polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Ksawery Wójciński wywiad

Ksawery Wójciński
wywiad

Ksawery Wójciński rozpoczynał swoją karierę jako kontrabasista free jazzowych zespołów Emergency i Hera. Na przestrzeni lat stał się jednak muzykiem samodzielnym o własnym, charakterystycznym brzmieniu. Z powodzeniem odnajduje się w rozmaitych konfiguracjach personalnych i stylistycznych. Gra, improwizuje, komponuje i śpiewa. A nam opowiada o swojej bieżącej działalności artystycznej. 

Krzysztof Wójcik: W ostatnich miesiącach Twoja aktywność wydawnicza nabrała dużej dynamiki. Pod koniec 2014 roku wypuściłeś pierwszy solowy album The Soul, od tego czasu ukazały się aż cztery kolejne płyty – dwie w trio i dwie w duecie. Jak z perspektywy czasu odbierasz swój solowy materiał? Był on dla Ciebie zamknięciem jakiegoś etapu, czy raczej nowym otwarciem? 

Ksawery Wójciński: Sam nie wiem jak to się dzieje i kiedy te płyty się ukazują, zawsze jestem zaskoczony tym, że są, wciąż z radości aż trudno uwierzyć.

Jeśli chodzi o The Soul to jest to oczywiście domknięcie pewnego etapu w moim życiu, moment gdzie podsumowuję swoje pomysły zbierane przez lata. Dałem tam upust swoim dziecięcym marzeniom. Jednocześnie ta płyta jest dla mnie otwarciem nowego rozdziału życiu. Już teraz wiem i mniej więcej słyszę co mógłbym zawrzeć na kolejnej takiej płycie. Nie znoszę nudy, więc z pewnością kolejny solowy album będzie się różnił od poprzedniego. Na razie jeszcze nie mogę powiedzieć nic konkretnego.

Jestem z The Soul bardzo zadowolony, to takie „pierwsze dziecko”. Jak to zwykle bywa jestem zaskoczony efektem końcowym, ponieważ on zawsze trochę różni się od wyobrażeń, które nosi się w sobie. Kiedy znalazłem się w studio, stwierdziłem, że jedyna słuszną koncepcją dla improwizowanego albumu jest szczerość i dobra zabawa. The Soul jest dla mnie rodzajem intymnej spowiedzi życia, która zwieńczona jest pokutą: „ Synu, idź i nagrywaj dalej” (śmiech). 

The Soul to wyjątkowa pozycja, również z tego względu, że nie ograniczyłeś się tylko do kontrabasu, zagrałeś sam na wszystkich innych instrumentach (m.in. pianino, perkusja), a w kilku numerach zaśpiewałeś. Czy od początku miałeś pomysł na w pełni samodzielne nagrania? Teoretycznie mogłeś zaprosić do współpracy kolegów. Wchodziłeś do studia z klarowną wizją tego, co chcesz uzyskać, czy bardziej polegałeś na intuicji? 

Muszę przyznać, że nie przygotowywałem wcześniej żadnej koncepcji co do kształtu tej płyty, żadnych założeń formalnych. Kiedy pojawiłem się w studiu zobaczyłem konkretne instrumentarium: fortepian, perkusję. Z domu wziąłem oczywiście kontrabas, starą gitarę, jakieś zabawki. Zauważyłem, że lubię komponować kierując się bardziej brzmieniem niż formą. Płyta powstała na zasadzie układania pewnych struktur brzmieniowych, kolorów. To taki rodzaj układanki, w którym musi panować pewien ład i konsekwencja. Oczywiście mówię to trochę po fakcie, na zasadzie autoanalizy, ponieważ w trakcie powstawania albumu kierowałem się w 100 % intuicją i raczej pozostawałem w twórczym amoku. Na początku wydawałoby się, że płyta jest eklektyczna do kwadratu, ale to tylko pozory, ponieważ brzmieniowo jest bardzo spójna i w dużej mierze zawdzięczam to również Michałowi Kupiczowi, który ją wyprodukował na najwyższym poziomie. Użycie wszystkich instrumentów poza kontrabasem było dla mnie jak najbardziej naturalne. Z każdym z nich jestem w jakiś sposób związany, a najbardziej z moim głosem(śpiewem), który jest dla mnie najbardziej intymną formą muzycznej wypowiedzi.

Nie zaprosiłem do nagrywania albumu żadnych osób trzecich z różnych względów, choć była taka pokusa. Doszedłem jednak do wniosku, że jest to moja bardzo osobista wypowiedź i musi być czysta, niedotknięta żadnym zewnętrznym czynnikiem. Poza tym łatwiej dogadać się z samym sobą niż z innymi muzykami, którym trzeba tłumaczyć swoją wizję. Z drugiej strony, to co ja właściwie miałem tłumaczyć skoro płyta powstawała na bieżąco w wyniku improwizacji? Dlatego nie mogłem i nie chciałem nikogo zaprosić do współpracy.

Poza tym dominującym improwizowanym idiomem, pojawia się odstępstwo od tej zasady w postaci spirituals w postaci „Hold on just a little while longer”. Uwielbiam gospel, dlatego nie mogłem się powstrzymać by tego nie nagrać. Wydawało mi się, że dobrze będzie ta pieśń pasowała na sam koniec, jako swoista klamra, podsumowanie i być może rodzaj duchowej pieczęci dla tej płyty.

Najprawdopodobniej gdyby ktoś kazał mi nagrywać codziennie płytę The Soul, to za każdym razem przybrałaby ona inny kształt. Dlatego tak bardzo frapuje mnie ulotność tego typu muzyki, jej efemeryczność, nieuchwytność. 

Duże wrażenie zrobiły na mnie utwory, w których zagrałeś na pianinie. Na koncertach polegasz zwykle na kontrabasie, a z kolei podczas występów solowych często można usłyszeć jak śpiewasz. Czy zamierzasz w przyszłości zaprezentować się jako wokalista w szerszym wymiarze niż zrobiłeś to na The Soul? 

Zmierzam dużo więcej śpiewać. Im jestem starszy tym bardziej to lubię, tym bardziej akceptuję swój głos. Od zawsze było moim marzeniem by śpiewać. Więc powoli staram się gdzieś tam te marzenia spełniać. Oczywiście muszę znaleźć dla siebie idealną koncepcję na to śpiewanie. Cały czas poszukuję. Fascynują mnie bardzo różne brzmienia. Przede mną nagranie płyty popowej. Pierwsze piosenki już powstają we współpracy z genialnym muzykiem i producentem Moorycem. To fascynująca przygoda. Podejście do kompozycji zmienia się tu mocno. Z ducha szalonej improwizacji trzeba przenieść się w świat dużo bardziej poukładany i sformalizowany. Oczywiście nie oznacza to mniejszej zabawy. Uczę się siebie, uczę się pracować, uczę się komponować na nowo. Uwielbiam nowe wyzwania.

Marzy mi się też muzyka a capella. Śni mi się po nocach. Jeszcze wiele jest do zrobienia!

Bardzo lubię połączenie mojego głosu z kontrabasem. Daje ono nieograniczone możliwości brzmieniowe i na żywo coraz częściej sięgam po to połączenie.

Odnośnie fortepianu, to ten instrument jest podstawą mojego muzycznego życia. Dorastałem słuchając jak mój tata gra Chopina, Beethovena, Bacha. Potem mój starszy brat Szymon też zajął się fortepianem. Mogę to nazwać rodzinnym „obciążeniem”. Ja oczywiście pianistą nie jestem i nie aspiruję do takiego miana! Używam go jako koloru, kolejnego środka wyrazu. Wracając do mojego śpiewania, to oczywiście wokalistą też nie zamierzam zostawać i bronię się mocno przed jakimikolwiek dookreśleniami. 

Czy myślałeś nad tym żeby skompilować własny skład do zagrania autorskiego materiału? 

Oczywiście myślę o skompilowaniu składu, który grałby moje kompozycje. Do pewnych rzeczy się dojrzewa. Kompozycja to bardzo wielkie wyzwanie. Wciąż się tego uczę, staram się moje pomysły doprowadzić do perfekcji. Nie chciałbym nagrywać płyty z moimi kompozycjami tylko dlatego, by była podpisana moim nazwiskiem. Niestety jest dziś taka tendencja do nagrywania płyt podpisanych konkretnym nazwiskiem, na których kompozycje sprawiają raczej wrażenie raczkowania, szkiców. Mnie nie interesują półśrodki. Oczywiście można nazwać kompozycją cztery dźwięki na krzyż, a potem muzykom kazać na nich improwizować i na końcu podpisać się pod tym. Ale to chyba nie moja droga, wciąż się uczę, czekam na odpowiedni moment.

Od kilku lat mieszkasz w Warszawie, jednak swoje pierwsze muzyczne kroki stawiałeś w Poznaniu. Jak sądzisz, dlaczego scena improwizowana ulega w Polsce tak dużej centralizacji? Jesteś jednym z wielu muzyków, którzy w ostatnich latach napłynęli do stolicy. 

Od pięciu lat mieszkam w Warszawie. Przyznam szczerze, że decyzja o przeprowadzce była podyktowana chęcią spotkania jak największej grupy muzyków. W owym czasie swoją działalność mocno rozkręcała Hera, dlatego łatwiej było nam pracować i spotykać się w jednym miejscu. Po tych latach spędzonych w stolicy, czuję, że znalazłem tu swoje miejsce, choć nie wiem czy osiądę w Warszawie na całe życie. Centralizacja, o której mówisz, najprawdopodobniej powodowana jest względami ekonomicznymi. W Warszawie są pieniądze, są wydarzenia kulturalne, aż czasem nie wiesz, na co się danego dnia zdecydować. Myślę, że pod względem ekonomiczno-kulturalnym Warszawa jest bezkonkurencyjna. 

Płyty w duecie to wyjątkowo intymne przedsięwzięcia, wymagające od muzyków bardzo dobrej komunikacji i porozumienia na płaszczyźnie estetycznej. W tym roku wydałeś już dwa krążki w takim formacie – 10 Little Stories z Markiem Kądzielą oraz Night Talks z Wojciechem Jachną. Opowiedz jak powstawały te albumy. Co je łączy, co dzieli? Czy macie już dalsze wspólne plany artystyczne? 

Oczywiście, duety wymagają świetnego porozumienia miedzy muzykami, to forma dosyć intymnego dialogu. To ciekawe, ponieważ w obu przypadkach, czyli w 10 Little Stories jak i Night Talks, mamy do czynienia z zupełnie inną historią. Z Markiem Kądzielą znamy się już ok. 15 lat i razem stawialiśmy pierwsze kroki w muzyce improwizowanej. Jesteśmy przyjaciółmi i znamy się na wylot. Płyta, którą nagraliśmy jest wynikiem naszego spotkania po latach. Obaj rozwinęliśmy skrzydła, dojrzeliśmy. To Marek wyszedł z tą inicjatywą, napisał parę świetnych kompozycji i w ten sposób zachęcił mnie do nagrania tego materiału. Pisał tak świetnie, że nie umiałem się powstrzymać by nie zaśpiewać jednej z jego ballad. Tak właśnie powstał ten album. Oparty jest na wieloletniej znajomości i przyjaźni.

Z drugiej strony z Wojtkiem Jachną było zupełnie inaczej. Nie znaliśmy się wcześniej, skojarzono nas podczas jednego koncertu w Warszawie. Zagraliśmy razem pierwszy raz w życiu i grało się tak dobrze, że postanowiliśmy wejść do studia i nagrać to, co miedzy nami się dzieje.

Także te dwie płyty to kompletnie różne przypadki i historie jednak jeden cel - muzyka. Świadczy to o tym, że nigdy nie wiesz jak, gdzie i z kim znajdziesz odpowiednie porozumienie. Jedno jest pewne - zarówno Jachna, jak i Kądziela to wyborni muzycy, a duet jako forma wyrazu mocno przypadł mi do gustu.

Wspólnym mianownikiem dla tych dwóch płyt jest na pewno intymna atmosfera, która na nich panuje. Pewna spójność brzmieniowa. W przypadku 10 Little Stories mamy do czynienia z większym wachlarzem stylistycznym. Prawdopodobnie płyta Night Talks jest bardziej spokojna i brzmieniowo akustyczna od Ado Z. Nasze plany to przede wszystkim jak najwięcej grać i koncertować. 

W ostatnich latach nawiązałeś współpracę z legendarnym nowojorskim improwizatorem Charlesem Gaylem. W tym roku, jako trio z Klausem Kugelem wydaliście album koncertowy Christ Everlasting. To wyjątkowa pozycja, łączy muzyków trzech pokoleń, również reprezentujących odmienne kręgi kulturowe. Jak doszło do zawiązania tej współpracy? Czego nauczyłeś się od kolegów z zespołu? I najważniejsze – czy będziecie kontynuować wspólne granie? 

To jest niezwykły rozdział w moim życiu, którego się naprawdę nie spodziewałem.

Spotkanie z takimi muzykami to zjawisko, które często rozgrywa się w sferze marzeń. Moje najśmielsze marzenia nie pozwalały mi przypuszczać, że na swojej drodze spotkam takiego człowieka jak Charles Gayle. Jestem niezwykle wdzięczny Klausowi Kugelowi za to, że polecił mnie Gayle’owi. Niezwykłość tej sytuacji polega na tym, że Charles nigdy nie dobiera do zespołu muzyków, których nie zna. W tym przypadku zaufał Klausowi i oto jak się znalazłem w tym świetnym towarzystwie. Spotkanie z Gayle’m to spotkanie z legendą, to spotkanie z mistrzem, ale dla mnie po pierwsze spotkanie z człowiekiem, który bardzo szybko stał mi się bliski jak mało kto. Od samego początku wyczuwaliśmy pokrewieństwo dusz. Godziny spędzone razem na graniu i na rozmowach zbliżyły nas do siebie. Trudno o tym wszystkim mówić, bo są to sprawy tak nieuchwytne, że ciężko je wyrazić słowami. Gayle jest dla mnie jak muzyczny dziadek - dosłownie mógłby nim być. Jest dla mnie żywą historią, realnym pomostem między współczesnością a niezwykłymi czasami Coltrane, Davisa i wielu, wielu innych, których Gayle na swojej drodze spotkał. On ma w sobie tę piękną muzykalność z dawnych czasów, mam wielkie szczęście, bo czuję jakbym po raz pierwszy w życiu grał jazz, który jest przecież mocno zakorzeniony w kulturze afroamerykańskiej. Dzięki Gayle’owi zrozumiałem, że jestem na swoim miejscu, czuję się przez niego bardzo mocno dowartościowany, gdyż ja sam nie wierzę w siebie tak jak on we mnie - jest w stanie uchylić mi nieba by pomóc w rozwoju. Myślę, że na temat współpracy z Gayle’m mógłbym napisać małą książkę. Kto wie, może kiedyś to nastąpi. Niewątpliwie jest to jeden z najważniejszych improwizatorów naszych czasów.

Do naszego pierwszego spotkania doszło jesienią 2013 roku w Londynie. Od tego czasu nasza współpraca zacieśniła się i weszła na zupełnie nowy poziom. Jesteśmy dużo bardziej zgrani, wciąż uczymy się od siebie i myślę, że zaskakujemy się nawzajem. Chciałbym w wieku 76 lat mieć w sobie tyle energii i radości z życia co Charles Gayle i każdemu tego życzę. Jak sam mistrz twierdzi - on sam już nie żyje, lecz Duch Święty żyje w nim. Może właśnie to jest źródłem sił dla Charlesa? Godne podziwu jest jego głoszenie Dobrej Nowiny w każdej możliwej sytuacji. Robi to jednak z tak wielką subtelnością i szacunkiem dla drugiego człowieka, że zazwyczaj nikt nie jest tym skrepowany. Gayle jest też osobą o ogromnym poczuciu humoru. Każde nasze spotkanie kończy się oberwanymi ze śmiechu brzuchami. Jeśli zaś chodzi o muzykę i o współpracę, to posiada swoją silną wizję muzyki. Co nie znaczy ,że nie jest otwarty na nowe pomysły. Wciąż się zmienia, rozwija. Jak sam twierdzi wciąż dużo ćwiczy, bo pragnie tego rozwoju. Jest moją wielką inspiracją. 

Po koncercie promującym Christ Everlasting w warszawskim Pardon, To Tu, Charles Gayle nazwał Cię jednym z najlepszych kontrabasistów, z jakimi miał okazję grać, lub których po prostu widział na scenie. To bardzo duże wyróżnienie. Można dostrzec między wami pewne podobieństwa, jak choćby to, że podobnie jak ty nie ogranicza się do jednego instrumentu, gra również na kontrabasie i fortepianie. 

Nie będę komentował słów Gayle’a na mój temat, ponieważ mi nie wypada. Tak jak wspomniałem wcześniej jest dla mnie wielkim wsparciem i mocno we mnie wierzy. Jest w tym bardzo szczery. Na pewno istnieje między nami pewne podobieństwo duchowe. Obaj nie znosimy się nudzić w muzyce. Prawdopodobnie stąd te wszystkie poszukiwania, sięganie po różne środki wyrazu i instrumenty. 

Kolejnym twoim albumem w trio, który ukazał się w ostatnich miesiącach jest Prophetic Fall z Dominikiem Strycharskim na fletach i Pawłem Szpurą na bębnach. Gracie muzykę free jazzową, ale utwory zawarte na płycie przypominają skończone kompozycje, są również relatywnie zwięzłe, bardzo energetyczne. Jak opisałbyś ten projekt, kto go zainicjował, czy będzie kontynuowany? 

Prophetic Fall to spotkanie trzech kolegów z podwórka. Mam niesłychane szczęście do muzyków spotkanych na swojej drodze. Szpura i Strycharski to bardzo silne osobowości i fenomenalni muzycy. Nagranie owej płyty było wielką przyjemnością i odbyło się w jeden wieczór. Muzyka, którą gramy jest szczera, bezkompromisowa. Pełna eksplozji. Moja współpraca ze Szpurą to lata wspólnych poszukiwań, godziny spędzone na wspólnym graniu. Najprawdopodobniej jest moim ulubionym perkusistą. Myślę, że rozumiemy się muzycznie na jakimś metapoziomie. Nieczęsto zdarzają się w życiu takie tandemy jak ja i Paweł. Do nagrania tej płyty zachęcił nas Dominik Strycharski. Nie znam drugiego tak dzikiego i świetnego flecisty. To swoisty wulkan energii. Granie ze Strycharskim wymaga dawania z siebie 150% energii. Strasznie się cieszę z tej płyty i ze świetnej okładki Marka Wajdy, która doskonale oddaje ducha tego albumu. Wielkie ukłony w stronę Marka Winiarskiego z wytwórni Not Two! Oczywiście planujemy grać jak najwięcej i koncertować jak najwięcej. 

Odnoszę wrażenie, że jako muzyk preferujesz składy bardziej kameralne, przynajmniej twoje ostatnie wydawnictwa zdają się potwierdzać tę hipotezę. Czy zgodziłbyś się z takim postawieniem sprawy? Jak myślisz, z czego to wynika? 

Można odnieść wrażenie, że rzeczywiście preferuję kameralne składy. Ale muszę przyznać, że nie planowałem tego w ogóle, nie było to moją intencją. Jest oczywiście coś frapującego w małych składach, stanowią pewne wyzwanie. Ale oczywiście marzę też o większych składach. Mam nadzieję, że któregoś dnia uda mi się napisać muzykę na duży skład, może nawet na orkiestrę!

Przez wiele lat byłeś członkiem zespołu Hera. Wydaliście wspólnie 3 płyty, każda zbierała entuzjastyczne recenzje, niestety ostatnia Seven Lines z udziałem Raphaela Rogińskiego i Hamida Drake’a okazała się dla was łabędzim śpiewem – zespół obecnie już nie funkcjonuje. Jak z perspektywy czasu oceniasz ten etap swojej kariery? Czy nie brakuje Ci stałego working bandu? Chciałbyś ponownie wystąpić z chłopakami jako Hera? Widzisz jeszcze przyszłość dla tego składu, czy jest to definitywnie zamknięty rozdział? 

Granie z Herą to był wspaniały okres w moim życiu. Mieliśmy naprawdę dobry zespół. Pracowaliśmy na to brzmienie przez ładnych parę lat. Wszyscy od siebie się uczyliśmy, nasze relacje w pewnym czasie były bardzo przyjacielskie.

Niestety jak to w życiu bywa pewne sprawy się kończą. Mówię niestety, ponieważ myślałem, że będziemy grali jeszcze długo. Pewne nasze wewnętrzne sprawy zespołowe uniemożliwiły nam jednak dalszą współpracę. Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, bo nie o to chodzi. Ja nie wykluczam powrotu. Jestem zawsze otwarty, ponieważ uważam, że nadrzędnym celem jest muzyka. Jednak nie tylko ode mnie zależy czy zespół Hera jeszcze zagra. Na dzień dzisiejszy nie widzę takiej możliwości. 

Jakie są Twoje plany artystyczne na najbliższy czas? Szykujesz jakieś kolejne premiery, nowe składy, koncerty, kontynuację aktywności solowej? 

Oczywiście marzę by kontynuować dotychczasowe przedsięwzięcia. Mam nadzieję grać jak najwięcej z Charlesem Gayle’m, chciałbym objechać świat ze swoim The Soul. Rozpoczęliśmy ścisłą współpracę z najnowszym zespołem Wójciński – Szmańda Quartet. Chcemy wydać w tym roku płytę. Szymon Wójciński na fortepianie, Krzysztof Szmańda na perkusji i Maurycy Wójciński na trąbce - to moi fenomenalni partnerzy w tym kwartecie.

Oczywiście nie umiem żyć bez śpiewania, wiec będę pracował nad swoimi piosenkami aż powstanie całkiem nowy, zaskakujący album, który wydam najprawdopodobniej pod pseudonimem Kill Follins.

W listopadzie czeka mnie przemiłe spotkanie w podwójnym trio z Charlesem Gayle’m, Williamem Parkerem, Hamidem Drake’iem i Rogerem Turnerem. Zagramy w Berlinie i mam nadzieję, że uda mi się ściągnąć panów do Polski. W grudniu najprawdopodobniej powrócimy w trasę z Uri Caine’m i Szpilmanem.

Bardzo wielką radość sprawia mi również granie muzyki u boku świetnej aktorki Kasi Marii Zielińskiej w spektaklu Rewolucja Balonowa Julii Holewińskiej w reżyserii Sławka Batyry. Od jakiegoś czasu współpracuję też z niezwykłą Maniuszką Bikont, z którą pracujemy nad muzyką z Polesia. Mamy w planach wydanie płyty. 

Dzięki wielkie za rozmowę.

[Krzysztof Wójcik]

recenzje Charles Gayle Trio / Marek Kądziela & Ksawery Wójciński / Wojciech Jachna & Ksawery Wójciński w popupmusic