polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Daniel Martin-McCormick wywiad

Daniel Martin-McCormick
wywiad

Daniel Martin-McCormick na tegorocznym festiwalu Unsound był chyba najbardziej aktywnym muzykiem – zagrał dwa koncerty solowe, po czym wystąpił jako członek zespołu LA Vampires. Ale w porównaniu do jego poprzednich dwóch wizyt w Krakowie z grupą Mi Ami, można było odnieść wrażenie, że te trzy koncerty fizycznie zmęczyły go mniej niż godzina ekstatycznego post-punka wówczas. Naszym zdaniem człowiek, który objawił się dziesięć lat temu jako młoda nadzieja waszyngtońskiego post-hard-core’u, wzniósł go na nowy poziom po czym zwrócił w stronę elektroniki jest postacią ciekawą, zwłaszcza, że jeszcze nie ma trzydziestki. Mamy nadzieję, że po lekturze wywiadu uznacie tak samo.

Dla mnie jesteś muzykiem, który kiedyś grał w Black Eyes, potem w Mi Ami, a do Krakowa przyjechał teraz jako Sex Worker i Ital – w sumie taka jest kolejność powstawania tych projektów. Ale tu na festiwalu większość ludzi identyfikuje Cię z Ital, to dla nich główny powód Twojej obecności. Czy dla Ciebie istnieje jakaś hierarchia tych projektów?

Przez pewien czas Mi Ami było w pewnym sensie najważniejsze, ponieważ było to nasze główne zajęcie, gdy mieszkaliśmy w San Francisco. Sex Worker powstał w dużym stopniu jako typowy projekt poboczny. Chodziło o moje poszczególne pomysły na brzmienie, jakie chciałem zgłębiać, stany emocjonalne, których zespół raczej by nie zaadoptował. Zespół jest demokratyczny, a ten projekt miał być właśnie solowy, poboczny. Potem przeniosłem się do Nowego Jorku, a Damon, mój kolega z zespołu, został w Kalifornii, te projekty wtedy zrównały się względem siebie. Jednak Sex Worker został nieco w tyle, nie grałem żadnych nowych piosenek, raczej rearanżowałem stare. Ale nie miałem na to zbyt wiele czasu, bo zacząłem pracować nad Ital. Ital w porównaniu do Sex Worker jest bardziej otwarty. Sex Worker z założenia był bardzo intensywny, tak jak jego nazwa.

I chyba konceptualny, pierwsza epka „Labor of Love” uzupełniała nazwę i miała wyraźnie określoną tematykę.

Tak, chodziło o koncepcję, o aktywność seksualną, o seksualny handel ludźmi i sposób, w jaki doświadczamy w społeczeństwie swoich ciał. Te rzeczy naprawdę mnie interesowały. Ale w Ital to również jest obecne, tyle, że bardziej ukryte. Ital jest bardziej otwarty, neutralny. Początkowo zakładałem, że będą to kawałki techno, poboczne względem projektu pobocznego, ale potem poczułem, że może to być bardzo wyzwalające.

Miałem użyć tego słowa w kolejnym pytaniu. Koncerty Ital to występy bez wokalu, czy to jest dla Ciebie wyzwalające po latach bycia wokalistą?

Właśnie śpiewanie jest jedną z najbardziej wyzwalających czynności na świecie. Uwielbiam śpiewać i za każdym razem gdy gram muzykę, czuję jakby przepływ skupionej energii. Moim zdaniem tylko granie na perkusji, ewentualnie na saksofonie może być tak fizyczne jak śpiewanie, lecz w śpiewaniu jest więcej emocji. Ale mój głos jest jaki jest i wiesz, nie chciałby słuchać kawałka techno ze swoim głosem. Mam znajomych, którzy graliby techno śpiewając czy raczej mamrocząc do tego, ale dla mnie to dziwne, bo uważam, że to po prostu nie brzmi dobrze. Nie chodzi o wykluczanie głosu, przyjęcie, że jeśli techno to tylko bez wokalu, ale po prostu w pewnych melodiach i pomysłach mój głos się nie sprawdza, nie chciałbym go słyszeć.

Rozumiem, musiałbyś brzmieć jak Atkins, by dodać głos do tego typu muzyki.

Tak. W Sex Worker wychodzi to bardzo dobrze, ale Mi Ami nadal działa i tam też śpiewam, na tym chciałbym się skupić. Myślę, że teraz wszystko się zsynchronizuje. Chciałbym myśleć o tym co robię jako o całościowej twórczości, a nie jak o poszczególnych projektach.

Półtorej roku temu grałeś w Krakowie z Mi Ami po ostatnim albumie gitarowym, to był Wasz drugi koncert tutaj. Ludzie pamiętają, co robiłeś w Black Eyes i ja sam postrzegałem Mi Ami jako jeden z nielicznych zespołów, który ducha starego Dischordu potrafiły odświeżyć. A tu nagle wydajecie wiosną „Dolphins”, które brzmi kompletnie inaczej, syntetycznie. Czy ta wolta jest pewnym przełomem, efektem czegoś, co nastąpiło po ostatniej europejskiej trasie Mi Ami, czy był to bardziej płynny proces, którego ludzie nie zauważyli, bo go nie ujawnialiście?

To drugie, dokładnie. Zacząłem pracować nad Ital już wcześniej tamtego roku, pracując równocześnie nad albumem „Waving Goodbye”Sex Worker, czyli materiałem, który dzisiaj zagrałem. Więc już wtedy szedłem w tym kierunku. Ale rzeczywiście można mieć wrażenie, że wydarzyło się to nagle. Zwłaszcza, że od końcówki ubiegłego roku pojawiły się płyty Sex Worker, Ital i Mi Ami.

Stare Mi Ami odstawałoby w tym zestawie dużo bardziej niż „Dolphins”.

Tak, to ciekawe, bo gdy poznaliśmy się z Damonem, założyliśmy Mi Ami jako duet. Potem dołączył Jacob Long. Byliśmy rodzajem elektronicznego zespołu disco. Ja grałem na syntezatorze, Damon na automacie perkusyjnym. Nie mieliśmy pojęcia co robimy i wychodziło nam to okropnie. Postanowiliśmy tego nie robić i wymyślić coś bardziej żywego. I tak powstał nasz zespół. Ale zawsze mieliśmy ten pomysł z tyłu głowy. Słuchaliśmy dużo muzyki tanecznej, disco i boogie. To trochę, jakby miał ci wyskoczyć pryszcz. Czujesz, że to się stanie, tak jakby czekasz na to od dawna i nagle się pojawia. To zabawne, ale naprawdę nadal lubię te gitarowe rzeczy, które zrobiliśmy. Czuję, ze część mnie nadal jest z tym związana. Nie odczuwam tego tak, że to co było kiedyś jest fałszem, a to co robię teraz, jest prawdziwe. Jednak gdy zaczęliśmy grać elektronikę, nie chciałem grać na gitarze, byłem gotów ją odłożyć. A teraz czuję, że nie chcę żadnych ograniczeń, że tyle kreatywności przepływa pomiędzy mną a Damonem, możliwości by coś zrobić. Czasami nawet chciałbym mieć zespół rockowy z Damonem, grać z nim w obu zespołach.

Zagrałeś tutaj dwa własne koncerty i jeden jako muzyk LA Vampires, Twoje płyty ukazały się w Not Not Fun i 100% Silk. Związałeś się jedną z wiodących wytwórni, środowisk nowego undergroundu, a prawie dziesięć lat temu wydawałeś w Dischord Records, która była wręcz ucieleśnieniem idei muzyki niezależnej późnych lat 90tych. Jaka jest dla Ciebie różnica między nimi?

Cóż, oba doświadczenia są piękne. Nagrywanie dla Dischords było niesamowite. Mieszkałem w Waszyngtonie, więc miałem trochę fuksa, że trafiłem do Dischordu – jeśli tam nie mieszkałeś, to nie było cię w Dischord. Chociaż oczywiście mieszkanie tam nie gwarantowało, że trafisz do tej wytwórni. Dorastałem słuchając zespołów jak Minor Threat, Void, Bad Brains, a samo Fugazi było dla mnie szalenie ważne. Myślę, że wszystko co robię, sposób, w jaki myślę o muzyce, można tak naprawdę odnieść do tych Black Flag, Fugazi i kilku innych rzeczy, które się wydarzyły wtedy lub trochę później. Nawet to, co graliśmy dzisiaj. Więc nagrywanie dla Dischords było spełnieniem marzeń i było też bardzo swobodne, mieliśmy dużo wolności. To samo dotyczy zresztą Amandy i Britta, ale jest inaczej. Chyba zmienił się charakter energii. Inaczej było w latach 1990tych, co prawda my nagrywaliśmy w Dischord w 2002/2003 roku, ale to nadal były lata 1990te. Myślę, że to było bardzo nowoczesne i modernistyczne. Obecnie to jest raczej postmodernizm. Muzycznie Dischord był nie tyle odkrywczy, odważny, co wręcz przeciwstawny, był przeciw czemuś. Było nad czym pracować, można było przesuwać granice. A teraz się to odwróciło, ludzie chcą odkrywać popowe brzmienia, ich ciemne i dziwaczne zakamarki.

Ale gdybym zagrał w Waszyngtonie w tamtym czasie to, co usłyszałeś dzisiaj, ludzie by tego nie przyjęli. Byli bardzo radykalni. Keyboard ani automat perkusyjny by nie przeszły. Ludzie lubili hip-hop, ale to co innego. I nie chodzi o to, że tamte czasy były bardziej zamknięte na różnorodność niż obecne, bynajmniej, tylko były skupione na czymś innym, miały inną perspektywę. To było też widoczne w nastawieniu osób prowadzących wytwórnię. Dischord jest bardzo poważny, oddany konkretnym ideom, np. nie robił żadnej promocji w prasie. Jeśli prowadzisz magazyn i poprosisz ich o kopię płyty, wyślą ci ją, ale zawiadomią też, że to wbrew ich zasadom. Not Not Fun porusza się po świecie bardzo płynnie, Amanda i Britt są bardzo dobrzy w sprawianiu, by ludzie się ekscytowali pracując dla nich, nawet gdy mają mniejszy budżet niż kto inny. Obie wytwórnie są bardzo oddane swoim artystom i z entuzjazmem patrzą na ich rozwój, co jest najważniejsze. Znam ludzi, którzy żalili się, że szef wytwórni mówił im „lubię twoje piosenki, ale zmień tę, nie graj tamtej, tę zmiksuj inaczej no i zmień okładkę płyty”, etc. Ja nigdy tego nie doświadczyłem.

To takie przysłowiowe doświadczenie zespołu, który w latach 1990tych podpisał kontrakt z majorsem, podejrzewam, że teraz się to zdarza i w tych „niezależnych” wytwórniach.

Tak. Więc uwielbiam obie te wytwórnie właśnie za ten ich entuzjazm co do kwestii rozwoju i wolności artysty. Kiedy popatrzysz na pierwszą epkę Sex Worker i najnowszą płytę Ital, są bardzo różne. Ale od Not Not Fun miałem ciągle wsparcie. Tak samo w Dischord mieliśmy dużo wsparcia i entuzjazmu. Ian MacKaye był bardzo zadowolony z rozwoju Black Eyes. Kiedy się rozpadliśmy, zadzwonił do każdego z nas osobno i przekonywał, żebyśmy zatrzymali zespół. Bardzo był w nas zaangażowany. Widzę przede wszystkim podobieństwa między tymi dwiema wytwórniami, różnice są w mniej ważnych sprawach.

Pisujesz recenzje dla Dusted Magazine. Czy gdy piszesz o muzyce, piszesz z punktu widzenia muzyka, czy raczej przechodzisz na drugą stronę barykady, oceniasz z innej perspektywy?

Myślę, że najbardziej istotne w pisaniu o muzyce jeśli nie jesteś muzykiem jest to, że nie grasz, nie nagrywasz płyt, nie jeździsz w trasę, nie załatwiasz spraw z wytwórniami i nie masz do czynienia z całym tym cholerstwem. Oceniasz tylko efekt końcowy, masz zupełnie inną perspektywę. To ważne, by opowiedzieć historię, że ta płyta jest inna od poprzedniej, jedna piosenka od drugiej. Dla mnie istotne jest, żeby płytę jakoś umiejscowić.

Bardzo podobała mi się Twoja recenzja „New Slaves” ZS, też dlatego, że była bardzo kontekstowa.

Tak, to ważne, dla mnie wręcz to kluczowe. Bo nie można oddzielić muzyki od jej kontekstu. Kontekst jest konieczny do zrozumienia. Największe arcydzieła zrozumiesz dopiero, gdy dowiesz się choć trochę, czym są, skąd pochodzą, jak działają. Nie jest tak, że słuchasz Bacha i nagle stwierdzasz, że tak, to jest najwyraźniej najpiękniej skonstruowana muzyka. Musisz wiedzieć, czego słuchasz. Inaczej jest o tylko nagromadzenie nut. Pisząc więc recenzje podchodzę do płyt nie tyle jako muzyk, ale bardziej jako osoba, która wie, o co chodzi w byciu muzykiem, jak to jest gdy nagrywasz drugą płytę, kiedy masz za sobą pierwszą, pojawiają się różne pomysły, z których może coś potem wychodzi, a może nie. Coś w tym stylu.

Czy można to, co robisz ostatnio w Sex Worker, Ital i Mi Ami, postrzegać jako pewnego rodzaju efekt inspiracji nowymi zabawkami? Czy przerzucając się z Damonem na różny sprzęt elektroniczny muzyka nie zaczęła w pewnym stopniu odzwierciedlać odkrywania jego możliwości, charakterystyk?

Tak, w pewnym stopniu. Jeśli nagrywasz tylko w dużym studio, to nagrywanie na czteroślad może być cool. Ale jeśli nagrywasz cały czas na czteroślad, to marzysz o prawdziwym studio. Jednak myślę, że podstawową kwestią jest tragizm muzyki, który polega na tym, że świetną płytę możesz nagrać tylko raz. Nie można świetnej płyty nagrać drugi raz. To niemożliwe. Ludzie naprawdę chcą, byś nagrywał świetne płyty nawet dziesięć razy, co najwyżej lekko zmienione. Ale jeśli na przykład grasz z furią na gitarze i ludzie się tym podniecają, to gdy zrobisz to dwieście razy, musisz zrobić coś innego. Wszyscy o tym wiedzą, ale nikt tego nie chce. To zawsze rozwija się po łuku. Czy chodzi o sprzęt, czy o sposób myślenia, podejście, zawsze pojawia się łuk. Najpierw masz pełno przestrzeni, mnóstwo ekscytacji, aż docierasz do momentu, w którym musisz zdecydować, gdzie idziesz dalej, gdzie jest kolejny bodziec, bo inaczej zaczniesz się powtarzać. Taki DJ Shadow – zrobił dużo płyt po „Endtroducing” i „Preemptive Strike”, ale nikogo to tak naprawdę nie interesuje, ważne są tamte dwie, wtedy on był wielki. Ale po nich on musiał zrobić coś innego. Więc tak, sprzęt w pewnym stopniu wpływa, ale nie tak bardzo. Istnieją też takie czynniki jak nowy pomysł, nowa nazwa, nowa idea. Zresztą, czasami ludzie słyszą tylko różnice, a czasami tylko podobieństwa. (śmiech)

Ok., ale zapytam jeszcze raz o sprzęt. Twoja muzyka powstaje w głównej mierze na komputerze, ale wydawało mi się, że na obu Twoich koncertach tutaj używałeś laptopa bardzo mało, jeśli w ogóle. Laptop sety zawsze budzą wątpliwości, czy są „live”, chcesz uniknąć takich niejasności?

Na żywo mało używam laptopa, prawda, ale nie sądzę, że jest w nim coś złego. Jedyną rzeczą jaką odrzucam, jest ekran. Na koncertach zawsze widzisz muzyków, dj'ów, swoich przyjaciół patrzących w monitory, wyświetlacze telefonów, piszących wiadomości. Monitory przykuwają uwagę. Gdy w restauracji jest telewizor, możesz prowadzić głęboką rozmowę ze swoją dziewczyną, a twoje oczy i tak będą co chwila spoglądały na ekran. Nie chcesz oglądać telewizji i pewnie nawet nie rejestrujesz, co w niej jest, ale ekran uzależnia. Czy jesteś dj'em grającym z winyli czy ze sprzętu elektronicznego – jeśli chodzi o dźwięk… mam to w dupie. Nie robi mi żadnej różnicy, czy ktoś używa dodatkowego syntezatora, czy komputera. Chodzi o ekran, ludzie muszą przestać się na nim skupiać, ważniejsze jest żeby być prawdziwie obecnym w miejscu, w przestrzeni, w której się znajdujesz. Z ekranem przed oczami to jest trudniejsze.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Black Eyes w popupmusic