polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Various Artists The Kings of Jazz, Compiled by Gilles Peterson & Jazzanova

Various Artists
The Kings of Jazz, Compiled by Gilles Peterson & Jazzanova

Zacznijmy od cytatu z Gillesa Petersona, wymownie wskazującego na sens powstania składanki "The Kings of Jazz": "There is still so much music to discover from the annuals of history. Jazz is not elitist, it is just deep. We're open, we want to share our music, we want people to know about it." Przyznam, że sam tytuł płyty momentalnie odrzucił mnie swoją pretensjonalnością i stworzył obawę, że pod tak idiotycznym tytułem kryje się idea rodem ze jakiś telezakupów Mango. Przecież nie sposób najszerzej sięgającego nurtu w historii muzyki opisać hasłem "Kings of." w ciągu siedemdziesięciu minut. Zapomnijmy więc o tym pomylonym marketingowym chwycie i przyjrzyjmy się zawartości dwóch dysków, z których jeden, pod hasłem "the history", skompilowany został przez Gillesa Petersona, drugi - "the present" - przez Jazzanovę.

Nie będę ukywał, że znacznie ciekawszy i intrygujący jest moim zdaniem wybór Petersona, który dwunastoma kompozycjami potwierdza pogląd pewnego kręgu jazzowego audytorium (jeszcze z początku lat sześćdziesiątych), które, sceptycznie przyglądając się narodzinom free jazzu i eksperymentom Coleman'a czy Coltrane'a, twierdziło, że za kilka dekad i tak chętniej wracać się będzie do tradycyjnej, bepowej wibracji. I choć Peterson ukazuje artystów związanych bliżej z awangardą, jak Arthur Blythe, jego płyta jest bardzo, ale to bardzo chwytliwa. Sięgając po potężnie wibrujące nagrania zespołu perkusisty Roya Haynesa z końca lat siedemdziesiątych, czy soulowe, rozśpiewane Spirits Up Above grupy Rahsaana Rolanda Kirka, Gilles ukazuje oblicze jazzu flirtującego z brzmieniami ulicy czy inspiracjami muzyką afrykańską. Koncertowe nagranie The Jazz Crusaders mogłoby służyć za dowód poważania, jakim cieszy się "tradycyjna" metoda w jazzie. Bardziej emocjonalny, modalny charakter ma utwór Arta Blakey ze wspaniałymi dialogami między elektronicznymi instrumentami klawiszowymi a trąbką, opartymi o zwartą sekcję rytmiczną, przywodzącymi na myśl dokonania Milesa Davisa z końca lat sześćdziesiątych - kilkanaście minut czystej przyjemności. Wokalne oblicze gatunku ukazuje jeden z trzech białych wykonawców na płycie, czyli Mark Murphy w sympatycznej, wyraźnie pociągniętej już znakiem czasu, wersji standardu My Favorite Things, oraz Moves Charlesa Mingusa - choć tutaj szkoda, że tego nieokiełznanego basistę ukazano w tak "niereprezentatywnym" kawałku. Można jeszcze wyciągnąć wniosek, że z instrumentów dętych pierwszeństwo dostał saksofon, czego przykładem choćby nastrojowa kompozycja wczesnego Coltrane'a. Tę naprawdę ciekawą, gdyż opartą na kompozycjach mniej znanych, a równocześnie spójną, choć przecież pobieżną, wycieczkę po jazzie zamyka najgłębszy skok w przeszłość, czyli senny fortepian Billa Evansa.

W takim towarzystwie wybór Jazzanovy wypada po prostu blado, dowodząc, że samplowanie trąbek, nastrojowy szmer i kroczący bas, to nie narzędzia, ale niemal synonim improwizacji. Jak można się domyślić, "the present" w wydaniu Jazzanovy to ani nie scena chicago, ani nie Medeski, Martin & Wood, ani nie progresywne projekty Matthew'a Shipp'a, o Zornie nie wspominając. To raczej "zainspirowane" jazzem oraz soul'em, lekkie, łatwe i przyjemne czillouty przeplatane utworami bardziej przestrzennymi a la Cinematic Orchestra lub, z drugiej strony, zahaczającymi o house. Pewnym organicznym przerywnikiem są zagrane na żywo Mother of the Future Bembe Segue oraz Everything's Changed Big Bandu Matthewa Herberta z Jamie Lidellem na wokalu. I choć "In Between" Jazzanovy darzę wielkim poważaniem, a za Cinematic poszedłbym w ogień, kompilacja niemieckiego kolektywu wypada zbyt plastikowo, by wyróżnić się z masy składanek "nowojazzowych" i by dorównać tradycji uchwyconej na dysku Gillesa.

Reasumując, choć "the present" jednym uchem wpada, a drugim wypada, to "the history" jest naprawdę ciekawym dowodem na to, że z arcy-trudnego zadania, jakie postawił sobie Peterson, można wyjść obronną ręką, nawet jeśli pod bzdurnym tytułem. I dlatego za pięć czy piętnaście lat pamiętać się będzie o artystach ukazanych właśnie przez niego, a słuchać ich warto dziś tak samo, jak wtedy gry nagrywali.

[Piotr Lewandowski]