polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Dead C Patience

The Dead C
Patience

Trudno sobie wyobrazić inny powód, dla którego powstała ta płyta, niż głęboka wewnętrzna potrzeba twórców. Majątku na muzyce nie zrobili i już nie zrobią. W ogólnoświatowe trasy nie ruszą, bo z Nowej Zelandii wszędzie daleko, rodzinę i dom utrzymać trzeba, a urlopu szkoda. Czyli potrzeba wewnętrzna i to prawdopodobnie o skrajnie fizycznym charakterze. Słuchając „Patience” nie sposób sobie bowiem wyobrazić The Dead C „komponujących” – ta muzyka się wykuwa, wyrzeźbia i krystalizuje się z każdą sekundą w milczącym, absolutnym porozumieniu twórców. Nie pada tu ani słowo. W sumie, piosenki The Dead C zazwyczaj wychodziły nieszczególnie. Jednak pomyśleć, że instrumentalna, surowa forma tej muzyki jest odwrotem od wcześniejszych niepowodzeń, byłoby nieporozumieniem. Ich nie obchodzi, co nagrali poprzednio.

Na „Patience” składają się dwie długie, kilkunastominutowe kompozycje, jedna miniaturka i jeden utwór kilkuminutowy. W sumie niecałe 40 minut muzyki, powolnego przemarszu, nieubłaganej dekonstrukcji rocka, którego postępujący rozpad ma w sobie coś epickiego. Wyraźnie rozplanowany został miks i funkcje. Michael Morley w lewym kanale dokonuje wiwisekcji riffów, Bruce Russel przez cały album używa niekonwencjonalnych technik gry, tworząc wibrujący, fascynujący dron, czasem rozpuszczający się w dźwiękową plamę, czasem szorstki do bólu. W finale płyty dociera w rejony Kevina Drumm. Perkusista Robbie Yeats gra oszczędnie, wręcz zredukowanymi rockowymi patentami, zarazem sprawiając wrażenie, jakby był ciągle między nimi. Na pierwszy rzut oka The Dead C dokonują tej cierpliwej, spokojnej destrukcji każdy po swojemu. Gdy przyjrzeć się bliżej, dostrzega się jej wyższy poziom – to destrukcja także klisz kontestatorów.

„Patience” urywa się nagle w piętnastej minucie utworu South. Mógłby trwać dłużej, mógłby krócej, bez znaczenia. Nie ma żadnego powodu, dla którego powstał, a jest. I jest wspaniały

[Piotr Lewandowski]