiące przerwy, a na przełomie lutego i marca gramy długą, miesięczną trasę po Europie, obejmującą Belgię, Holandię, Francję, Niemcy i Czechy.

Opowiedz proszę, jak przebiegało nagrywanie płyty. Korzystaliście przecież z dość unikatowego, analogowego studia Obuh w Rogalowie.

Nagrywanie zajęło trzy tygodnie. Najpierw latem przez tydzień pracowaliśmy, chcąc wyczuć studio i sprawdzić, czy w ogóle uda nam się nagrać tam album. Wtedy powstały dwa utwory, które znalazły się na płycie w niezmienionej postaci i dwa potem jeszcze poprawione. Okazało się, że studio i tryb pracy w nim bardzo nam odpowiadają, więc po przerwie wróciliśmy do Rogalowa we wrześniu i przez dwa tydodnie zarejestrowaliśmy resztę materiału a także zmiksowaliśmy go. Pomagał nam jako realizator dźwięku Wojtek Czerń. Płyta była więc gotowa dość szybko.

Na czym polega różnica pomiędzy tym studiem analogowym a zwykłymi?

Po pierwsze, różnica jest ogromna, po prostu przepaść. Ponieważ każdy instrument ma swoją określoną jakość, emituje dźwięk o także pewnej jakości, wychwytuje go mikrofon, potem dźwięk poprzez kabel dociera do wzmacniacza, który może być lampowy lub tranzystorowy i na koniec jest ten dźwięk rejestrowany przez szesnastośladowy mikrofon, więc każde urządzenie wywiera swój wpływ. U Wojtka cały proces obsługiwany jest przez sprzęt analogowy z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wytworzany w manufakturach, które miały wtedy bardzo wysoką jakość techniczną. Jest to studio zupełnie nieporównywalne do studia cyfrowego. Oczywiście analog przenosi mniejszą rozpiętość częstotliwości, zawęża panoramę, więc ma wiele wad z technicznych. Z naszego punktu widzenia korzystne okazało się jednak to, że musieliśmy uprościć mechanizm nagrywania, nie mogliśmy sobie pozwolić na edycję materiału w przypadku pomyłek. Za pomocą komputera możesz korygować błędy, rozciągać dźwięki, zmieniać ich głośność, ostatecznie zapętlać. Takich rzeczy nie można uzyskać na analogu bez cięcia taśmy. Z tego powodu kompozycje są prostsze, bardziej oszczędne, stanowią osobne historie, więc płyta jest mniej konceptualna i spięta w jedną całość.

Czy od samego początku mieliście już koncepcję nagrania muzyki prostszej, czy wyklarowało się to dopiero po zapoznaniu się z warunkami w Rogalowie?

Już wchodząc do studia wiedzieliśmy, że kompozycje będą bardziej bezpośrednie, ale sam proces nagrywania jeszcze solidnie zweryfikował nasze plany. Nie było możliwości nagrywania równocześnie wielu instrumentów, ponieważ największą wadą tego studia jest brak dobrych pomieszczeń. Najlepszy efekt daje więc nagrywanie wielośladowe, czyli takie, gdzie powiedzmy bas i bębny są odseparowane od siebie i nagrywają razem barwę, a potem pojawiają się kolejne elementy.

Czy muzyka powstawała zespołowo, czy też macie lidera wychodzącymi z pomysłami i narzucającego kierunek ewolucji muzyki?

Pomysły powstają na różne sposoby. Kiedyś przewodził Kuba, który często przygotowywał całe bębny i bas, a ja potem wymyślałem akordy. Natomiast nowa płyta jest najbardziej zespołowym dziełem i być może dlatego jest też w pewnym sensie najbardziej uboga aranżacyjnie, czy też raczej melodycznie. "Nawyki przyrody" nie są tak rozbudowane, jak "Instytut Las". Utwory są bardziej aforystycznie, oparte na jednym powtarzającym się motywie, wewnątrz którego mają miejsce jednak jakieś energetyczne rozgrywki. Niektóre melodie wymyślił basista Marcin, pojawia się cichy elektroniczny utwór, są sample i wokale wgrywane przez Kubę za pomocą samplera. Nie chcieliśmy się ograniczać. Jest taka płyta Waitsa "Swordfishtrombones", gdzie on zrezygnował z jazzowo-bluesowej, piosenkowej formuły, na rzecz zaskakujących zagrywek - marimby, zardzewiałe klawisze pojawiają się na drugim planie, pełno jest dziwnych instrumentów. Więc "Nawyki przyrody" są czymś w tym stylu. W studiu stała na przykład stara, stuletnia fis-harmonia, sprawdzaliśmy jak ona brzmi - okazało się, że świetnie, że pasowałaby do naszej muzyki. Była to wielka przyjemność, ale też bardzo pracochłonny proces, pełen napięć.

Czy byliście więc zaskoczeni pracą w tym studio i końcowym rezultatem?

Przede wszystkim zaskoczyła nas jakość dźwięku. Nareszcie możliwe było nagranie bębnów, które brzmią potężnie, mogę podkręcić dźwięk głośno i wreszcie słyszę naprawdę dobrze nagrany bęben. I to jest pewne zaskoczenie, to że można przełamać cienkie brzmienie polskich jazzowych płyt. Takie cienkie brzmienie mają dla mnie nasza druga płyta, Pink Freud, Syfon. Zważ, że uważam brzmienie naszej drugiej płyty za słabe. Lubię te utwory, ale nie słucham tej płyty, bo ma ona właśnie cienkie brzmienie - słaby sygnał nagrywany jest na komputer i podbity za pomocą różnych cyfrowych zabiegów.

Jakie płyty ostatniego roku zapadły ci w pamięć?

Na pewno nowa Bjork, jest to bardzo dobra płyta w kategorii płyt popularnych. Robi na mnie wrażenie jej odwaga. Ukazał się nowy Jimi Tenor, ale jeszcze go nie słyszałem. W porządku jest nowy Waits, bardzo dobra jest płyta The Ex. Nie posiadam zbyt wielu nowych płyt. Czekam natomiast na nową płytę Kristen, która ma być nagrywana pomiędzy świętami a nowym rokiem. Mam nadzieję, że uda im się zawrzeć na niej, to jak chcą brzmieć, tak jak nam się to udało.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Artur Majewski w popupmusic