polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Robotobibok wywiad z Maćkiem Bączykiem

Robotobibok
wywiad z Maćkiem Bączykiem

Wrocławska formacja Robotobibok była jednym z kluczowych punktów Festiwalu Kina Niemego w Warszawie. Po występie udało nam się porozmawiać z gitarzystą Maćkiem Baczykiem. Oto zapis tej konwersacji.

Oglądając wasz dzisiejszy występ do "Symfonii zmysłów" miałem wrażenie, że przygotowaliście się bardzo skrupulatnie, niewiele pozostawionych zostało miejsc niedopracowanych. Wydawało się, że całość materiału powstała z myślą o pokazie i uwypukleniu jego dramaturgii. Jak przebiegał proces przygotowań?

Twoje podejrzenia są całkowicie poprawne, faktycznie przygotowaliśmy muzykę specjalnie pod ten film. Dostaliśmy go już miesiąc wcześniej, więc mieliśmy wystarczająco czasu żeby coś wymyślić. I poszło zgodnie z zamierzeniami, tak jak to dzisiaj zagraliśmy, tak mniej więcej sobie to wyobrażaliśmy na ostatniej próbie, nie było za bardzo ani jakiś pomyłek, ani potknięć. A jak powstawała ta muzyka. Cóż, oglądaliśmy "Symfonię..." scenę po scenie. Zastanawialiśmy się jaki panuje w niej klimat, komuś przychodziła do głowy melodia, komuś bas. Niewiele się to różni od tradycyjnego procesu twórczego. Są tam jednak fragmenty, w których nie ma rytmu, tylko na przykład dźwięki syntezatora, one też mają swój klimat, pozwalają wyrazić pewne nastroje, które my wyłapaliśmy oglądając film. Ten aspekt przybliża całą sprawę do komponowania muzyki filmowej. Zatem improwizacji dzisiaj było niewiele, bodajże w dwóch miejscach. A jeżeli była pewna swoboda, to i tak graliśmy w określonym klimacie, przy użyciu określonych instrumentów.

Jak myślisz, czy taka ilustracyjna muzyka do niemego filmu może żyć swoim własnym życiem, czy obroni się ona sama, bez obrazu. Czy może jednak będzie ona niejasna i pozbawiona dramaturgii. Przykładowo, Cinematic Orchestra wydało swoje dokonania związane z filmem "Człowiek z kamerą". Też kiedyś graliście do tego filmu. Jak oceniasz tego typu projekty?

Wydaje mi się, że ma to sens jedynie razem z filmem, dlatego, że ta muzyka ma swój jednoznacznie filmowy charakter. Mam płytę Cinematic razem z DVD, ale nie słuchałem jej pod kątem jej odbioru bez filmu. Poza tym, totalnie mi się ona nie podoba, jest za słodka, nijaka. Ten film jest bardzo dynamiczny, z pazurem, a to co zagrało Cinematic wręcz przeciwnie. Film jest wspaniały i dlatego kupiłem sobie DVD. Oprócz tego oni wydali też album z muzyką inspirowaną filmem, ale utwory na nim zawarte nie mają być do niego ścieżką, więc to zupełnie inna sprawa. Natomiast wracając do naszego dzisiejszego koncertu, to z pewnością niektóre fragmenty mogłyby dalej być rozwijane, zasługują na dalszy żywot. Podobnie jak i to, co graliśmy w Białymstoku do "Człowieka z kamerą". Możliwe, że powrócimy do nich w przyszłości. Jednak publikowanie całego 90-minutowego zapisu bez filmu jest bez sensu.

W czasie waszych koncertów wyczuwa się dbałość o przygotowanie aranżacji, często wymieniacie instrumenty, sprawiacie wrażenie sprawowania pełnej kontroli nad tym, co dzieje się na scenie. Czy stawiacie bardziej na pewność i przygotowanie niż na improwizację? Czy takie podejście wykażecie też w studio przy nagrywaniu nowej płyty?


Na koncertach jest inaczej niż było tutaj, ponieważ tam nie gramy rzeczy całkowicie ustalonych. Fakt, są to utwory dopracowane. Jednak określamy sobie jakąś swobodę i pozostawiamy jej sobie całkiem sporo. Szczególnie ostatnio robimy więcej utworów otwartych w formie. Co do płyty, to mamy już pięć, sześć utworów, a w powiązaniu z rzeczami, które się ostatnio wydarzyły w związku z przygotowaniem do filmu okazuje się, że jest tego materiału nawet trochę więcej. Ale nagrywając album chcemy mu nadać odrębny, studyjny charakter, bo nie ma sensu grać live w studiu. Już wolę nagrać płytę live w czasie koncertu.

A czy są takie plany?

Tak, nagrywamy wszystkie koncerty, nieważne czy gramy w Krotoszynie, czy w Amsterdamie, ale używamy minidisca, przez co jakość tych nagrań nie jest zadowalająca, brzmi to garażowo. Czasami ta muzyka jest świetna, bardzo energetyczna, ale jakościowo się nie nadaje. Planujemy nabyć zestaw do nagrywania koncertów i wtedy kto wie - po jakiejś trasie koncertowej może wydamy bootlegi albo normalny koncertowy album.

Słuchając "Instytut Las" mam wrażenie, że jest on jedną długą opowieścią. Szczególnie w porównaniu do wcześniejszego "Jogging" uderza spójność muzyki. Czy kolejna płyta też będzie tak koncepcyjna?

Rzeczywiście, "Jogging" jest po prostu zbiorem ośmiu piosenek, a "Instytut..." jest spójny, ciągły. Nowy album może nawet bardziej będzie koncepcyjny, ale nie na zasadzie takiej, że utwory będą przechodziły jeden w drugi, jak w Pink Floyd. Wydaje mi się, że będzie on mniej rozstrzelony stylistycznie, ale tego do końca nie mogę być teraz pewny.
Poza tym mamy plan, żeby wydać płyty na analogach, ponadto może album z piosenkami, czyli z wokalem. Na razie nie szukaliśmy jednak nawet wokalisty, mamy po prostu kilka takich piosenkowych numerów, nawet dwa z dzisiaj zagranych by się nadawały, tam były takie przeboje. Na razie pozostaje to jednak w sferze gdybania i planów.

Te nowe kompozycje, które słyszałem uderzają większą ilością syntezatorów, także aranże starych kawałków noszą ich ślad. Czy na płycie możemy się spodziewać rozwinięcia tych brzmień? I kiedy właściwie się ona pojawi? Czy macie już zaplanowane szczegóły odnośnie procesu rejestracji?

Syntezatorów rzeczywiście jest ostatnio więcej, zatem album też będzie na pewno bardziej syntezatorowy. Zauważ jednak, iż pewne starsze kompozycje konsekwentnie bronią się przed wtargnięciem syntezatorów, chociażby Maraton Tańca. Co do nowego albumu, to planujemy go nagrać we wrześniu. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, to być może jeszcze w tym roku się on ukaże, a jeżeli nie - to zimą roku przyszłego. Nie wiemy jeszcze na pewno. Tak jak i nie mamy pewności, gdzie będzie miała miejsce rejestracja. Zapewne w Polsce, ale na pewno nie w Bydgoszczy, gdzie nagraliśmy poprzednie dwie płyty. Produkcją zajmiemy się raczej sami, być może ktoś nas wesprze, jeżeli okaże się bardzo pomocny. Bo to nie jest tak, że mamy jakiegoś producenta, który dyryguje naszymi poczynaniami w studio. Wkładem producenta jest większe doświadczenie w tego typu pracy i dystans do muzyki, może doradzić, co poprawić, co powtórzyć, zagrać jeszcze raz. Na tym polega jego pomoc. Ale w żadnym wypadku nie ingeruje on w długość i konstrukcję utworów. Tak było, gdy współpracowaliśmy z Tomkiem Gwińcińskim, nie zamierzamy tego zmieniać.

Podejrzewam, że kontynuowana będzie działalność Wytwórni OM i wydacie płytę własnym sumptem. To zrozumiałe. Czy planujecie może rozszerzenie zakresu jej działalności na przykład na wydawanie płyt innych wykonawców?

Jasne że wydamy się sami. Ale nie sądzę, żebyśmy się angażowali w inne wydawnictwa, nie to jest naszym celem. Bodźcem do powstania Wytwórni była chęć sprawowania kontroli nad naszą twórczością, nie chcemy wchodzić szerzej w działalność wydawniczą. Pozytywem istnienia Wytwórni OM jest nasza swoboda, to że nikt nam nie dyszy nad uchem, mamy ochotę wydać album, to wydajemy i tyle. Sami robimy okładki, dystrybucję i wszystkie rzeczy dookoła...

No i teledyski

A tak, jeden zrobiliśmy.

Czy udaje wam się utrzymać z muzyki, czy też pracujecie gdzieś jeszcze?

Pracujemy, ja osobiście wolę mieć pieniądze z innego źródła niż muzyka. Ale ostatnio gramy bardzo dużo koncertów, także za granicą, więc dzięki temu jest coraz lepiej z finansami. Zagraliśmy dużą trasę po Holandii i Belgii, piętnaście koncertów, zazwyczaj w dużych klubach. Graliśmy też supporta przed Tied&Tickled Trio. Dużo osób było na tych imprezach, zapamiętało naszą śmieszną nazwę, a przede wszystkim muzyka się spodobała. W tym momencie mamy ustawione czterdzieści koncertów do sierpnia, jest więc co robić, dostajemy za to pieniądze, nie narzekam.

Czy bierzecie udział w innych projektach, pogrywacie z innymi ludźmi, czy też Robotobibok jest jedynym środkiem waszej artystycznej realizacji?

Raczej nie gramy z nikim innym, ale niewykluczone, że w przyszłości coś się pojawi. We Wrocławiu robi też swoje nagrania nasz bliski kolega Marcin Cichy z zespołu Skalpel. Mieszkaliśmy kiedyś obok siebie, a Kuba -perkusista- miał kiedyś z Marcinem zespół, więc te związki są dosyć silne. Niewykluczone, że coś z tego wyniknie, ale to na razie przyszłość. Oni też grają teraz koncerty za granicą, więc mimo, że mieszkamy w tym samym mieście, to bardzo trudno nam się spotkać.

Na jakie płyty czekacie w tym roku? Jakie nadchodzące koncerty przyprawiają was dreszcze oczekiwania?

Bardzo chciałbym na Kraftwerk się wybrać, to jest mój ulubiony zespół, ale pechowo nie mogę, bo wtedy gramy w Paryżu, w tym samym dniu. A co do płyt, nie bardzo wiem co ma się ukazać, ponieważ nie śledzę tego. Ostatnio w ogóle przestałem kupować kompakty, przerzuciłem się na płyty analogowe, a je strasznie trudno jest dostać. To też sprawia, że nie jestem zbyt na bieżąco. Ale słyszałem nowe Tortoise, nowego Roba Mazurka właśnie wczoraj kupiłem, co jeszcze... nowe To Rococo Rot jest bardzo fajne. Ale nie obserwuję rynku muzycznego, tego, kto ma wydać płytę i co się z tym wiąże. Raczej moja konsumpcja dóbr kulturalnych polega na tym, że one mnie zaskakują, przypadkiem coś wynajdę i potem się tym zachwycam. I równie dobrze to mogą być rzeczy stare jak i nowe, nie jestem kolekcjonerem, który wyczekuje na coś.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Artur Majewski w popupmusic