polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Mars Volta De-Loused In The Comatorium

The Mars Volta
De-Loused In The Comatorium

Oni nie przybyli z Marsa !!

   W roku 2000-ym korporacyjny świat muzyczny zachwycał się nowym objawieniem na rynku, czyli grupą At The Drive-In. Wbrew temu, co sądziło wielu ich admiratorów, album "Relationship of Command", zrealizowany przez darzonego w pewnych kręgach wielką estymą Rossa Robinsona (współpracował między innymi z Korn, Sepulturą, Soulfly, Slipknot), nie był ich debiutem, lecz po prostu pierwszą pozycją wydaną przez duży koncern fonograficzny. Wcześniej, przez kilka lat, At The Drive-In zdążyło nagrać i wydać w niezależnych wytwórniach trzy długogrające płyty, kilka epek i zdobyć mocną pozycję na scenie niezależnej muzyki amerykańskiej. Mój szacunek zespół zyskał też dzięki zaangażowanej społecznie i politycznie postawie, przejawiającej się zarówno w tekstach, jak i w pozamuzycznej aktywności członków kapeli. Co bardziej szczęśliwi mieszkańcy naszego kraju mogli ich nawet zobaczyć na wspólnym koncercie z czeską formacją Sunshine we Wrocławiu wiosną 2000-ego roku. Grupę tworzyło pięciu muzyków z El-Paso w Teksasie, wśród których wiodącą rolę odgrywali wokalista Cedric Bixler Zavala i gitarzysta Omar Rodriguez-Lopez. Skład dopełniali grający na gitarze Jim Ward, basista Paul Hinojos i perkusista tony Hajjar. Zanim jednak ziściły się nadzieje części dziennikarzy muzycznych, że oto pojawiła się nowa Nirvana, zespół zakończył działalność stojąc u wrót sukcesu. Przyznam, że i dla mnie była to wiadomość bardzo smutna, miałem nadzieję, że muzycy pójdą za ciosem i uraczą nas czymś będącym godnym następcą "Relationship of Command". Poza tym łudziłem się, że dzięki takim jak oni formacjom ponownie wyjdzie z garażu punk-rock rozumiany jako muzyka grana przez ludzi świadomych wad otaczającego ich świata, gotowych przeciwstawić się im i używających swojej twórczości do posyłania w eter antysystemowego przekazu. Niestety wciąż jesteśmy przez media muzyczne zalewani falami kolejnych banalnych wynurzeń odnośnie niespełnionej miłości, nie kochających rodziców i problemów z trądzikiem.
   W międzyczasie Cedric i Omar zawiązali eksperymentalny, dubowy projekt o nazwie Defacto. Cedric grał na perkusji, Omar był basistą. Oprócz nich zespół tworzyli jeszcze klawiszowiec Ikey Owens i Jeremy Ward obsługujący efekty i wokal, którzy odegrają jeszcze dość istotną rolę w naszej historii. W marcu 2001 miałem okazję zobaczyć ich na żywo we Wrocławiu. Już wtedy można było podejrzewać, że nie jest to ostatnie słowo tych artystów. W istocie w ubiegłym roku powstały dwie nowe grupy: Bixler i Rodriguez wspierani przez Owensa, Jeremiego Warda, który był tajemniczym duszkiem puszczającym sample i przeszkadzajki zza sceny, oraz nieznaną mi z nazwiska basistkę, stworzyli Mars Volta, natomiast pozostali członkowie At The Drive-In wraz z basistą Mattem Millerem założyli grupę Sparta (do tej pory nagrali epkę "Austere" i album "Wiretap Scars"). Według słów muzyków inicjatorami rozpadu ATD-I byli Omar i Cedric. Biorąc pod uwagę w jak doskonałą muzykę tworzyli wtedy, lekko zaskakujące mogą wydawać się słowa Rodrigueza: "Byłem znudzony muzyką, którą graliśmy. Ciągle robiliśmy takie same płyty. To, że po sześciu latach zwrócono w końcu uwagę na At The Drive-In, było miłe, ale doprowadziło nas do muzycznego bankructwa, do duchowego bankructwa."
   Fakt, twórczość tej kapeli jest, można powiedzieć, spójna. Warto zauważyć, że na decyzję o rozwiązaniu grupy nie wpłynęły kwestie ideologiczno-polityczne, nie chodziło też o pewien światopogląd, o którego zdradę mogliby oskarżać ich postronni, po tym jak muzycy opuścili szeregi sceny niezależnej i weszli w świat mainstream'u. Nie było to spowodowane także presją wynikającą z odniesionego sukcesu i stanięcia nagle w obliczu oczekiwań słuchaczy, nieporównywalnych z tymi dotychczasowymi. Jeżeli wierzyć wyznaniom muzyków, do decyzji tej, po odbyciu szeregu rozmów, pchnęły ich wewnętrzne bodźce natury artystycznej. "Pomysłem było stworzenie takiej kapeli, która nie byłaby zaszufladkowana i pozbawiona ograniczeń koncepcyjnych. -mówi Omar - Obydwaj wiedzieliśmy, że to wymaga dużego poświęcenia, wielu złamanych serc i ogromnych zmian w naszym życiu. Ale też obydwaj byliśmy zdecydowani na to, bo muzyka nie może ucierpieć."

Na podbój galaktyki

   Pierwszym wydawnictwem Mars Volta była składająca się z trzech utworów, trwająca 20 minut, epka "Tremulant". Zespół wydał ją we własnym labelu Gold Standard Laboratories. Potem nastąpiła trasa koncertowa, podczas której grupa szlifowała materiał na pełnoprawny album. Koncertów z tej trasy nawet na video robią kolosalne wrażenie. Energia i dynamizm emanujący ze sceny są po prostu oszałamiające. Każdy z muzyków imponuje zaangażowaniem w to, co robi. Ma się wrażenie, że znajdują się oni w jakimś grupowym transie, w którym prym wiedzie Cedric, chwilami jakby znajdujący się w zupełnie odmiennym, dalekim, własnym świecie. Przypominał trochę Jima Morrisona w sceniczno-narkotycznym transie. W świat poszła wieść niesamowitych występach scenicznych grupy. Zagrali trasę jako support Red Hot Chili Peppers, co może trochę dziwić, niemniej jednak zdynamizowało to proces powstawania albumu. Producentem został Rick Rubin, wcześniej współpracujący z RHCP, System of a Down, Slayerem, a na basie wspomógł naszych bohaterów Flea. Inny członek RHCP; John Frusciante, wystąpił gościnnie w utworze "Cicatriz Esp", skupiającym zresztą w sobie jak w soczewce wszystko, co w muzyce Mars Volta najlepsze.
   Ostatecznie, pod koniec ubiegłego roku The Mars Volta wybrali się do domu Rubin'a w Laurel Canyon (według Omar'a - domu, w którym straszy i w którym odczuwa się "silną obecność") i zaczęli nagrywać "De-Loused In The Comatorium". Efekt jest powalający. W przeciwieństwie do płyt At The Drive-In, które były dość krótkimi, punk-rockowymi, emowymi dziełkami, ta płyta jest swoistym koncept albumem. Jest to odczuwalne zarówno w warstwie muzycznej - ma się wrażenie wielkiej spoistości, nie ma na niej dźwięku, który nie byłby integralnym elementem szerszej formy, jak i w warstwie tekstowej. Tworzą one pewną całość, oparte są na napisanym przez Cedric'a opowiadaniu, którego bohater próbuje popełnić samobójstwo poprzez przedawkowanie morfiny. Zamiast umrzeć, popada na tydzień w śpiączkę i doświadcza fantastycznych przygód w swoich snach - odwiecznej bitwy pomiędzy dobrymi i złymi aspektami swojego sumienia. Na końcu wychodzi ze śpiączki, ale wybiera śmierć. Motyw ten nie jest przypadkowy. Pochodzący z El-Paso artysta - Julio Venegas - popełnił w roku 1996 samobójstwo. Ten wolny duch i uznany prowokator był przyjacielem muzyków ATD-I. "On był zdecydowanie osobą, która żyła pełnią życia" wspomina Cedric Bixler Zavala. "Do samego końca pozostał bezwładny, na skutek śpiączki. Miał na całym ciele mnóstwo blizn - tak, że kiedyś któryś z jego najbliższych przyjaciół nazwał go Frankensteinem. Miał na gardle wielkie ślady po rozcięciu; pręgi, siniaki i guzy, a jego ręka była wysuszona od wstrzyknięcia trucizny na szczury. Miał tyle blizn, że wyglądał jak mapa turystyczna." Kiedy Cedric śpiewał w zespole At The Drive-In, napisał tekst - 'Embroglio' (z "Acrobatic Tenement", 1996) mówiący o Venegas'ie, który zabił się podczas próby zespołu. "Uważałem, że to nie wystarczy" kontynuuje. "Czułem, że jemu powinna być zadedykowana cała płyta." Trzeba przyznać, że zamiar udało się zrealizować.

Zagadka, ekspresja i oczyszczenie

   Słuchając "De-Loused In The Comatorium" miałem odczucie uczestniczenia w specyficznej wyprawie, podróży, podczas której artysta, lub inaczej - podmiot liryczny przechodzi przez kolejne trudne etapy prowadzące do oczyszczenia, zrzucenia ciążącego bagażu doświadczeń. Taka muzyczna wersja "Procesu" Kafki - to moje skojarzenie odnośnie charakteru i oddziaływania efektu końcowego na odbiorcę. Ciężko jest natomiast przebić się przez warstwę tekstową, ponieważ Cedric używa niezwykle trudnego słownictwa, a jego teksty naszpikowane są przenośniami i alegoriami. Taki charakter miały one już w przeszłości, jednak obecnie w wyniku specyficznego tematu i podejścia do procesu tworzenia, efekt ten uległ wzmocnieniu. Płyta jest wręcz gęsta od emocji, każdy dźwięk gitary przekazuje je słuchaczowi. Inna kwestia to śpiew Cedrica, który osiągnął o jeden szczebel wyższy poziom w porównaniu do przeszłości. Obdarzony jest przejmującym głosem i potrafi absolutnie spoić się w całość z tworzoną przez siebie muzyką. Zarówno w rozpaczliwym krzyku, melodyjnym śpiewie, jak i w nostalgicznym szepcie Cedrica zawarty jest kolosalny ładunek uczuć, wobec których uważny słuchacz nie może przejść niewzruszony. Nastroju tego dopełnia sekcja rytmiczna, nieprawdopodobnie ekspresyjna, nieprzejrzysta, momentami nawet pozornie chaotyczna, ale przez to potęgująca emocjonalny wymiar muzyki.
   Chociażby z tego względu tej płyty nie da się słuchać jedynie dla rozrywki, dopiero przy pełnym zaangażowaniu można dostrzec wiele kryjących się w niej warstw i wkroczyć na wyboistą ścieżkę samooczyszczania wraz z zespołem. Na razie skupiliśmy się na stronie tekstowej płyty, ale jak przystało na dopracowany koncept album, muzyka jest z nią kompatybilna. Świadczyć o tym może chociażby to, że uczucia, które we mnie wzbudzała zanim poznałem historię jej tworzenia, motywacje za nią stojące i wreszcie sama jej treść, zostały jedynie potwierdzone i wzmocnione przez powyżej wymienione czynniki. Muzyka jest pomysłowa i bezkompromisowa tak samo jak słowa. "De-Loused In The Comatorium". Składa się z dziesięciu nieustannie zmieniających klimaty utworów, które czasem przywołują Led Zeppelin, Fugazi, Jane's Addiction, Can, Santanę, dokonania Miles'a Davis'a w latach 70-tych, ambient, dub ... a okazjonalnie nawet At The Drive-In. Eksploduje ona słuchaczowi prosto w twarz kolejnymi pomysłami, każda kolejna minuta przynosi nowe objawienia i zagrywki, które za nic mają konwencje i schematy rządzące światem muzyki, wynikają jedynie z nieskrępowanej wizji artystycznej twórców i ich pragnienia zawarcia cząstek siebie w muzyce.
   Dawno nie słuchałem płyty tak bezpośredniej, pozbawionej ciężarów wynikających z ograniczeń gatunkowych, przeszłości muzyków i oczekiwań odbiorców. To jest bezpardonowa, progresywna muzyka, nie obawiająca się powagi, szczerości i emocji, do których dopasowany jest każdy dźwięk na nią się składający. Być może jesteśmy świadkami ponownych narodzin rocka progresywnego. W tej kwestii warto wysłuchać samych twórców: "Myślę, że pojęcie muzyki progresywnej zawsze wywołuje negatywne skojarzenia"- mówi Cedric- "To był dinozaur, którego nowe dzieciaki chciały zakopać. Ale mam nadzieję, że ludzie nie wyobrażają sobie tylko jakiegoś klawiszowca w pelerynie, próbującego przedstawić tę muzykę w formie Mars Volta On Ice (gali na lodzie). My stąpamy teraz twardo po ziemi, a do tego, co zrobiliśmy, jest zaangażowane o wiele więcej estetyki punkowej." Może zatem zamiast deliberować nad mało istotnymi etykietkami, wystarczy powiedzieć, że mamy do czynienia ze sztuką w najprawdziwszej postaci.

Co dalej?

   Przedziwne fatum wisi jednak nad tym projektem - tego lata zmarł Jeremy Ward i też nie była to śmierć naturalna. Nie wiadomo więc, jak potoczą się dalsze losy zespołu. Obecnie grupa koncertuje w Europie i mimo zapowiadanego we wrześniu na 30-ego listopada koncertu w Krakowie, ominą nasz kraj. Pozostaje zatem wyprawa do Berlina. Basistą zespołu jest obecnie niejaki Juan Alderete. O dalszych planach odnośnie nagrań na razie nie słychać, ale nic w tym dziwnego. Jak widać, The Mars Volta wymagają od muzyki więcej niż przeciętny zjadacz chleba i nie bezpodstawnie podejrzewają, że nie są w tym odosobnieni. "Nasza muzyka jest skrajnie zarozumiała, ale my nie wystajemy ponad przeciętnych ludzi" -przyznaje skromnie Omar- "Więc jeśli my tak myślimy, to muszą też być inni ludzie, którzy podchodzą do tego w taki sam sposób." Istotnie, grupy takie jak Mars Volta pozwalają wierzyć w jasną przyszłość muzyki będącej sztuką i wyróżniającej się z powodzi masowo sztukowanych produktów przemysłu muzycznego. Póki są na Ziemi tego pokroju artyści i słuchacze gotowi do nawiązania głębokiego kontaktu z oferowaną im twórczością - możemy spać spokojnie, jeszcze uda nam się doświadczyć intymnej i emocjonalnej więzi z wartą tego muzyką.

(fot: universal)

[Piotr Lewandowski]