polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Dustin Wong Infinite Love

Dustin Wong
Infinite Love

Solowa kariera Dustina Wong zaczęła się latem 2009 roku od zaproszenia do zagrania koncertu w pojedynkę. Wcześniej Wong miał co robić jako gitarzysta post-Deerhoofowej grupy Ponytail, uczestniczył też w nagraniu jednej płyty Ecstatic Sunshine. W świetle zawieszenia działalności przez Ponytail (na szczęście wracają w kwietniu z nową płytą) taka propozycja przyszła do niego chyba we właściwym momencie. Na przestrzeni roku od tamtego koncertu Wong wypracował charakterystyczny język rozpisany na gitarę elektryczną, kilka podstawowych efektów i loop stację, którego efektem jest pierwszy solowy album muzyka. Już w Ponytail uderzała rytmiczność jego gry, lekkość radosnych, ale zarazem kwaśnych brzmień i melodyka zgrabnie przekomarzająca się z infantylnością. To jeden z tych gitarzystów, którzy techniczną sprawność wplatają w zwichrowaną, energetyczną i wręcz chwytliwą muzykę.

Na „Infinite Love”, nawiązującym do tripu po wrzuceniu grzybków, Wong wychodzi z reguły z czytelnych melodii, które następnie przeistacza w wielopiętrowe konstrukcje. Rzadko gra akordami, za to często wykorzystuje pętle, przesunięcia i zaburzenia trwania fraz, żywcem jak z Reicha (swoją drogą, chciałbym kiedyś usłyszeć „Electric Counterpoint” albo „2x5” zagrane przez takich muzyków jak Wong lub Zs). Ale z tego opisu wynika tyle, co z powiedzenia, że Małe Instrumenty grają na zabawkach. W obu przypadkach, aura, melodyczna i strukturalna pomysłowość oraz element zaskoczenia grają kluczową rolę. Perliste, wyraziste brzmienie i rytmiczność gitary Wonga sugerują, że jego grzybiarski trip był bardzo barwny i ekstatyczny. W taką też podróż, pozbawioną przerw i niepostrzeżenie ewoluującą jak obrazy w kalejdoskopie, zabiera słuchacza „Infinite Love”. Żeby było ciekawiej, to album podwójny – na obu krążkach pierwsze dwadzieścia minut jest identyczne, po czym muzyka odpływa w odmiennych kierunkach, by w finale powrócić do tej samej, spinającej całość klamry. Dołączone do albumu DVD ma mniejsze znaczenie. Nie wiem, czy Wong jest w stanie zrobić w tej konwencji kolejną dobrą płytę. Tym bardziej warto posłuchać tej.

[Piotr Lewandowski]