polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Kapela ze Wsi Warszawa wywiad z Maćkiem Szajkowskim i Magdą Sobczak

Kapela ze Wsi Warszawa
wywiad z Maćkiem Szajkowskim i Magdą Sobczak

Muzyka folkowa raczej rzadko gości na łamach Popupa, ale ponieważ w przypadku Kapeli ze Wsi Warszawa nie mamy do czynienia z folkiem w czystej postaci, lecz z zagraną z werwą i polotem reinterpetacją tradycji ludowej, należy się temu zjawisku przyjrzeć bliżej, szczególnie, że Kapela jest swoistym fenomenem, święcąc sukcesy daleko poza granicami kraju. Po tym, jak zachwyciłem się najnowszym albumem grupy, udało mi się porozmawiać z muzykami kapeli - Maćkiem Szajkowskim i Magdą Sobczak - zanim zespół wyruszył a trasę po Europie. Zapraszamy do lektury wywiadu, która być może przybliży wam między innymi pasję zespołu i piękno autentycznej polskiej muzyki ludowej.

Wasza nowa płyta dopiero się ukazała, opowiedzcie proszę, jak powstawało "Uprooting", jak zrodziła się idea tej płyty? Pojawia się przecież na niej wielu różnorodnych gości - ludowi muzykanci, zespół śpiewaczy, ale też didżeje.

[Maciek] Pomysł zrodził się na długo przed nagraniem i był bardzo żywo dyskutowany, ponieważ był to arcytrudny koncept, niezwykle skomplikowany od strony logistycznej, stricte muzycznej, aranżacyjnej, ale też ideowej. W pewnym momencie doszliśmy do punktu, gdzie ukłon w stronę tradycyjnych muzykantów tylko w formie słownej przestawał wystarczać, a poza tym chcieliśmy ich jakoś uwiecznić. Wszyscy widzimy, że czasu pozostało coraz mniej, ponieważ muzykanci odchodzą, a kultura chłopska, jak napisał ostatnio Myśliwski - w ogóle umarła. Pozostawiła wprawdzie po sobie wiele śladów, z których będą czerpać następne pokolenia, ale tak naprawdę nie mamy już do czynienia z kulturą, która istniała jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Ta obrzędowość, magia, słowo, muzyka i tradycja przestały funkcjonować w naturalny sposób i pozostali jedynie właśnie ci"ostatni Mohikanie". Nasz drugi album "Wiosna Ludu" ukazał się w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych, więc nadarzyła się okazja do zaprezentowania prawdziwej polskiej muzyki w najbardziej korzenny, oldskulowy i zarazem charakterny sposób w szerszym kontekście. Oczywiście muzyki aranżowanej przez Kapelę. Uznaliśmy więc, że jest to najwyższy czas, a może i ostatnia szansa, żeby zaprosić tych muzykantów, którzy są właściwie naszymi nauczycielami. W ten symboliczny sposób chcieliśmy im też podziękować. Należy nadmienić, że było to ryzykowne wyzwanie - pokazać obok siebie tych ostatnich przedstawiciele dawnej kultury z nami i muzykami, którzy jak Feel X i Mario Activator funkcjonującą w ramach współczesnych scen muzycznych

Czy znaliście ich już długo wcześniej?

[Maciek] Od dawna spotykaliśmy się z nimi, byli oni dla nas największą inspiracją - im de facto zawdzięczamy istnienie zespołu, ponieważ najpierw z ich strony wypłynęły impulsy. Przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie z kapelą Kazimierza Zdrzalika, na początku lat dziewięćdziesiątych, na koncercie zespołów ludowych w Radomiu. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce, dawnych zwyczajach i tak dalej. Pan Kazimierz był zaskoczony, że młodzi ludzie w ogóle interesują się kulturą ludową i zaprosił nas do domu do Strykowic Górnych koło Puszczy Kozienickiej. Tam mogliśmy spokojnie porozmawiać, obejrzeć instrumenty. Zdrzalik ugościł nas w sposób iście sarmacki i zachęcił do współpracy. Tak oto tradycyjni muzykanci, przede wszystkim z Mazowsza, byli z nami związani od samego początku. Trwały dyskusje, w jaki sposób ich przedstawić na płycie. Czy nagrać album "tribute to", czy płytę, gdzie mieliby oni znaczący udział, czy ich wyeksponować na pierwszym planie, a nas umieścić gdzieś w tle? Dyskutowaliśmy nad tym chyba przez rok, zastanawiając się, jak ugryźć ten problem i czy w ogóle ma on sens? Wytworzyły się dwa obozy. Jeden optymistyczny, entuzjastyczny, a drugi sceptyczny, podkreślający, że od strony technicznej pomysł jest nie do zrealizowania, a ponadto występują problemy czysto muzyczne. Przykładowo, słuchając kapeli Mariana Pełki człowiek odnajduje się w zupełnie innym stanie, medytuje lub tańczy i zatraca w transie, ale koalicja muzyczna jest bardzo trudna, ponieważ gra on na swojej harmonii takie kanonady i buduje taką ścianę dźwięków, że jakiekolwiek próby dołączenia z własnymi instrumentami byłyby skazane na sztuczność.

Więc nawet nie próbowaliście wspólnie grać?

[Maciek] Próbowaliśmy, chcieliśmy w jego obery wkomponować nasze partie, ale słyszeliśmy, że to do siebie nie pasuje. Dyskusja była więc długa i gorąca.

[Magda] Dyskutując odbywaliśmy próby wspólnej gry i okazało się, że oba obozy miały do pewnego stopnia rację. Z pewnymi muzykami, jak choćby z zespołem śpiewaczym Lipsk, mogliśmy połączyć siły, z innymi natomiast nie. Świadczy to zapewne o naszym jednak wykorzenieniu z tej muzyki i ograniczonej możliwości połączenia. Pomysł okupiony został wieloma doświadczeniami, nierzadko ciężkimi, na przykład piciem wódki i próbami wejścia w wibrację muzyków (ŚMIECH).

[Maciek] Z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy, może to wyglądać tak, że zapraszamy danego muzyka, nagrywamy jego grę, montujemy, pijemy po kieliszku i odsyłamy do domu. Nic bardziej mylnego. Była to naprawdę ciężka praca, mimo, że od samego początku istnienia zespołu, czyli od jakiś ośmiu lat, często spotykaliśmy się z muzykami ludowymi. Okres przygotowywania ostatniej płyty pełen był wytężonej pracy, częstych wyjazdów nawet całego zespołu, intensywnego grania, spotkań, rozmów, ponieważ chcieliśmy być jak najlepiej przygotowani. W przypadku Mariana Pełki głównie słuchaliśmy jego muzyki. Ma on przebogaty repertuar i od ręki jest w stanie zagrać godzinny set, a potem dopiero się zaczynają różne niuanse związane z naturą muzyki, jej charakterem, różne opowieści. W przypadku zespołu Lipsk, to oni do nas dotarli zapraszając kilka lat temu na koncert związany z ich jubileuszem. Pretekstem było wykonanie przez nas pieśni "Pada deszczyk pada", śpiewanej oryginalnie a capella. Od tego czasu spotykamy się regularnie. Dzięki temu odkryliśmy wspaniałą muzykę Suwalszczyzny, Podlasia, północno-wschodnich terenów pogranicza, wcześniej znaną nam jedynie z nagrań. Pojawia się w niej wschodnia ornamentyka, Wojtek Waglewski mówi, że tamtejsze pieśni mają muzułmańską skalę i coś w tym jest. Ten wspaniały świat jest słabo znany nawet w Polsce.

Tylko jeden utwór na "Uprooting" jest waszego autorstwa, pozostałe to kompozycje tradycyjne. Na jakiej zasadzie dokonywaliście ich selekcji? Czy znaliście je z wykonań na żywo, czy z płyt, nagrań archiwalnych?

[Maciek] Nigdy nie ma jednej recepty na wybór kompozycji. Najważniejszym źródłem są spotkania z muzykantami i wiedza nam przez nich przekazywana. Drugim są archiwa, przede wszystkim Polskiego Radia, Radiowego Centrum Kultury Ludowej, Polskiej Akademii Nauk. Kolejnym źródłem są zapiski ze starych manuskryptów, opracowań etnograficznych, głównie Oskara Kolberga, Skierkowskiego i wielu innych pasjonatów, oraz tematy ze starych periodyków poświęconych kulturze ludowej. Na pierwszej płycie większość tematów pochodziła od muzykantów, w połowie od Janiny i Kazimierza Zdrzalików. Inspirujemy się dawną gwarą, ludową poetyką, magią języka. To jest niesamowita rzecz, ale niektórzy muzykanci zostali w ciągu ostatnich kilkunastu lat do tego stopnia zmarginalizowani i zahukani, że zaczęli zmieniać sposób śpiewu z gwary na tak zwaną normalną polszczyznę. Powodowało to straszny zgrzyt, dlatego, że gwara jest nieprawdopodobna, jest melodią samą w sobie, jest niezwykle płynnym, rytmicznym i pasującym do ludowej muzyki tajemnym kodem. Gwara oddaje bogatą melodykę i specyfikę polskiej wsi.

Niektórzy muzykanci starali się więc porzucić gwarę na rzecz języka powszechnego, by nie powiedzieć literackiego. Kapela ze Wsi Warszawa pewnie odbyła drogę w przeciwnym kierunku, czy może pochodzicie ze stron, gdzie używano gwary?

[Maciek] Nie znaliśmy zupełnie żadnej gwary, oprócz powszechnie chyba rozpoznawalnej gwary góralskiej. Gwara z Mazowsza jest jednak zupełnie inna, zresztą nie istnieje coś takiego jak jedna mazowiecka gwara, ponieważ w subregionach funkcjonuje co najmniej kilkanaście różnych jej odmian. Poznawaliśmy je od podstaw, a jak wiadomo dzisiaj na wsi inaczej się mówi, a inaczej śpiewa dawne pieśni. Do tego dochodzą rożne interpretacje poszczególnych wykonawców ludowych - kiedyś mówiło się "co wieś to pieśń". To są ciekawostki związane z językiem polskim, ale dla nas bardzo ważne. Początkowo wielu ludowych słów czy nawet wersów kompletnie nie mogliśmy zrozumieć. Wiadomo, że funkcjonowały one w bardzo ścisłym, często rytualnym kontekście, związanym z okolicznościami, który teraz uległ zmianie. Natomiast odbiór gwary za granicą był zaskakujący. Ludzie doszukiwali się analogii związanych z ich językami ojczystymi, archetypami językowymi, nawet Niemcy odnajdowali podobieństwa do swojej mowy. Były to naprawdę ciekawe doświadczenia, szczególnie, że dla wielu osób tekst jest ogromnie ważny. Słuchacze zawsze się pytają, czego dotyczą słowa, jaki jest przekaz i doszukują się treści, dlatego staramy się tak selekcjonować utwory, by ich teksty były uniwersalne i traktowały o współczesnym człowieku oraz dzisiejszym świecie w sposób mądry i aktualny.

Z jakich regionów kraju pochodzą utwory na waszym nowym albumie? Jako laik, nie jestem w stanie rozpoznać, czy są to piosenki z Mazowsza, czy z Suwalskiego.

[Magda] My też nie (ŚMIECH). Na "Uprooting" dominuje jednak Sieradzkie, Suwalskie, trochę Kieleckiego, Mazowsza i Radomszczyzny. Jeden utwór jest z Rzeszowskiego. Głównie sięgamy po materiał z Polski centralnej, ale ponieważ źródła powoli stają się mocno wyeksploatowane, pojawia się na przykład Suwalskie.

[Maciek] Jeżeli chodzi o najbardziej melodyjne przeboje ludowe, utwory wielokrotnie już opublikowane czy to przez Kolberga, czy przez Polskie Radio, zostały one już nie raz poaranżowane przez zespoły folkowe. Nie jest łatwo znaleźć utwór, którego ktoś wcześniej nie wziął na warsztat, nie zrobił retuszu i nie zagrał w swojej wersji. Włodek Kleszcz zauważył ostatnio, że utwory, które graliśmy w ciągu naszej działalności, mogłyby wypełnić kolejny tom epokowego zbioru Oskara Kolberga lub pojawić się na kolejnej płycie Polskiego Radia "Muzyka Źródeł" (ŚMIECH). Być może najwyższy czas, żebyśmy zaczęli pisać muzykę do własnych tekstów, oczywiście stylizowanych, może nawet pisanych w gwarze, ale jednak współczesnych. Tworzenie takiej nowej jakości jest dużym wyzwaniem.

Czy podejmowaliście już takie próby?

[Maciek] W starym składzie graliśmy cower Izraela "Płonie Babilon" (ŚMIECH). A tak na poważnie, Maja śpiewała poezję Bogdana Loebla. Gdzieś się takie pomysły pojawiały, mieliśmy chociażby spotkanie z Ernestem Brylem. Inspiruje nas w tym krąg artystów, na przykład Jacek Kleyff, malarze Alojzy Balcerzak, Marek Jaromski, kilku innych. Na ostatniej płycie pojawił się tekst i muzyka Wojtka Krzaka - też niezłego artysty ludowego.

Aranżacje waszych utworów znacznie odbiegają od bezpośrednio folkowej stylistyki, nieco inna jest ta transowa rytmika, wokale. Opinia, że w tej muzyce spotyka się tradycja z nowoczesnością nie jest pustym sloganem. Co inspiruje was przy opracowywaniu tych aranżacji?

[Magda] Wpływy są różnorakie, przede wszystkim muzyczne, czyli to, czego słuchamy poza muzyką ludową. Spektrum jest szerokie, niektórzy z nas zafascynowani są tradycyjnymi brzmieniami afrykańskimi, inni punk-rockiem. Uzyskane przez część zespołu klasyczne wykształcenie muzyczne także ma znaczenie, ponieważ niektóre patenty wywodzą się z muzyki klasycznej. Na takim podłożu ścierają się różne inspiracje. Szacunek należy się Mai Kleszcz, która wykonała tytaniczną pracę i sama opracowała kilka utworów do "Wykorzenienia", rozpisała na partie, tak byśmy mogli je sobie przyswoić. Część kompozycji zrobiliśmy wspólnie, wplatając wątki rytmiczne, melodyczne i harmoniczne, które są nam najbliższe.

[Maciek] Natomiast Kapeli bez wątpienia przyświeca cel interpretacji muzyki ludowej. Bardzo subiektywnie, zaskakująco, niekonwencjonalnie. Łamiąc wszelkie bariery, ograniczenia, nawet świętości, a przede wszystkim zabobony - na pohybel temu całemu ortodyksyjnemu postrzeganiu ludowości. Piewcy nieskazitelności ludu i jego obyczajów zarzucają nam profanację, a przy tym samozwańczo stoją na straży jedynej i słusznej - bo ich własnej - wizji nadwiślańskiej wioski. Wioski idyllicznej, a przy tym hermetycznie odizolowanej od świata i współczesności, zahibernowanej jakieś 100 lat temu, lecz niestety kompletnie nierealnej. Tak nie stworzymy żadnej nowej wartości, nikogo tym nie zainteresujemy, wręcz przeciwnie - wpiszemy się w nurt jakiejś neocepelii. Przecież nawet dla tych nieprzejednanych wiejskich muzyków ważne było wiedzieć co się aktualnie gra, tańczy tak by zainteresować swoją twórczością jak najwięcej ludzi, by można było z tego wyżyć. Muzyka ewoluowała, wszystko podlegało zmianom, a muzykanci ostatnią rzeczą jaką wiedzieli i chcieli wiedzieć było to, że tworzą jakąś kulturę. My jesteśmy wolnościowcami, liberałami, heretykami. "Korzenie patrzące do przodu" - jak mawia Xiądz Maken. Funkcjonujemy w zupełnie innym kontekście - nie na jakiejś iluzorycznej wsi, ale w Warszawie, w erze globalnych fuzji i Nowej Muzyki. Nawet nikt z nas, oprócz Krzaka nie urodził się na prowincji. Kultura ludowa jest inspiracją, ale byłoby nadużyciem twierdzenie, że oto jesteśmy jej strażnikami, spadkobiercami lub kontynuatorami. Tworzymy już inną jakość. Najbliżej nam do Ruchu Ancient To The Future, dlatego wielkim wyróżnieniem było dla nas spotkanie i wspólny koncert z jego filarami Davidem Murrayem i Phoroah Sandersem w Sines w Portugalii.

Rozumiem, że w Polsce spotykacie się więc z bardzo konserwatywnym traktowaniem kultury ludowej. Jak zatem wygląda odbiór przez słuchaczy bardziej otwartych, czy są oni zaskakiwani siłą drzemiącą w tradycyjnych utworach?

[Maciek] Szczególnie muzyka Mazowsza jest niesłychanie dynamiczna. To jest hard-core'owy żywioł połączony z jazzowymi ornamentami, nieprawdopodobnymi skalami i nieprzewidywalnymi rytmami. Nie chcemy uprawiać chłopomanii, ale zaobserwowaliśmy olbrzymie zainteresowanie tradycyjną muzyką ze strony cudzoziemców, dla których są to dosłownie aborygeńskie, albo plemienne afrykańskie lub transowe sufickie historie. Ludzie na Zachodzie nie mogli uwierzyć, że za wschodnią granicą Niemiec dochodzi do takich sytuacji muzycznych, do takich pogańskich wolt i barbarzyńskich dźwięków. Spodziewali się czegoś ugładzonego, a tutaj muzykanci jadą z muzyką skrzypcowo-bębnową, która jest sama w sobie tak inspirująca, że wystarczy zobaczyć ją na żywo, by dać się jej porwać. Bardzo ważny bowiem jest żywy odbiór, z płyt nie jest możliwe odczucie tej muzyki w pełni. Nagrania są niestety jedynie malutkim fragmentem tego, co się wyprawia na żywo i zaledwie szczątkiem emocji towarzyszących tej muzyce przy bezpośrednim kontakcie. Poza tym, muzykanci zupełnie inaczej grają, gdy się ich nagrywa. Nie jest to granie nawet na pół gwizdka, może na jedną trzecią. Jak jest możliwe, żeby muzykant zagrał na potrzeby płyty dobrze trzyipółminutowego oberka, skoro on zwykł grać tego oberka przez minut czterdzieści?

Poruszyliście kwestię percepcji polskiej muzyki ludowej przez cudzoziemców. Czym różni się odbiór koncertowy waszej muzyki w Polsce i na zachodzie Europy?

[Maciek] Podstawowa różnica wynika z tego, że dla świata zachodniego, ale też, jak się ostatnio przekonaliśmy, azjatyckiego, nasza muzyka jest ogromną egzotyką, o której oni nigdy wcześniej nie słyszeli. Nie są im znane ani takie opracowania pieśni, ani zestaw instrumentów, kawalkady bębnów i szarże smyków. Dlatego jest to szok estetyczny, kulturowy, cywilizacyjny, który najpierw wywołuje zdumienie, a potem euforię, co jest kwestią poczucia tej wibracji. Jadąc pierwszy raz do Rudolstadt na jeden z największych festiwali etnicznych w Niemczech byliśmy bardzo zestresowani, jak to zostanie przyjęte? Okazało się, że nasza muzyka wywołała wulkan emocji, radości i dzikich tańców. Od tego czasu zrozumieliśmy, że oryginalność, autentyczność i szczerość są naszymi atutami, ponieważ ta muzyka jest przez nas od początku do końca przetrawiona, zreinterpretowana. Źródło jest tradycyjne, ale to jest współczesna interpretacja zrodzona w naszych umysłach na początku nowego wieku. A sam odbiór jest fenomenalny.

[Magda] W Polsce na nasze koncerty przychodzą ludzie, którzy już nas znają i porównują naszą obecną muzykę z tym, co graliśmy wcześniej. Bywa, że są krytyczni, co jest ciekawe, bo jesteśmy otwarci na konstruktywną krytykę. Natomiast za granicą publika jest entuzjastyczna, chyba, że ludzie nie wiedzą, o co chodzi w tej muzyce i tkwią w zadziwieniu.

[Maciek] Dotyczy to starszej publiczności. Nie określamy naszych potencjalnych słuchaczy, staramy się grać i w konserwatoriach muzycznych, i w awangardowych klubach, i na festiwalach jazzowych. Publiczność i grupa wiekowa są więc na szczęście nieokreślone i szerokie.

[Magda] Przekrój jest rzeczywiście duży, ale reakcje za granicą są zazwyczaj pochlebne, czasem entuzjastyczno-orgiastyczne, a w Polsce bardziej kontemplacyjne. Na trasie z Daara J było żwawiej.

[Maciek] Publiczność w Polsce często nie jest anonimowa, w wielu miastach spotykamy znajomych ludzi będących dla nas podporą, zawsze możemy liczyć na ich szczere uwagi, chociażby w kwestii, czy odpowiada im udział didżeja. Generalnie w muzyce poza Polską ludzie oczekują tak zwanych "prawdziwków", tego co jest naprawdę korzenne i dalekie od plastikowej tandety.

Bądź co bądź, już jakiś czas temu zapanowała moda na szeroko pojęty world music.

[Maciek] Jasne, że tak, a na dodatek, z tego co ze zdumieniem obserwujemy, jest to bardzo duży rynek rządzący się tymi samymi prawami, co rynek pop. Urządza się targowiska próżności, wyścigi szczurów, zagląda się muzykom w zęby (ŚMIECH). Dominują też prawa rynkowe. Tak na marginesie, to lepiej, niż gdyby bezustannie miałyby to być mecenaty państwowe, prezydenckie patronaty, korporacyjne protektoraty, etc. Wtedy dostawalibyśmy tandetne dożynki, albo gale ku czci, a tak zasady są jasne: jeżeli na koncert przyjdą ludzie, wtedy zespół zarobi, jeżeli nie przyjdą, to dopłaca. My się na to chętnie godzimy.

Na zachodzie Europy funkcjonuje scena folkowa, którą na nasze potrzeby nazwijmy prawdziwą, autentyczną, natomiast w Polsce chyba ciężko znaleźć jej oznaki.

[Maciek] W ogóle nie można ich porównywać, trzeba uznać, że u nas sceny folkowej w takim rozumieniu nie ma. Polska publiczność folkowa jest bardzo malutka i jak stwierdził ostatnio Marcin Skrzypek z Orkiestry Św. Mikołaja, okres rozwoju ma już chyba za sobą. Nie przyciągnie już więcej osób niż dwa, trzy lata temu, kiedy jeszcze odnotowywała progres. Z drugiej strony jest podzielona na kilka frakcji, które nie zawsze się mają ku sobie. Jednak jej atutem jest otwartość na wszelkie inne gatunki. W rzeczywistości to się czasem udaje, czasem nie, ale muzyka etniczna może być inspiracją dla pozostałych nurtów. Jasno wskazuje na swoje źródło wcale go nie kalając, a równocześnie jest afirmatywna i poszukująca. Szczerze mówiąc ma ona według mnie przed sobą bogatą przyszłość. W perspektywie Zachodu, sądzę, że od przyszłego roku zacznie się z wielkim hukiem renesans muzyki etnicznej z Polski, nie tylko Kroke, Krakow Klezmer Band, Trebunie Tutki, Dikanda i Kapela, lecz także inne zespoły staną do walki. Chociażby Orkiestra św. Mikołaja, Kwartet Jorgi, Stara Lipa, Lautari, Tołhaje, Stilo i mam nadzieję, że wiele innych.

"Uprooting" ukazał się najpierw w Niemczech i Anglii, a kilka tygodni temu w Polsce pojawiło się "Wykorzenienie". Gdzie jeszcze będzie można nabyć waszą płytę?

[Magda] Oprócz Niemiec album będzie w najbliższym czasie dostępny także w całej Europie, a specjalnie wydany we Francji, Hiszpanii, Włoszech, USA i w Japonii

A czy mijający rok przyniósł według was jakieś rewelacyjne płyty?

[Magda] Ostatnio bardzo spodobała mi się płyta "The Living Road" el-Hazy, z którą wspólnie graliśmy na festiwalu Sziget, ale nie wiem, czy miała ona premierę w tym roku. Rokia Traore też jest świetna.

[Maciek] My akurat nie śledzimy premier, dużo więcej mieliby do powiedzenia Wojtek i Maja, którzy ze względów zawodowych i artystycznych czujnie śledzą, co się ukazuje każdego miesiąca i trafia na listę EBU - World Music Charts Europe, BBC i Songlines. Oni opowiedzieli by ci o nowinkach z ostatniego roku. Doszło natomiast do kilku fascynujących spotkań w czasie naszych wyjazdów: Lhasa Mercan Dede, znakomity turecko-kanadyjski projekt - futurystyczne przedstawienie z wirującymi derwiszami, oraz Muzafir z Indii, który nie dość, że jest zespołem muzycznym najwyższych lotów, to jeszcze odgrywa spektakl para-cyrkowy z tańcami, ogniami. Naturalnie Rizwan Muazzam Qawwali, którego poranny medytacyjny występ w Vancuver rzucił nas na kolana. Poznaliśmy wielu kanadyjskich i amerykańskich muzyków, o których można by rozprawiać godzinami. Mamy nadzieję, że może kogoś uda się ściągnąć do Polski. Inspiruje nas scena asian underground, reggae i dub, dokonania Adriana Sherwooda, ale też Ricka Rubina, Real World, Harmonia Mundi, Stern's, Piranha, M.I.L., Interscope, Revelation, Dischord, Def Jam, Koka, i wiele innych. Staram się równocześnie otworzyć na muzykę klubową, nowoczesną, Ninja Tune, projekty Laswella, jednak nie mogę do końca się przekonać, ponieważ jedynie drobny odsetek tych płyt naprawdę mi się podoba.

Czy oprócz tras koncertowych macie jakieś muzyczne plany na najbliższe miesiące?

[Magda] Z Kapelą jedynie gramy sporo koncertów. Co do innych działań, są pomysły indywidualne w różnych podskładach.

[Maciek] Właściwie każdy z nas ma jakiś projekt poboczny, nie chcemy jednak o nich teraz mówić, ponieważ nie byłoby to w porządku wobec nieobecnych członków zespołu, którzy nie mogą się tutaj pochwalić.

Więc czekamy z niecierpliwością na ich rozwój, a także na koncerty Kapeli w Polsce. Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]