polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Trevor Dunn Trio Convulsant

Trevor Dunn
Trio Convulsant

"Dobry smak może być rodzajem marnowania czasu, w podobny sposób, jak posiadanie wyraźnego stylu jest jak kierowanie się nawykami i rutyną. Według mnie, podstawą zajmowania się muzyką są ciekawość i ekspresja. Dobry smak sprowadza się do prób zaspokojenia oczekiwań innych ludzi i może zagłuszać twoją zdolność do poszukiwania..." Edgar Meyer


Powyższe słowa widnieją na stronie internetowej Trevora Dunna, będąc wyznaniem wiary i credo tego muzyka. Po załadowaniu strony, właśnie to motto rzuca nam się w oczy, dopiero po chwili dostrzegamy odnośniki do działów merytorycznych i dwa zdjęcia. Na jednym z nich Trevor gra na gitarze basowej i ubrany jest w okropną maskę, uchwycono go prawdopodobnie podczas koncertu Mr. Bungle, na drugim zdjęciu dokonuje manipulacji na kontrabasie. Te dwa obrazy oddają dość dobrze sferę zainteresowań artysty - jazzmana z duszą metalowca, nieokiełznanego eksperymentatora, biorącego udział w olbrzymiej liczbie projektów. Dzięki temu można już go uznać za czołowego przedstawiciela kolejnego pokolenia awangardowych jazzmanów, chlubnych następców pokolenia Zorna, Laswella, Ribota czy Friesella. Opisane fotki są jednak przede wszystkim graficznym dodatkiem do rejestru zawartości strony, wśród których pozycja Recordings robi chyba największe wrażenie. Dość wspomnieć, że liczba wymienionych nagranych przez Trevora płyt wynosi czterdzieści. I co ciekawe, nie wspomina się wśród nich o Mr. Bungle, tak jakby gospodarz strony był już zmęczony szumem i zamieszaniem wokół tego projektu. A bądź co bądź, właśnie dzięki tej grupie po raz pierwszy świat usłyszał o Trevorze Dunn. Przyszedł on na świat w Humbold w Kalifornii, w roku sześćdziesiątym ósmym, dzieciństwo i młodość spędził właśnie w tym mieście. Jak stwierdził kiedyś w jednym z wywiadów, jego ojciec był muzykiem Blues Brothers Band, nic więc dziwnego, że młody Trevor w wieku trzynastu lat rozpoczął edukację muzyczną, grając na elektrycznej gitarze basowej. Dzięki wprawnym nauczycielom nie zmarnował najmłodszych lat życia na słuchanie muzyki wątpliwej wartości, lecz prędko zapoznał się z jazzem najwyższej próby. Podobna muzyka otaczała go też w domu rodzinnym. Oczywiście z równym zacięciem słuchał tego, co i jego rówieśnicy, czyli przede wszystkim pionierów punku i metalu - chociażby Slayera i DRI - nie obce były mu także awangardowe wyprawy w stronę Swans.

Dzięki formalnej edukacji muzycznej poznał wirtuozów kontrabasu oraz mistrzów muzyki klasycznej i współczesnej. Tak wszechstronnie przygotowany, Trevor mógł oddać się własnej kreacji i aktywności na wielu polach. Jak sam mówi: "Mój pierwszy nauczyciel ustawił mnie z innymi dzieciakami i około miesiąca po mojej pierwszej lekcji, byłem już członkiem dwóch zespołów. Pierwszy profesjonalny koncert zagrałem mając siedemnaście lat, mniej więcej wtedy założyłem wraz z kumplami ze szkoły własną kapelę. Nazwaliśmy ją Mr. Bungle." I stała się jasność. Był rok osiemdziesiąty piąty, kiedy Trevor, Mike Patton, Trey Spruance i reszta ekipy zaczęli swe knowania, grając tak popieprzoną muzykę, na jaką stać takich młodzieńców. Na wydanie pierwszej płyty musieli jeszcze parę lat poczekać, ale lata osiemdziesiąte przyniosły kilka demówek, obecnie krążących w internecie i będących dowodem, że w słonecznej Kalifornii powoli dojrzewało ziarnko geniuszu.


Kalifornia

Początkowy etap kariery upływał jednak Dunnowi raczej tradycyjnie, bez spektakularnych sukcesów, więc imał się on przeróżnych zajęć, co dla młodych muzyków jest chyba typowe. I bardzo dobrze, ponieważ woda sodowa nie miała okazji uderzyć mu do głowy. Podobno równolegle z graniem w Mr. Bungle, Dunn udzielał się w kilku lokalnych kwartetach jazzowych, uniwersyteckiej orkiestrze i big bandzie, a na chleb zarabiał grając w barowej kapeli rocka a la lata pięćdziesiąte. Jednakże Mr. Bungle miało wywindować go w bardziej atrakcyjne rejony. Nie o tym zespole ma jednak traktować ten artykuł. Wszyscy wiedzą, że to Trevor jest autorem sporej części muzyki na debiutanckiej płycie grupy, która ukazała się w roku dziewięćdziesiątym pierwszym, równie sporej na opublikowanym cztery lata później "Disco Volante" i nieco mniejszej na "Californii", która ujrzała światło dzienne w roku dziewięćdziesiątym dziewiątym. Podobnie jednak jak jej poprzedniczki, tkwi chyba w wieku dwudziestym pierwszym. No ale to oczywiście wszyscy wiedzą, a kto nie wie i nie słyszał, ten trąba. Podobnie wszyscy nie mogą odżałować końca tej formacji, ale łez w tym miejscu rozlewać nie będziemy. Grunt, że zespół zrewolucjonizował spojrzenie na muzykę niejednemu młodemu człowiekowi i stał się dla muzyków odskocznią do kolejnych awangardowych projektów. Będąc jazzmanem z krwi i kości, Trevor wykorzystał okazję, jaką dało poznanie Johna Zorna - wyprodukował on pierwszy album Mr. Bungle - oraz koncertowanie wzdłuż i wszerz Stanów Zjednoczonych, do tego, by jammować w wieloma jazzmanami.

W roku dziewięćdziesiątym drugim Dunn przeprowadził się do San Francisco, gdzie spędził kolejnych kilka lat, podczas których rozpoczął nagrywanie albumów z przeróżnymi jazzowymi projektami. Pierwszym z nich był chyba album trębacza i klawiszowca Johna Hassella "Dressing for Pleasure", wydany pod egidą Bluescreen w roku dziewięćdziesiątym trzecim, na którym obok Dunna zagrali na przykład perkusista Primus i Praxis - Brain, gitarzysta Buckethead, Flea, Kenny Garrett. Pojawiają się tam także skrecze, a płyta została uznana za zapowiedź trip-hopu. Obecnie nakład już się wyczerpał. Do czasu premiery "Disco Volante", Trevor nie miał jednak zbyt wielu opcji kooperacji. Nie wiem, czy wspomniany album mr. Bungle zwrócił na niego uwagę innych muzyków, czy też może sam Trevor śmielej zaangażował się projekty poboczne, jednak właśnie wtedy rozwiązał się worek z płytami, w których maczał on palce. Pierwszym uderzeniem było "First Grand Constitution and Bylaws" formacji Secret Chiefs 3, w skład której wchodzą także muzycy Mr. Bungle Trey Spruance i Danny Heifetz. Płyta jest chyba obowiązkową pozycją dla każdego bunglowego maniaka, bowiem w bardzo uproszczonym ujęciu brzmi jak instrumentalne odrzuty z sesji do "Disco Volante". Oprócz eksperymentalnych patentów i kakofonicznych ekwilibrystyk generowanych przez nieustraszone trio, znaleźć na niej możemy nawet pseudo-popowe farsy i żarty. Wydaje mi się, że gdyby nie cień Mr. Bungle wiszący nad Secret Chiefs 3, album ten zyskałby o wiele większe uznanie i popularność, niż miało to miejsce. Wszystkie kompozycje na "First Grand Constitution and Bylaws" są autorstwa Spruance'a, który w późniejszych latach uczynił z tego zespołu główny kanał przekazywania swoich pomysłów. Dunn na kolejnych trzech płytach już się nie pojawił, pozostając jednak przez długi czas formalnym, acz nieobecnym członkiem zespołu.

Skoro wspomniałem już o jazzowych odsłonach talentu Trevora, to druga połowa lat dziewięćdziesiątych przyniosła szereg nagrań, na których towarzyszył on głównie różnym trębaczom, saksofonistom i klarnecistom. Pięć płyt nagrał wraz z Grahamem Cohhanem, pochodzącym z Kalifornii pianistą, lecz przede wszystkim kompozytorem. Na albumach tych, ocierających się o jazz-rock, free jazz i wręcz filharmoniczne aranżacje, współpracował z wieloma muzykami, u boku których zarejestrował kolejne albumy. Dopóki Dunn mieszkał w San Francisco, jego głównymi kooperantami byli klarnecista Ben Goldberg i gitarzysta John Schott. Razem stworzyli w ciągu pięciu lat dziesięć albumów, czasem jako trio, czasem jako kwartet, a niejednokrotnie w szerszym składzie. Punktem wyjścia był oczywiście jazz, ale wśród motywów pobocznych pojawił się nawet amerykański folk, muzyka żydowska, rock. Bez tego ostatniego przecież Trevor by się chyba nie obszedł, przecież już w młodości był fanem metalu, a w Mr. Bungle nie raz miał okazję porządnie gitarowo przywalić. Po opisanym z grubsza powyżej jazzowym interludium, nadszedł czas na coś mocniejszego - co znalazło wyraz w debiucie Fantomasa. I znowu nie ma się w tym miejscu co rozpisywać, ponieważ na łamach Popupa nie raz o tej grupie pisaliśmy.


Konwulsje Trevora

Dość więc powiedzieć, że współpraca z Mike'm Pattonem zawsze wychodziła Trevorowi wyśmienicie, co ewidentnie słychać na kilku ich wspólnych płytach. W Fantomasie ma on jeszcze okazję pograć z innym inspirującym go artystą, czyli z Buzzem Osbournem. Właśnie prezentowane przez Buzza i Melvins podejście do muzyki gitarowej jest dla Dunna źródłem natchnienia, jest mu bardzo bliskie. Sam o tym mówił przy okazji premiery "Debutantes & Centipedes", pierwszej płyty formacji Trevor's Dunn Trio Convulsant. Jak sama nazwa wskazuje, została ona nagrana w najbardziej chyba minimalistycznym składzie, w jakim można stworzyć jazzowy album.

Po kilkunastu latach stania w cieniu i pełnienia bardziej roli muzyka studyjnego, niż kompozytora, Trevor nareszcie stanął na czele własnej grupy, złożonej z gitarzysty Adama Levy i perkusisty Kenny'ego Wollesona. Co ciekawe, "Debutantes & Centipedes" ukazało się dzięki niewielkiej holenderskiej wytwórni Buzz, nie mającej jednak żadnych związków z liderem The Melvins. Muzyka tej grupy polega na graniu w stylistyce jazzowej, przy częstym użyciu niejazzowych brzmień. Nie ma na tej płycie zagrywek w stylu Mr. Bungle, Fantomasa albo też zespołów, w których Dunn wystąpił jako muzyk studyjny. Co ważne, album udowadnia najwyższy poziom techniczny basisty, na co zwrócono w recenzjach na łamach renomowanych jazzowych periodyków. Ponieważ jednak nie jestem w stanie w pełni tego docenić, największą atrakcją muzyki tria jest dla mnie spotkanie się klasycznych jazzowych, drewnianych brzmień, takich też fundamentów i swingu, z brudnymi partiami gitar, chwilami brzmiącymi wręcz grunge'owo. Sporą zaletą jest niewyczuwalne balansowanie na granicy między improwizacją, a skupioną realizacją wcześniejszych wysublimowanych zamiarów. Oczywiście nie zabrakło też hard-core'owych kulminacji i free jazzowych wypraw, a że wszystko doprawione jest ciekawym i chropowatym brzmieniem, naprawdę warto po tę płytę sięgnąć. Tak bowiem brzmi jazzowe oblicze Trevora, inspirowane w równej części klasykami gatunku, jak i surrealizmem i balansujące pomiędzy estetyką artystów kalifornijskich spod znaku Bay Area (o których wspomniano wcześniej), a sceną nowojorską. O tym, że Trevor posiadał własną wizję muzyki tria i chciał uzyskać konkretny rezultat, może świadczyć też to, że jest ona kompletnie inna od nagranej rok później "Californii" Mr. Bungle i płyt Fantomasa.


Brooklyn

Premiera "Debutantes & Centipedes" i powstanie Fantomasa, stały się pewną cezurą w karierze Dunna, który wtedy zakończył właściwie etap kooperowania z jazzmanami kalifornijskimi i w roku dwutysięcznym przeprowadził się do Nowego Jorku, zamieszkał na Brooklynie. I właśnie przez ostatnie trzy lata nagrał takie mnóstwo płyt, że aż dziw człowieka bierze. Przy czym na szczęście nie mamy do czynienia z wymiennością pomiędzy ilością i jakością, ponieważ większość z nich trzyma najwyższy poziom. Zaczęło się od albumu wiolonczelisty Erica Friedlandera, którego zresztą gościliśmy w czerwcu w Polsce w ramach Warsaw Summer Jazz Days. A chwilę później nagrania z Johnem Zornem zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu. W przypadku Zorna jest to właściwie regułą, ale interesujące nas w tym momencie albumy były zaskakujące chyba nawet dla największych fanów nowojorskiego guru. Jak bowiem inaczej określić ozdobione fioletowo-różową okładką "The Gift", na którym nagrano plażową i słodką muzykę, idealnie pasującą do sączenia martini na plaży porośniętej palmami z ukochaną, vel ukochanym? W tym surfująco-oceanicznym projekcie wzięli udział także stali współpracownicy Zorna - Mike Ribbot, Ciro Baptista, a wokalnie wspomógł ich sam Patton. W rok później Zorn nagrał kolejny absolutnie niekonwencjonalny album, czyli drugą część Cobry. Za pomocą słynnych już rebusów i obrazków dyrygował on improwizacją kilkunastu czołowych awangardzistów nowojorskich, projekt ten owiany jest już legendarną wręcz aurą i miał swoją kontynuację także w innych ośrodkach i państwach - w czerwcu w roli supportu przed Painkillerem zobaczyliśmy polską odsłonę. W porównaniu do tej prawie barokowej muzyki, następne wydawnictwa z udziałem Dunna wydają się ascetyczne. Są nimi minimalistyczne i mroczne "Filmworks", jedno pod hasłem dokumentów, drugie będące zaproszeniem do samobójstwa i nieco żartobliwe trzecie. Szczególnie drugi tytuł -"Invitation to Suicide" - jest adekwatny do ponurej zawartości, aż niespodziewanie pesymistycznej, biorąc pod uwagę wcześniejsze plażowe dokonania i przede wszystkim gros płyt inspirowanych kulturą żydowską. W ten sposób liczba pozycji w katalogu wytwórni Tzadik z udziałem Trevora Dunna nieubłaganie rosła. Ciekawostką sprzed roku jest natomiast nagrana przez niego w całości muzyka do filmu autorstwa Petera Bolte. Trwający dwadzieścia minut film nosi tytuł "Consuming Capitalism: A Taste of American Landscape" i jest połączeniem dokumentu z kolażem. Nic więcej niestety nie mogę powiedzieć, ponieważ nie dane mi było go zobaczyć. Zainteresowanych informuję, że można go nabyć przez internet.

W ten sposób dotarliśmy do roku bieżącego, który przyniósł przynajmniej trzy ważne płyty z udziałem Trevora Dunna. W styczniu ukazał się "Delirium Cordia" Fantomasa, nagrany wprawdzie sporo wcześniej, ale premiera przesuwała się z powodu wymyślnej okładki, jakiej zażyczył sobie Patton. Album wzbudził bardzo mieszane uczucia, będąc kompletnie innym niż poprzednie płyty formacji. Na łamach Popupa napisano jednak o tej płycie już wystarczająco wiele - odsyłam do numerów drugiego i trzeciego. Jak wyznał Trevor, "Delirium Cordia" ma charakter medyczny i powstał równolegle z planowanym czwartym wydawnictwem, absolutnie innym. Zapewne tak będzie, skoro ma charakter komiksowo-kreskówkowy. Data premiery pozostaje jednak nieznana, przy czym Trevor sugerował, że znowu powodem obsuwy są graficzno-estetyczne wymagania względem opakowania. Jeżeli trasa ją promująca przyniesie tak fantastyczne koncerty, jak ostatnia, to wierzcie mi, warto czekać. I tyle w tym miejscu o Fantomasie.

W Polsce zbytnio nie zwrócono uwagi na fakt, że guru undergroundu John Zorn skończył w ubiegłym roku pięćdziesiąt lat. Z tej okazji odbyła się wielka feta w nowojorskim klubie Tonic, w postaci koncertów przeróżnych projektów Johna, co oczywiście wymagało aktywnego udziału Trevora. W ciągu kilku tygodni można było zobaczyć kilkanaście różnych formacji, z których niektóre wcześniej nawet nie nagrały płyty. Następnie pięć najciekawszych koncertów ukazało się w Tzadik jako "Birthday Series". Trevor zagrał w zespole Electric Masada, gdzie za cybernetyczne elementy odpowiadała Ikue Mori, a gęstą rytmikę zapewnili dwaj bębniarze - Joey Baron i Kenny Wollesen oraz Cyro Baptista na instrumentach perkusyjnych. Dunn twierdzi, że koncerty tego zespołu były jednymi z najprzyjemniejszych i najciekawszych, jakie zagrał w swoim życiu: "Ani razu nie miałem problemów z odnalezieniem wspólnej wibracji z tymi genialnymi perkusistami a do tego otrzymałem sporo swobody w interpretacji skomponowanych linii basu". Muzyka oktetu uznana została za jedną z najbardziej intrygujących w karierze Zorna. Jest dzika, pełna pulsującej żywą improwizacją energii, w czym przybliża się do szaleństwa Cobry. Jednak nazwa Masada nadana została tej grupie nieprzypadkowo, więc duchowość i nastrojowość także przebrzmiewają z należną im siłą i głębią. Jeżeli do tego dodamy podobieństwa do nieokiełznanego żywiołu Naked City, staje się ewidentne, że po tę płytę warto sięgnąć. Wierzcie mi, naprawdę dobrze, że została ona zarejestrowana na żywo, a gitarowe zacięcie momentami jest wręcz szokujące. Epitet Electric w nazwie wcale nie wynika z użycia nadmiaru laptopowych bitów, tych tutaj bowiem nie ma. Są natomiast psychodeliczne sprzężenia i szmery oraz potężne gitary Joey Barona i Trevora. No i Zorn w najwyższej, agresywnej formie. Choć i liryki nie zabrakło.


Nie pętają mnie żadne więzy i nigdzie nie zmierzam. Moja muzyka jest tego rezultatem.

W pierwszej połowie roku Dunn znalazł trochę czasu, by powrócić do ciągle w głębi serca chowanego i pielęgnowanego projektu, czyli autorskiego tria. Minęło parę lat od debiutu Trevor Dunn's Trio Convulsant, Trevor nagrał więc nowy album z zupełnie innymi muzykami, a mianowicie z gitarzystką Mary Halvorson i perkusistą Chesem Smithem. Wydany przez Ipecac "Sister Phantom Owl Fish" jest raczej lepszy i spokojniejszy niż jego poprzednik. Dziesięć kompozycji przynosi muzykę nie będącą mieszanką stylów, a raczej ich zderzeniem i to przy wysokiej prędkości. Ponownie drewniany kontrabas i elektryczny bas stają w szranki z błyskotliwą gitarą i wszechstronną perkusją, co w efekcie daje rezultat podobny jak na "Debutantes & Centipedes", ale o wiele intensywniejszy, bardziej różnorodny. Jeżeli kilka lat temu odczuwalny był duch Mr. Bungle, to obecnie słychać pomiędzy dźwiękami współpracę Dunna z jazzmanami nowojorskimi. Właściwie tradycyjny jazzowy fundament raz po raz przygniatany jest gitarowymi uderzeniami, by po chwili stać się podstawą do wysublimowanych zabaw dźwiękami, z którymi Halvorson radzi sobie doskonale. Co ważne, cały czas zespół pozostaje jednością, nie rozpada się na wszystkie strony w zgubnych zapędach improwizacyjnych. Słuchając płyty, pewne fragmenty można uznać za zagrane z premedytacją, inne za kompletnie improwizowane, a gdy potem słucha się jej w innym nastroju, odczucia zmieniają się zupełnie. Nie zabrakło technicznych smaczków, ale nie są one celem samym w sobie. Kompozycje są bogate w brzmienia i patenty, ale znalazło się na "Sister Phantom Owl Fish" także miejsce na utwór składający się jedynie z basowego solo oraz na nagrany z towarzyszeniem harfy kower Duke'a Elingtona. Dlatego album jest momentami po prostu śliczny. A z drugiej strony, w gąszczu popisów gitarzystki, pojawił się nawet przebojowy, rockowo-fantomasowy finał utworu Dawn's Early Vengeance. Trevor Dunn udowodnił tą płytą, że jest muzykiem dojrzałym i odważnym, ponieważ jest ona wyzwaniem dla słuchacza, ale równocześnie nie jest żmudna w odbiorze. Artysta powiedział o niej: "Ludzie pytają mnie, co to za rodzaj muzyki i nigdy nie wiem, co odpowiedzieć. Jest ona zaprzeczeniem samym w sobie, skrywa mocne akordy i atonalne melodie. Czasami ma w sobie pełno bujającego swingu, a czasami stara się za wszelką cenę go uniknąć. Są w niej skomplikowane partie zaplanowane wcześniej, ale są też momenty swobodnej improwizacji. Nie jest to fusion, ale spotykają się w niej różne style, a ja lubię o niej myśleć jako o formie rozwijającej się naturalnie, organicznie, w przeciwieństwie do techniki cut&paste." No i wszystko jasne. Obecnie trwa trasa promująca, podczas której trio pełni rolę supportu The Melvins. Pozostaje wierzyć, że ipecacowi bohaterowie zawitają także na Stary Kontynent. Za to na pewno będzie można zobaczyć Trevora w Europie w listopadzie, ponieważ przyjeżdża wraz z zespołem Klezmer Madness Davida Krakauera.

Trevor Dunn należy chyba do najbardziej intrygujących instrumentalistów ostatnich kilkunastu lat, ponieważ dzięki olbrzymiemu talentowi i szczęściu do spotykania odpowiednich współpracowników, udało mu się zagrać już na wielu fantastycznych albumach. Można go uznać za kontynuatora tradycji awangardowego jazzu, jednak jego szerokie horyzonty sprawiają, że patrząc na dyskografię artysty znajdujemy pozycje wręcz diametralnie różne. Przyznam, że Trevor imponuje mi także swoim bardzo trzeźwym i skromnym stosunkiem do własnej kariery, daleki jest od gwiazdorskiego zmanierowania, pozostaje bliski swoim słuchaczom. Niech świadczy o tym chociażby jego regularność w odpowiadaniu na łamach strony internetowej na pytania fanów. W podejściu do grania, udaje mu się balansować pomiędzy improwizacyjnym wyzbyciem się ego i zespoleniu z zespołem, a kompozytorską czujnością i świadomością. Dlatego można go uznać, za muzycznego surrealistę, do takich inspiracji sam się on zresztą przyznaje. Trey Spruance, czarna owca współczesnej awangardy, wysunął kiedyś poważne zarzuty pod adresem muzyki improwizowanej i alternatywnej, mówiąc, że jedyne co ma obecnie znaczenie, to z kim się występuje. Mając u boku awangardowe gwiazdy, możesz grać totalny syf, albo po prostu się nagłaśniać i rozgrzewać, a słuchacze i tak będą się starali odnaleźć w tym sens i uznać za wyjątkowe i wartościowe. To poważny i słuszny argument. Na szczęście kompletnie nieuzasadniony w przypadku jego kolegi z Mr. Bungle, ponieważ do tej pory Trevorowi udawało się uniknąć takich manowców. I wszystko wskazuje, że podobnie będzie w przyszłości.

[Piotr Lewandowski]