polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
TORO Y MOI Anything In Return

TORO Y MOI
Anything In Return

Slow food. Slow life. Zwolnij. Zatrzymaj się na chwilę. Smakuj, delektuj się, pomyśl, pomedytuj. Daj sobie czas. Nie, to nie reklama studia yogi czy eko-garkuchni. Ale o tym za chwilę.

Chaza Bundicka poznałem w maju 2011, kiedy otwierałem jego koncert w Fortach Kleparz w Krakowie. Cichy wycofany, był najmniej kontaktową osobą z całego zespołu. Na scenie skupiony, choć zespołowa wersja Toro Y Moi na żywo od początku produkowała psychodeliczne, wzbogacone reverbem i pogłosami tekstury. Gdy widziałem grupę kilka miesięcy później na festiwalu ATP Nightmare Before Christmas set lista nie zmieniła się znacząco, ale aranże owszem. Więcej było żywego grania i improwizacji, kompozycje rozwijały się w kilkuminutowe wariacje na temat głównych motywów piosenek z Causers Of This i Underneath The Pine oraz wydanej między tymi koncertami EPki Freaking Out. Ta ostatnia zwiastowała zmianę brzmienia Toro proponując klarowną, bardziej taneczną produkcję wychodząca z tradycji electro-funku lat 80-tych i french house’u. Jednak na nowej płycie Chazowi jeszcze bliżej do żywego wcielenia jego projektu.

Nie chodzi tu o decyzje nagrania płyty z zespołem. Toro Y Moi to dalej projekt studyjny, gdzie za sterami siedzi Chaz i to głównie jego klawisze dominują w instumentacji. Natomiast frazy przelewają się i odbijają od siebie niepostrzeżenie jak na koncertach, choć płyta jest bardziej zdyscyplinowana niż live-jamy. Każda piosenka ma swój początek, rozwinięcie i koniec, a same utwory rozwijają się niespiesznie (większość kawałków trwa ponad 4 minuty a np. w „Rose Quartz” wokal pojawia się po 2 minutach wstępu). Anything In Return to kawał bardzo solidnej roboty – barokowe aranże pozwolą na wielokrotne powroty do tej płyty, większość motywów zawartej w wielowarstwowej produkcji ma na tej płycie szanse wybrzmieć. I to wszystko na plus, tylko trudno właściwie traktować nowe dzieło Chaza jako cos innego niż niecała godzinę świetnie sprokurowanej dźwiękowej tapety. Tapety owszem ładnej, jak teledysk do poprzedzającego płytę, znamiennego ze względu na tytuł „So Many Details”, ale inspirując się soundtrackami Toro przekroczył niewidzialną granice lounge’owego wyjałowienia z treści. Płyta rzadko zaskakuje, może w „Say What” z pociętym na ninetisową modę diva wokalem. Trudno tutaj także mówić o potencjalnych singlach, być może za wyjątkiem „Cake” czy tanecznego „Never Matter” z lekko perwersyjnym solo saksofonu w końcówce.

I do powyższego rozdźwięku możemy rozważania nad tą płytę sprowadzić: z jednej strony mamy poważnie traktującego siebie i słuchaczy Chaza, który podarował nam płytę, na której nie brak pomysłów i widać włożoną pracę, tak niemodny rodzaj twórczości w post-CD świecie. Jednocześnie jest to po prostu przyjemne, nawet sexy słuchowisko, momentami ocierające się o muzak, nie napastliwe, ale i nie wciągające. Jeśli to soundtrack do naszego życia, to raczej do tych mniej spektakularnych jego momentów.

[Paweł Trzciński]