polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Charles Gayle Trio / Marek Kądziela & Ksawery Wójciński / Wojciech Jachna & Ksawery Wójciński Christ Everlasting / 10 little stories / Night talks

Charles Gayle Trio / Marek Kądziela & Ksawery Wójciński / Wojciech Jachna & Ksawery Wójciński
Christ Everlasting / 10 little stories / Night talks

Przed rokiem o tej porze Ksawery Wójciński był jeszcze przed premierą solowej płyty i nie dość, że album The Soul zdążył się ukazać i zebrać sporo pochlebnych opinii, to w ciągu ledwie kilku kolejnych miesięcy lista płyt nagranych z udziałem kontrabasisty powiększyła się aż o cztery pozycje. O jednej z nich – Prophetic Fall – pisaliśmy w poprzednim numerze, teraz kilka słów o pozostałych. 

Christ Everlasting jest nagraniem ledwie drugiego wspólnego występu Charlesa Gayle'a, Klausa Kugela i Wójcińskiego. Różni ich wiele, ale łączy moim zdaniem to, co najważniejsze: podobne postrzeganie muzyki, duchowości i emocji w niej zawartych. Może właśnie dzięki temu od pierwszej minuty słuchamy elektryzującego, spójnego dialogu czujnych, skupionych i imponująco sprawnych muzyków. Zaskakujące, jak świetnie i ożywczo brzmi klasyczne improwizujące trio w formule tak znanej i zgranej, że trudno cokolwiek innowacyjnego i emocjonującego byłoby po nim się spodziewać.

To, co w nagraniu z ubiegłorocznego koncertu w poznańskim Dragonie (choć pewnie i z każdego innego występu ówczesnej i tegorocznej trasy) uderza najbardziej, to wielka siła i żarliwość. Trio serwuje kawał porządnej muzyki i to z zupełnie prostymi narzędziami w swoich rękach, bez efektów i upiększeń. Po prostu g r a. Nie ma tu miejsca na sonorystyczne zagrywki, tzw. granie ciszą, spowalniające i zawieszające tempo narracji, w każdej z kompozycji muzyka zdaje się wręcz biec przed siebie, nie stoi w miejscu nawet kiedy słychać tylko jeden instrument. Chropawy, przejmujący i pełen werwy tenor Gayle'a (przypomnijmy: rocznik 1939) jest tu wiodący, ale siłą tej płyty jest też pełnia zespołowego uderzenia, w wielu fragmentach płyty zapodającego wręcz szaleńcze tempo. Wplecione w nagranie interpretacje klasycznych kompozycji (Aylera, Rollinsa, Monka i Coltrane'a) to niby tylko nawiązania do tradycji mistrzów, ale mające jakby swój właściwy porządek, jednocześnie ukazane w żywiołowych, wręcz brawurowych odsłonach. Saksofonowy "Well you needn't" Monka wypadłby może zbyt nienaturalnie, w nim akurat (jak i w trzech innych utworach) Gayle przesiada się na pianino, dodając tej wersji sporo ruchliwości i w końcówce destrukcyjnego pierwiastka, a całemu nagraniu odrobinę odprężającego oddechu. Czysty freejazz w pełnej nietuzinkowych emocji odsłonie. To, co proste i klasyczne, może być zwyczajnie piękne.

Kilka tygodni wcześniej ukazała się płyta Ksawerego Wójcińskiego w duecie z gitarzystą Markiem Kądzielą. 10 little stories to album niedługi, oparty w większości na kompozycjach, ale dość luźnych, od filigranowych, lapidarnych form po te bardziej rozwinięte, okraszone wokalizami niemal quasi-piosenki. Nieprzesadnie eksperymentujący, ukazujący zwłaszcza to bardziej liryczne oblicze duetu, mający sporo ilustracyjnego, poetyckiego zacięcia. Z perspektywy Ksawerego można do pewnego stopnia widzieć w nim przedłużenie koncepcji z solowego debiutu: intymnej, kameralnej wypowiedzi poszerzonej tutaj o dodatkowy głos i nastawionej na interakcję z muzykiem o podobnej wrażliwości. Która to interakcja jest na solidnym poziomie - duet faktycznie jest duetem, muzycy potrafią (i chcą) siebie słuchać, z drugiej jednak strony mam wrażenie, że tych subtelności, poukładania i wzajemnego pilnowania jest zbyt dużo. Nie za bardzo leży mi też zauważalna "miękkość" w gitarowych partiach Kądzieli - to oczywiście nie zarzut w stronę muzyka, ale pewnie tylko niechęć do obecności tego instrumentu w jazzowo-improwizowanych składach. W efekcie ten elegancki, dość wyważony ton sporej części płyty sprawia, że chociaż słucha mi się jej przyjemnie i z uwagą, to jednak bez wyjątkowego poruszenia, przy jednoczesnym oczekiwaniu większej niejednoznaczności i głębszego uderzenia. Czego w drugiej połowie płyty można nieco doświadczyć. Może kolejny etap tej współpracy, opartej zresztą na długiej znajomości, przyniesie coś więcej. 

Na koniec o najświeższej płycie w dorobku Wójcińskiego, jaką jest wydany kilka tygodni temu album Night talks z Wojciechem Jachną. Sesja odbyła się w końcówce minionego roku, a poprzedził ją bodaj ledwie jeden wspólny koncert. Kameralne i akustyczne składy w przypadku Wójcińskiego to nie nowość, za to nowym i ciekawym rozdziałem są szczególnie w dorobku Jachny (duety z Jackiem Buhlem to rzecz zupełnie osobna), z dobrym rezultatem wkraczającego w coraz mocniej wyciszoną, niemal ascetyczną stylistykę. Kontrabasowe solo rozpoczynające album może zwiastować rzecz zupełnie inną od opisanej powyżej 10 little stories i faktycznie tak jest. I jeśli są nagrania, które mają w sobie jakąś nieodgadnioną tajemnicę, ta płyta do takich należy. Więcej niż liryki jest tu posępnej, minorowej aury, a samego nagrania słucha się z większą uwagą, brzmi bardziej naturalnie, zarazem przynosi więcej emocji, zarówno dzięki mniej czytelnym strukturom, większej abstrakcyjności materiału, paradoksalnie też dzięki dość niespiesznemu tempu i oszczędnej ekspresji, jakie towarzyszą przez sporą część nagrania i jakie ciekawie podkreślają intrygującą kameralność całości.  W pełni akustyczna, bez śmiałych eksperymentów i radykalnych środków, gdzieś dopiero w połowie przynosi płyta nieco więcej szorstkości, ostrzejszych spięć i bardziej wyczuwalnej swobody. Bardzo podoba mi się mniej śpiewna niż w duecie z Kądzielą gra Wójcińskiego, sporo grającego ze smyczkiem, nadającego wiele intrygującej nerwowości, ale też świetnego rytmicznego podkładu dla trąbki Jachny. Czasami nie trzeba spędzać na wspólnym graniu masy czasu, by osiągnąć znakomity rezultat – emocje wypełniające Night talks zdają się to dobitnie potwierdzać.

[Marcin Marchwiński]