polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Mars Volta Frances the Mute

The Mars Volta
Frances the Mute

Zawsze chciałem mieć zespół rock'n'rollowy grający salsę

Cóż, chyba nie takiego wyznania oczekuje większość fanów grupy Mars Volta od jej przewodniej postaci i autora muzyki, czyli Omara Rodrigueza Lopeza. Tak się jednak składa, że próby zaklasyfikowania Mars Volty w jednym zdaniu z góry skazane są na niepowodzenie, więc może lepiej sprowadzić je do absurdu. W czasach, gdy nawet Black Eyed Peas gatunkowy eklektyzm i łączenie stylów podaje za wyznacznik swojej muzyki, niełatwo znaleźć wykonawców, którym autentycznie się to udaje. Wydaje mi się jednak, że grupka muzyków z El Paso już swoją debutancką epką "Tremulant" i albumem "De-Loused in Comatorium" zasłużyła na taki komplement. A najnowsze dokonanie Mars Volta, monumentalna płyta "Frances the Mute" jest kolejnym uderzeniem przenikającym do głębi duszy i serca słuchacza, zabierającym go w długą, nasyconą emocjami podróż, w czasie której nie brakuje i chwil lirycznych, stonowanych, jak i potężnych, naładowanych energią spięć. Życzyłbym sobie, by każdy kolejny rok zaczynał się od tak imponujących albumów. Sądzę, że muzykom udało się przeskoczyć poprzeczkę wyznaczoną niezwykle wysoko dwa lata temu, gdy ukazało się "De-Loused in Comatorium", a transowe koncerty zwróciły na nich uwagę całego świata. Zadanie nie było łatwe, bowiem często spektakularny debiut, szczególnie gdy jest niekonwencjonalny, rzuca cień na kolejne płyty. Można się z tego ambarasu wywinąć diametralną woltą, co uczynił chociażby Fantomas, albo też intensyfikacją swoich cech i zalet. W tę stronę wyruszyła Mars Volta. O ile debiut był kafkowską przypowieścią o perypetiach delikwenta pogrążonego w śpiączce i zmagającego się ze swoimi wspomnieniami i przeszłością, obecnie otrzymujemy opowieść o dziewczynie dowiadującej się, że nigdy nie spotkała swych biologicznych rodziców i dlatego poszukującej swoich korzeni. Dosłownie i w przenośni. Nie obawiajcie się, nie mamy do czynienia z historią godną scenariusza dramatu telewizyjnego Hallmarku. Opowieść jest punktem wyjścia do fantazji Cedrica Bixlera, który ponownie uwikłał się w słowne kalambury i niejednokrotnie staje się niezrozumiały w swym strumieniu myśli. W przyswojeniu lirycznej warstwy pomóc mogą tym razem teksty umieszczone na okładce, jednak w przypadku hiszpańskich fraz problem pozostaje, przynajmniej dla mnie.

Mars Volta to żadni nowicjusze, niby wydali dopiero drugi album, ale z muzyką mają do czynienia już od prawie dekady, wcześniej zapisując się do historii punk-rocka i emo pod szyldem At the Drive-In, formując także inne projekty. Dla Popupa jest to także zespół szczególny, przecież Mars Volta widniała na okładce naszego pierwszego numeru. Dlatego zainteresowanych bardziej zamierzchłymi dziejami i szczegółami odnośnie "De-Loused in Comatorium" zapraszam do lektury tamtego numeru, a my zajmijmy się wydarzeniami ostatniego roku bądź dwóch.

Sporo pomysłów, które omawialiśmy z Cedric'iem zaczynając pracę nad płytą wypadło poza nawias, ponieważ nadal mamy w sobie sporo tej, nazwijmy ją, nerwowej energii, która musi się z nas wydostać. I ona w większym stopniu przekłada się na naszą muzykę. Nie żeby nie było tych pomysłów na "De-Loused.." albo w muzyce At the Drive-In, po prostu obecnie łatwiej było nam je uchwycić i przełożyć na dźwięki.

Pozory mylą, "Frances the Mute" nie jest sequelem debiutu. Jednak i ta płyta zainspirowana została w szczególny sposób. O ile debiut zadedykowany był Julio Vanegas'owi, tragicznie zmarłemu przyjacielowi muzyków, o tyle "Frances..." powstała na bazie pamiętnika znalezionego przez Jeremy'ego Ward'a, nieżyjącego już członka zespołu. Jak mówi Cedric: "opowieść zainspirowana jest pamiętnikiem znalezionym przez Jeremy'ego na tylnym siedzeniu samochodu, jeszcze w czasach gdy pracował on jako mechanik. Był nim bardzo poruszony, uważał, że autor ma z nim wiele wspólnego i dlatego pokazał nam ten pamiętnik. Opowiada on historię osoby adoptowanej i poszukującej swych prawdziwych rodziców. Tytuł każdej piosenki odnosi się do postaci z pamiętnika, ponieważ każda spotykana osoba w pewien sposób wskazuje autorowi drogę do jego biologicznych rodziców". Tytułowa Frances to matka głównej bohaterki, osoba ciągle nieobecna, ale stanowiąca siłę napędową i bodziec do wszelkich działań. Słowa Cedrica tłumaczą kuriozalność tytułów piosenek, których jest pięć (sic!), co musicie przyznać, nie jest dużą liczbą jak na siedemdziesięciopięciominutowy album. Ostatnia, półgodzinna kompozycja podzielona została na mniejsze podrozdziały, jednak wydaje mi się, że głównie dla wygody korzystania z odtwarzacza. Bez dwóch zdań, płyty nie można słuchać inaczej niż od pierwszego do ostatniego dźwięku. Wydawać by się mogło, że skoro album odnosi się do wydarzeń związanych ze zmarłym przyjacielem, będzie on zbyt bezpośredni lub wręcz nachalnie wojerystyczny. Na szczęście tak nie jest. Pomimo, że najbardziej wyczuwalną emocją jest chyba uciążliwa nieobecność drugiej osoby i pragnienie połączenia, sporo miejsca pozostawiono słuchaczowi na zespolenie z muzyką własnych uczuć i wrażeń. Znowu powołam się na Cedrica: "na tej płycie mogło być znacznie więcej złości. Gdy nagrywaliśmy poprzedni album, Julia nie było wśród nas już od dziesięciu lat. Doświadczenia i wspomnienia związane z Jeremy'm były świeże, ale nie chcieliśmy być zbyt dosłowni. Dlatego unikaliśmy klarowności i jawnych skojarzeń, poza tym pewne uczucia należy zostawić tylko dla siebie samego i nie epatować nimi słuchaczy. Generalnie jest to historia o porzuceniu i przywiązaniu, a czy zdarzyła się ona naprawdę, już nie jest pewne. W ten sposób odbiorca może samemu poskładać sobie całość z elementów, które mu dostarczamy i pozostaje mu sporo miejsca na własną interpretację".

Skoro tak, niech "Frances the Mute" przemówi sama za siebie. A ma czym, ponieważ ani przez sekundę nie usłyszycie z głośników ciszy, kompozycje zespalają się w jeden opus, piosenki połączone są przeróżnymi efektami, od szmerów, szumów, ambientowych trzasków począwszy, przez elektroniczne kurioza, po jazzowe detale. Jest to zasługa Omara, który po raz pierwszy w życiu podjął się produkcji płyty. By dopełnić formalności, wspomnijmy, że na basie zagrał Juan Alderete, od dawna grający z zespołem na żywo (na "De-Loused..." gościnnie pojawił się Flea), skład uzupełnia brat Omara Marcel, szalejący na instrumentach perkusyjnych. Nie można zapomnieć o Larry'm Harlow'ie, pianiście będącym legendą salsy, bowiem także jemu zawdzięczamy nieokiełznany latynoski temperament albumu. Tak właściwie, momentami mam wrażenie, że "Frances..." została nagrana w latach siedemdziesiątych i nie chodzi tutaj o odwoływanie się do początków rocka progresywnego i pierwszych koncept albumów. Jakże wiele jest na niej Milesa Davisa z czasów, których symptomem jest "Bitches Brew" i jego współpraca z Johnem McLaughlinem, jak klarownie staje przed oczyma ekspresyjny Santana, jak wspaniale oscyluje pomiędzy takim jazzem a korzeniami w stylu Bonhama gra perkusisty Johna Theodora. Do tego dochodzi analogowe rejestrowanie płyty. Zamiast więc zanurzać się w słownym eksperymencie typu progresywna punkowa jazzo-salsa, lepiej dać sobie spokój z etykietkami i zmierzyć się z "Frances the Mute" taką, jaką jest w całej okazałości.

Nie, nie ma światła w najciemniejszym z najbardziej odległych miejsc, do których dotarłeś

Pierwsza minuta wydaje się być dziwnie spokojna, ponieważ intro na gitarze i stonowany śpiew prawie urzekają, lecz potem zaczyna się karuzela i już po czterech minutach wszystko wywrócone zostaje do góry nogami, energia czająca się w szalonych crescendach sekcji rytmicznej, gitary oraz pełnym pasji głosie może wybuchnąć we wspaniałym refrenie i jest to prawie zbawcze katarsis. Kolejne ciarki przechodzą, gdy muzyka stacza się wraz z solówką w stylu Santany i przejmującą wokalizą, by ponownie zmierzać w stronę kulminacji. Do takich właśnie ekwilibrystyk przyzwyczaił nas zespół i tutaj udaje mu się odnaleźć w nich nową jakość. Lekko psychodeliczne pogłosy i dźwięki samochodów wprowadzają nas w kolejny rozdział, wskazując jakby na następny etap podróży. Tym jest singlowe "The Widow", jedyna piosenka w codziennym tego słowa znaczeniu, będąca według mnie godnym następcą "Televators". Przebój to wręcz radiowy, a w kruchych liniach wokalu, umiejętnie zaakcentowanych trąbką i klawiszami Hammonda, drzemie olbrzymi ładunek emocji. W sumie jest to jedyny kandydat na singiel. Nie da się bowiem tego powiedzieć o żadnym z następujących trzech numerów. "L'Via L'Viaquez" jest najbardziej enigmatycznym z nich, bowiem zwrotki zaśpiewano po hiszpańsku z towarzyszeniem oszałamiającego rytmu, iście latynoskiego, sporo w tym utworze latin jazzu i salsy. Nawet błahostka nabiera wagi i znaczenia w tej muzyce, tak jest naładowana osobowościami, przeżyciami autorów. A im dalej zanurzamy się w płytę, tym śmielej twórcy raczą nas rozbudowanymi i rzadko dziś spotykanymi, jeżeli chodzi o formę, kompozycjami. O ile "The Widow" może pohulać w stacjach radiowych, o tyle "Miranda, That Ghost Just Isn't Holy Anymore" mimo swej początkowej balladkowości nie ma na to szans. Zbyt złudna jest w swej oniryczności i zbyt intensywnie wnika w psychikę słuchacza. Mam wrażenie, że o takim kawałku marzył Freud - nastrój wspomnień z dzieciństwa, i to raczej tych wypychanych z pamięci, jest po prostu namacalny. Wydaje mi się, że wtedy właśnie śpiew Cedrica nie pozwala przejść obok obojętnie. Można albo w niego wsiąknąć, albo odwrócić się z niechęcią.

Długaśne filmowe przejście wprowadza nas w wieńczącą album epopeję, czyli "Cassandra Gemini". Utwór ten trwa trzydzieści dwie minuty i właściwie jest albumem w albumie, mógłby zostać wydany jako epka. Jest bez wątpienia opus magnum płyty, czegóż to w nim nie ma? Space rockowe odjazdy, potężne punkowe zrywy, monodeklamacje, smyczkowe aranżacje, jazzujące trąbki i niewiarygodne bogactwo wokali sprawiają, że dopiero po kilkukrotnym przesłuchaniu zaczynamy go pojmować w całości, dostrzegać misterną konstrukcję i urasta on do rangi małego arcydzieła. Początkowy strach wyrażany wypluwaną przez Cedrica frazą "I think I've become one of the others" ustępuje miejsca niesamowitej wręcz sile pseudo-refrenu, w którym absolutnie genialna jest sekcja rytmiczna, wprowadzająca go na poziom iście pozaziemski. Później zanurzamy się w szaleńczy kalejdoskop wypowiadanych jak mantry wyliczanek, szeptów, spięć, zwarć na najwyższych obrotach, eksplodujących gitar i dubowo-jazzowego uspokojenia. Zwieńczenie odnosi się zarówno do wcześniejszych partii numeru, jak i do samego otwarcia płyty, stanowiąc ostatni akcent albumu, którego motywem przewodnim jest powrót do korzeni, odnalezienie swojego miejsca i sprecyzowanie priorytetów. Czy zamknięcie albumu klamrą "Cygnus..." sugeruje, że nigdy nie uda nam się tam dotrzeć, i że drogę tę należy pokonywać ciągle na nowo?

Być może, ale jeśli na bardziej przyziemnej płaszczyźnie odbierzemy ten finał jako wskazówkę do ponownego obcowania z "Frances the Mute", to z pewnością na tym nie stracimy. Choć z drugiej strony, tak angażuje ona słuchacza, że czasem lepiej na chwilę od niej odpocząć. Interesujące, że do tej pory niewiele zostało powiedziane na temat gry Omara. Cóż, chyba dlatego, że o ile w kwestii pozostałych instrumentalistów można ich frazy przybliżyć przez porównania, o tyle całokształt dokonań gitarzysty Mars Volty mogę przyrównać chyba tylko do poprzedniej płyty zespołu. Jak już wspomniałem, przypinanie etykietek jest w tym wypadku jałowe i bezproduktywne. Sam Omar ujął to następująco: "Koncept album? Jakim sposobem olbrzymi projekt, który pochłania większość twojego czasu przez rok, może nie mieć konceptu stojącego za nim? Progresywny? Czy jakakolwiek innowacyjna, nowatorska sztuka lub muzyka może nie być progresywna? Przypomina mi to sytuację, gdy po raz pierwszy usłyszałem określenie "emo", które jest najbardziej absurdalną etykietką kiedykolwiek wymyśloną. Czy cokolwiek, w co wkładasz swoje serce i duszę może nie być emocjonalne?".

I w ten sposób dotarliśmy do końca. Pozostaje chłonąć "Frances the Mute", ponieważ żadne słowa nie zastąpią całej gamy wrażeń, które ona dostarcza, szczególnie, że także po to tworzy się sztukę, by oddać emocje słowami niewyrażalne. Freud powiedział, że nagromadzenie kładzie kres złudzeniu istnienia przypadku. Stąd wniosek, że mamy do czynienia z muzyką genialną. Do zobaczenia na koncercie, najbliżej jest do Berlina.

[Piotr Lewandowski]