polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Chile Blow Your Mind

Chile
Blow Your Mind

Czasami dla percepcji muzyki miejsce ma znaczenie – albo miejsce odsłuchu, albo miejsce jej powstania, w pewnych przypadkach jedno i drugie na raz. Na przykład, ostatni album Caribou, który na co dzień irytuje mnie pójściem na densflorową łatwiznę, okazuje się moim zdaniem rewelacyjny słuchany w jakimś naprawdę ciepłym kraju i zwłaszcza w samochodzie. Minimalistyczne architektury The Necks i ascetyczny noise-rock My Disco, choć brzmieniowo i formalnie bardzo różne, łączy jednak olbrzymia przestrzeń – jest w tym coś australijskiego, choć trudnego do wyrażenia. Podobnie jest ze sceną z Santiago de Chile. Santiago to duże (7 mln ludzi), ale nie ciasne miasto, nieco rozmazane (niestety często smogiem) ale słoneczne i ciepłe, otoczone ścianą Andów. Położone w kraju, który ma wyjątkowy kształt i mimo swej wąskości niesamowitą, potężną przestrzeń. W ostatnich kilku latach chilijski (znaczy się z Santiago) psycho-rock zaczął być widoczny na północnej półkuli. Parę lat temu dzięki The Psychedelic Schafferson Jetplane, a ostatnio za sprawą Föllakzoid i The Holydrug Couple, których płyty ukazują się w nowojorskim labelu Sacred Bones, a także La Hell Gang, których ubiegłoroczny album wydało Mexican Summer (także z NY). Wszystkie te zespoły związane są też z labelem Blow Your Mind, prowadzonym przez Nesa Rodrigueza, perkusistę La Hell Gang. BYM to nie tyle label, co instytucja – piętrowy dom 20 minut spacerem od samego centrum Santiago, równocześnie studio, sala prób, quasi-biuro i punkt wysyłkowy. Jak widać, DIY przyjmuje podobne formy niezależnie od szerokości i długości geograficznej.

Erupcja chilijskiej psychodelii ma pewne historyczne podłoże, bo w latach 1960. i 1970. sporo ówczesnej psychodelii się tam grało – Los Blops, Los Jaivas, Los Macs to parę przykładów. Po puczu w 1973 roku różne formy niesubordynowanej aktywności przygasły, ale później okazało się, że brytyjski psych i shoegaze z przełomu lat 1980. i 1990. stał się w Santiago punktem odniesienia dla bardzo wielu osób. Te wątki, równolegle z amerykańskimi (obecnie wyrażanymi np. przez Moon Duo, Psychic Ills, Cave), przewijają się do dziś. Ale tym, co czyni chilijskiego psych-rocka wyjątkowym, jest moim zdaniem pierwiastek lokalny, szczególny rodzaj kołysania i pulsacji, pewnej nonszalancji i nie spieszenia się. Pierwiastek trudny do zmierzenia i wyrażenia, ale dobrze wyczuwalny, gdy posłucha się różnych kapel z Santiago, zwłaszcza na miejscu – jako soundtrack do Santiago i Chile ta muzyka jest natychmiast zrozumiała i naturalna. Przy czym nie chodzi o pierwiastek latynoski, bo chilijski psych-rock nie ma tej strasznej, topornej maniery np. argentyńskich zespołów rockowych. Raczej chodzi o to, jak może brzmieć widok na Andy – nie przypadkiem jedynym zdjęciem towarzyszącym nowej płycie Föllakzoid jest lotnicze ujęcie bezkresnych, ośnieżonych gór. Oprócz regularnych zespołów, jak wyżej wymienione i The Ganjas, Watchout!, Vuelveteloca, Tsunamis czy Nueva Costa, ten soundtrack tworzą też kapele efemeryczne, jak Chicos de Nazca (prowadzone przez gitarzystę i wokalistę La Hell Gang z udziałem ludzi np. z Föllakzoid i Holydrug Couple) czy The Psychedelic Schafferson Jetplane. Nie zamierzam tu bynajmniej pisać o wszystkich (o kilku już zresztą na naszych łamach było, np. tu i tu), ale o paru tegorocznych płytach. Tak się akurat składa, że w większości wydanych przez bardziej utytułowanych graczy.

Jednym z nich jest Vuelveteloca – zespół naprawdę ciekawy, bo z jednej strony bliski anglosaskiej tradycji, a z drugiej śpiewający po hiszpańsku. Takie połączenie rzadko się sprawdza, częściej kończy się katastrofą. Veulveteloca jednak się broni, a ich tegoroczna, czwarta płyta pt. Pantera, to świetny album. Także za sprawą hiszpańskojęzycznych wokali, które nie zawłaszczają przestrzeni – nawet w promującym album, doskonałym „Shakers” połowa utworu jest instrumentalna – lecz nadają lekkości i oryginalności piosenkom. Dynamiczna sekcja rytmiczna i tendencja do podkreślania, czy wręcz zastępowania refrenów akcentami wszystkich instrumentów, dopełniają charakteru płyty – z jednej strony bardziej piosenkowej niż Schafferson czy Föllakzoid, z drugiej bardziej rockowej i zwartej niż The Holydrug Couple. Zwłaszcza niż Holydrug w tym roku, bo na Moonlust Ives Sepulveda i Manuel Parra przesunęli się jeszcze głębiej w dream popowe obszary niż na poprzednich płytach. Odjęli nieco gitar w porównaniu do przełomowego Noctuary, dodali syntezatorów, pętli i odrealnionych brzmień, przybliżając się w stronę Air. Na ich nowej płycie jest moim zdaniem więcej iluzji niż fantazji – o ile Noctuary było doskonałym soundtrackiem do snucia się po Santiago, to Moonlust wydaje się trochę próbą stworzenia równoległej, wyidealizowanej rzeczywistości. W tych iluzjach a la Air najlepiej wypadają utwory instrumentalne, jak „French Movie Theme” czy „Concorde”, w których gitarowo-syntezatorowe plany rozwijają się naprawdę dobrze i swobodnie. W utworach z wokalem bywa różnie, choć parę piosenek jest doskonałych („Light or Night”, „Baby I’m Going Away”). To fajna płyta, ale jako całokształt wolę jej poprzedniczkę.

Dobrze rozumianą konsekwencją wykazali się natomiast Föllakzoid. Ich muzyka jest muzyką ruchu i przestrzeni, co zresztą doskonale unaoczniają wideoklipy. Trzeci album, zatytułowany po prostu III, przynosi ekstrakcję estetyki wprowadzonej na poprzedniej płycie (pierwsza ukazywała dość inny zespół), czyli muzyki opartej o repetycje, pulsy i warstwy, cierpliwie rozwijanie kompozycji z dyskretnie wplatanymi wokalami. Głosu na III jest zresztą mniej niż na II, za to pojawiają się syntezatory, na których gra Uwe Schmidt aka Atom TM, od lat mieszkający w Santiago. Równocześnie, Föllakzoid unikają jak ognia elektronicznej repetycji, a ich struktury rytmiczne mają fizyczny, cielesny charakter. Na pewno ta muzyka jest kosmische, bądź co bądź mówimy o kraju, który jest najważniejszym na świecie skupiskiem obserwatoriów astronomicznych. U Föllakzoid echa tych możliwości zagłębienia się w kosmiczną przestrzeń słychać, a płyta sama do tego się znakomicie nadaje, podobnie jak poprzednia. Choć repetycja jest jednym z kilku głównych środków, to Föllakzoid nie jest moim zdaniem zespołem (neo-) kraut-rockowym, jak często określano go przy drugiej płycie. Nie chodzi nawet o to, że motorik czasami w ogóle znika na rzecz poetyckiego pulsu, co najlepiej pokazuje utwór „Piure”, ale o to, że repetycje są tu środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Podkreślał to zresztą też gitarzysta grupy w ubiegłorocznym wywiadzie. W porównaniu do dwójki, nie ma na III wyraźnego hitu, jakim tam był „Pulsar”, wszystkie cztery utwory mają podobny rozmiar i znaczenie dla narracji płyty. To mniej przebojowy, ale bardziej zniuansowany album. Kapitalna płyta.

Kolejną nowością jest nowa płyta Chicos de Nazca, która cyfrowo ukazała się w ostatnim tygodniu lipca, a winyl pojawi się jesienią. Dotychczas był to raczej projekt o płynnym składzie niż zespół, ale na Blowing Inside jawi się jako zespół – brzmienie jest pełniejsze, całość spójniejsza niż na starszych nagraniach. Chicos de Nazca nieodmiennie prezentują nieco delikatniejsze, bardziej poetyckie oblicze psych rocka. Spejsu a la La Hell Gang tu nie ma, mimo personalnych powiązań. Jest raczej dyskretne kolorowanie gitarowych pajęczynek plamami klawiszy, przekomarzanie się gitar w dwóch kanałach, atmosfera filmu drogi, delikatne niedopowiedzenie. Świetnie wypadają momenty z instrumentami dętymi, incydentalnie wzbogacającymi trzon brzmienia, czy to w instrumentalnych numerach, jak dynamiczny „Bo’s Alive” i eksponujący groove „Nobody Saw You Around”, czy w najdłuższej na płycie piosence „Waterfall Dream”. Jest na Blowing Inside wystarczająco różnorodności, by album przyciągał uwagę od początku do końca, ale też na tyle spójności, by nie tworzyć wrażenia projektu okazjonalnego. Świetny materiał. Pod wieloma względami, luz i pulsacja Blowing Inside są ucieleśnieniem chilijskiej, nieco leniwej, ale dążącej do celu psychodelki.

Trementina to w tym zestawie zespół na swój sposób wyjątkowy. Po pierwsze, nie pochodzi z Santiago, tylko z położonego 700 km na południe miasta Valdivia. Po drugie, gra z wokalistką (choć w ostatnich wyborach prezydenckich w Chile rywalizowały dwie kobiety, to psych rock jest zdecydowanie zmaskulinizowany). Po trzecie, jest najbliższy My Bloody Valentine i mariażom dream popu z shoegaze’m. To naprawdę jedyny chilijski zespół, jaki znam, który parafrazuje to odkurzaczowe brzmienie gitar kapeli Shieldsa, robi to nawet grając utwór w szybszych tempach i bliższy Pixies. Almost Reach The Sun to debiutancka płyta Trementiny (po epce sprzed dwóch lat), zresztą dość krótka. Miło się ich jej słucha, ale dla mnie epigonizm jest zbyt daleko posunięty – może to kwestia doświadczenia i ogrania. Trementina to muzycy wyraźnie młodsi od reszty towarzystwa i może oderwanie się dosłowności inspiracji jest jeszcze przed nimi. Bądź co bądź, na pierwszych nagraniach Föllakzoid czy Chicos de Nazca też słychać więcej półkuli północnej, niż Chile.

Pięć tegorocznych płyt pokazuje pokrewne, albo wyraźnie odmienne oblicza chilijskiego psych rocka. Jest dla mnie trochę zastawiające, że gdzieś zaginął tropikalny wątek eksponowany przez The Psychedelic Schafferson Jetplane, ale może jeszcze powróci. Jak na razie na półkulę północną regularnie docierają tylko Föllakzoid i Holydrug Couple (Holydrug są też jedynym zespołem z tego towarzystwa, który zawitał do Polski, już dwukrotnie, ostatnio w lipcu). Może zmieni się to po wrześniowym Liverpool Psych Fest, gdzie BYM i Sacred Bones będą miały wspólną scenę. Z Chile pojawią się Vuelveteloca, Chicos de Nazca, Holydrug Couple i The Ganjas, program uzupełnią Blanck Mass i Destruction Unit. Tam też premierę będzie miało LP Chicos de Nazca. W tym roku Chile po raz pierwszy w 99-letniej historii Copa America wygrało ten turniej. Może to moment na szersze otwarcie.

[Piotr Lewandowski]