polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
TORTOISE It`s All Around You

TORTOISE
It`s All Around You

W latach 70. głównym ośrodkiem rozwojowym amerykańskiej awangardy był Nowy Jork. To tam powstawały niezliczone fuzje, wpływające i zmieniające oblicze kolejnych dekad w muzyce. Obok Nowego Jorku, za również nieocenioną (choć oczywiście w mniejszym stopniu) dla rozwoju awangardy uchodziła scena z Chicago. Było tutaj bowiem sporo miejsca na świeżość hop hopu, bluesa i muzyki gitarowej. W połowie lat 60. powstała tam organizacja Association for the Advancement of Creative Musicians (AACM), skupiająca jazzmanów charakteryzujących się sporą charyzmą i otwartością umysłu w tworzeniu swojej muzyki. AACM stało się oazą dla młodych, czarnoskórych i uzdolnionych muzyków. Z grupy tej wyrósł sam Lester Bowie, a także Roscoe Mitchell uchodzący za legendy i pionierów improwizatorskiej sceny z Chicago. Stamtąd też pochodzi Jim O`Rourke (dziś nazywany ekscentrycznym eksperymentatorem), Anthony Braxton (kultowy twórca ukazujący polot w łączeniu improwizacji i elektroniki) i Steve Albini (wielki człowiek muzyki hardcore). W składzie Tortoise pojawia się jeden muzyk czarnoskóry - gitarzysta Jeff Parker i zarazem on jedyny jest członkiem AACM. Pomimo nawet tego, że Tortoise nie chcą porównywać się z improwizowanym podejściem do materii muzycznej, AACM stanowi dla nich ogromną inspirację - co zresztą wydaje się zrozumiałe. Tortoise, chcąc nie chcąc, uchodzą za głównych przedstawicieli tamtejszej awangardy. Otóż obecnie najczęściej z muzyką rodem z Chicago kojarzeni są właśnie muzycy Tortoise. Przez ponad 10 lat pracowali ciężko na status najbardziej kreatywnego bandu z tego miasta. Nie wolno jednak zapominać o formacjach pokroju Isotope 217, The Sea And Cake czy Chicago Underground Orchestra, w których przeplatają się nazwiska z Tortoise i odwrotnie... To bowiem środowisko ściśle ze sobą powiązane, wzajemnie ze sobą współpracujące i nagrywające, decydujące niejako o pozycji sceny chicagowskiej. Ciężka praca opłaciła się.

Dotychczasowe propozycje Tortoise zbierały bardzo dobre oceny, krytyka zachwycała się wnkliwą i dopracowaną produkcją poszczególnych płyt, muzyka na nich zawarta stawała się katalogiem kolejnych interesujących brzmieniowych na wchodzie Stanów Zjednoczonych. Album "TNT" i "Standarts" były niezwykle dopieszczone, pełne wypolerowanych detali. John McEntire przywdział płaszcz producenta i wizjonera, skupiającego się całkowicie nad formą dźwięku, potrafiącego spędzić nad jego poprawą wiele godzin.


To perfekcyjne wizjonerstwo dostrzegalne jest i na "It`s All Around You". Płyta stworzona w owianym już kultem studiu Soma iskrzy od intensywnego dopracowania szczegółów. Produkcyjnie muzycy Tortoise utrzymują swój bardzo wysoki poziom. Muzycznie nadal szybują w przestworzach, będąc nieosiągalnymi dla konkurencji. Kłopot jednak w tym, iż sami nie są stanie siebie przeskoczyć. Nowa płyta nie wnosi raczej niczego nowego do twórczości formacji. Rzekłbym nawet, iż to płyta, na którą niepotrzebnie tak długo czekałem. Poza wspomnianą wyborną produkcją, do której zdołano się już przyzwyczaić, poza muzyką i brzmieniem znanymi z poprzednich krążków Tortoise, nie ma tutaj wiele miejsca na innowacje i kompletne zaskoczenia dźwiękowe. Muzyka jest bardzo wygładzona, malownicza, pełna melodii i delikatności. Ten post-rock, który nabrał wielogatunkowych barw, w najnowszym wydaniu Tortoise brzmi jedynie zwyczajnie, brzmi na tak zwanym poziomie. Brzmi.. i ucieka z pamięci. Przez chwilę wierzyłem, że usłyszę coś na pozór porywającego połączenia muzyki Tortoise z elementami kojarzącymi się z Jaga Jazzist, w zamian jednak otrzymałem z lekkością skomponowany melanż w niektórych momentach ewidentnie nudzący swoją swobodną harmonią.


Gdyby muzycy zaufali własnym inspiracjom niekiedy wypływającym z krautrocka, gdyby w tym wszystkim więcej było drapieżności (jak w "Dot/Eyes" jawiącym się najpiękniejszą perłą tego krążka), próby okrzesania gitarowej wybuchowości (bardzo miło słuchało się finałowego "Salt The Skies") "It`s All Around You" byłby albumem znacznie lepszym.

[Tomek Doksa]

recenzje Chicago Odense Ensemble w popupmusic